O tym, jak się rozwija nasz region powinna decydować lokalna społeczność

default

Rozmawiam z Mirosławem Stepaniukiem ze Stowarzyszenia Dziedzictwo Podlasia, pasjonatem przyrody, ekologiem, który dzieli się swoją wizją rozwoju obszarów Puszczy Białowieskiej oraz okolicznych terenów. Jego perspektywa rzuca światło na istotne kwestie dotyczące tego unikalnego regionu, takie jak rola ochrony środowiska naturalnego, wyzwania związane z budową przemysłowych ferm zwierząt oraz potrzeba spójnej polityki rozwoju tego regionu.

Piotr Subotkiewicz, Witryna Wiejska: W latach 2012- 2015 byłeś dyrektorem Białowieskiego Parku Narodowego. Obecnie jesteś orędownikiem objęcia całego terenu Puszczy Białowieskiej Parkiem Narodowym, co zapewniłoby mu pełną ochronę. Jak sytuacja wygląda w puszczy obecnie, jakie są problemy i jakie działania powinny być podjęte Twoim zdaniem?

Mirosław Stepaniuk, Stowarzyszenie Dziedzictwo Podlasia: Problem w tym, że już od kilkudziesięciu lat borykamy się z impasem, który polega na tym, że opcja związana głównie z Lasami Państwowymi i lokalnymi samorządami, które są w pewnym sensie od nich uzależnione, twierdzi, że Lasy Państwowe powinny nadal prowadzić gospodarkę leśną w Puszczy Białowieskiej. Najbardziej naturalny las w Europie ma być kształtowany przez leśnika w oparciu o Plany Urządzania Lasu, a nie przez siły natury.

Obecnie na terenie Puszczy Białowieskiej mamy 4 zarządców, gdyż każde nadleśnictwo odpowiada za swój obszar, a Białowieski Park Narodowy za swój. W rzeczywistości BPB zarządza niespełna jedną szóstą terytorium puszczy.

Optymalnym rozwiązaniem na dzisiaj jest wyznaczenie jednego zarządcy odpowiadającego za ochronę i gospodarowanie na terenie całej puszczy

Ze względu na różne podmioty, co prawda zależne od tego samego ministra, ale gospodarujące w różny sposób, nie mamy stabilnego kierunku, w jakim będzie się ten obszar rozwijać.

Według mnie tym podstawowym kierunkiem, nie tylko w samej puszczy, ale również wokół niej jest turystyka – w jej różnych formach i aspektach. Do dzisiaj obie te instytucje nie potrafiły uzgodnić jednolitego podejścia do rozwoju turystyki.

Lasy Państwowe nie są zainteresowane wpuszczaniem turysty do lasu. Szczególnie nasiliło się to w ostatnich latach. Pod pretekstem zagrożenia związanego z obecnością drzew pokornikowych nadal obowiązują zakazy wejścia i wjazdu na wiele szlaków i dróg w puszczy. Taki stan rzeczy powoduje, że rozwój turystyki jest nieprzewidywalny, a bez dobrej, stabilnej strategii nie ma perspektyw rozwoju nawet na najbliższe kilkadziesiąt lat.

Stąd też w otoczeniu, na przykład w Hajnówce brakuje inwestorów, którzy zaryzykowaliby budowę dużych obiektów hotelowych, które ulokowałyby się na przedpolu puszczy, niekoniecznie wchodząc w jej głąb. Bo nie jest tak, że każdy turysta przyjeżdża do puszczy żeby jakoś specjalnie się w nią zanurzyć, poznawać rośliny, podglądać zwierzęta, czy w ogóle przyrodę. Potrzeby turystów są bardzo różne. Niektórzy po prostu chcą przyjechać, by być w pobliżu jakiegoś obiektu, jakiegoś cennego obszaru, by później powiedzieć, że tam byli.

Wracając do inwestycji, żaden z poważnych zewnętrznych inwestorów nie zaryzykuje budowy dużego biznesu turystycznego, ale nie tylko turystycznego, bez stabilnej perspektywy i jasnych kierunków rozwoju otaczających go obszarów. A właśnie tej pewności brakuje zarówno w Hajnówce, jak i całym otoczeniu Puszczy Białowieskiej.

Również lokalni przedsiębiorcy, młodzi ludzie nie ryzykują i wolą uciec z regionu niż zainwestować w jakieś nawet niewielkie przedsięwzięcia, związane nie tylko z samą turystyką. Bo wokół turystyki rozwija się masa usług okołoturystycznych, jak na przykład transport, produkcja pamiątek, ale też usług, które faktycznie można by rozwijać w oparciu o samą markę Puszczy Białowieskiej.

Jest to problem nierozwiązywalny, jeżeli nie ustanowimy Parku na terenie całej Puszczy Białowieskiej.

Rozumiem, że gdyby wszystko było w jednym ręku i traktowane jako całość, można byłoby przyjąć jednolitą strategię rozwoju całego Parku i łatwiej przeprowadzać spójne projekty.

Dokładnie. Podam przykład. Kilka lat temu analizowałem możliwość ściągnięcia tutaj turystów z Chin. Tak się złożyło, że lokalna grupa działania, ale nie ta z Puszczy Białowieskiej, prowadziła międzynarodowy projekt związany właśnie ze współpracą z Chinami. Ponieważ moja córka studiowała właśnie w Chinach i to środowisko związane z rozwojem turystyki zna, więc podjęliśmy się napisania takiej ekspertyzy – jak województwo podlaskie mogłoby stać nową destynacją dla turystów z Chin.

Kiedy przeczytaliśmy kilka chińskich, wewnętrznych opracowań dotyczących strategii wyjazdowych mieszkańców Państwa Środka, dowiedzieliśmy się, jak oni wybierają swoje główne kierunki turystyczne. I co się okazuje?

Okazuje się, że dla Chińczyków ważnych jest kilka czynników, które decydują o wyborze celu podróży. Po pierwsze, głównym kierunkiem w skali globalnej są dla nich miejsca światowego dziedzictwa UNESCO.

Duże firmy, które wysyłają turystów w świat patrzą pod tym kątem. Jest miejsce światowego dziedzictwa? To znaczy, że jest coś ciekawego. Oczywiście Polska nie istnieje na rynku chińskim bez Europy, gdyż generalnie Chińczycy jadą do Europy, a przy okazji są w Polsce.

W Polsce Chińczycy zwiedzają głównie Kraków z Wieliczką, Warszawę, oraz Malbork i Gdańsk, ale jest to tylko kilka miejsc. Byłaby i Puszcza Białowieska, ale najpierw musi spełnić kilka warunków.

Tymi warunkami jest między innymi standard usług turystycznych, który pozwala na zapewnienie ciągłości odbioru grup turystycznych i zagwarantowanie im odpowiedniej kuchni.

Chińczycy muszą mieć wybór menu. W grę wchodzą tylko te restauracje, gdzie mogą mieć pewność, że nie będą musieli jeść tylko europejskiego czy lokalnego jedzenia. Oczywiście też je wybierają, ale mają określone standardy chińskie. W Hajnówce, Białowieży nie ma takich miejsc na dzień dzisiejszy i nikt tu nie zainwestuje, jeżeli nie będzie widział stabilnej perspektywy na kilkadziesiąt lat do przodu.

To można zmienić, ale nie przy takiej polityce samorządów. Brak stabilności, solidnej strategii i udział Lasów Państwowych w zarządzaniu Puszczą Białowieską takiej nadziei nie dają – mówię to otwarcie.

BPN Stawy w Parku Pałacowym.

Poruszyłeś kwestię braku stabilności. Trudno oczekiwać nadejścia inwestorów, bo za 4 lata zmieni się władza i wszystko odwróci się do góry nogami. Stabilność jest podstawą biznesu – nie ma stabilności, nie ma biznesu.

Nasze samorządy bazują na zupełnie czymś innym idąc do wyborów. Lokalni politycy, którzy pragną zwyciężyć nie przedstawiają programów prorozwojowych, ale wygrywają wybory poprzez budowanie atmosfery zagrożenia.

Tym zagrożeniem według nich są w tej chwili uchodźcy, ale również ekolodzy – określani bardziej dosadnie różnymi epitetami. To jest według wielu samorządowców zagrożenie dla Puszczy Białowieskiej. Budując atmosferę zagrożenia, politycy nie mówią o rozwoju. Mówią o tym, że będą chronić lokalną społeczność. Nie ma w ogóle mowy o stabilności, o jakimś kierunku rozwoju, o rzeczowej dyskusji na temat ekonomii, o tym, w jaki sposób i z czego żyje region. Tutaj nie ma analizy ekonomicznej, czy dzisiejszy sposób gospodarowania przynosi dochody gminom i społeczeństwu. Po prostu buduje się tę atmosferę i wygrywa wybory, strachem i urojonymi zagrożeniami.

Takie wyjątkowe, unikatowe miejsca, jak Puszcza Białowieska powinny mieć status skarbu narodowego, czegoś takiego, o co wszyscy dbamy, bo takich miejsc jest już niewiele na świecie. My mamy jeszcze te zasoby i powinniśmy pomyśleć o tym, co zrobić, żeby kolejne pokolenia również je miały i żeby one rozwijały się harmonijnie, tak jak powinny, a nie zostały zniszczone przez jedno czy dwa pokolenia. Powinniśmy znać wagę tej sprawy i podchodzić do niej z należytą uwagą.

Tak, Puszcza Białowieska, to dobro narodowe. O jej losie nie powinna decydować ani jakaś wybrana grupa zawodowa, ani lokalna społeczność. Tym niemniej utrata jakichkolwiek korzyści z np. podniesieniem rangi ochrony, zmiany sposobu gospodarowania powinna być odpowiednio zrekompensowana lokalnym firmom, samorządowi i mieszkańcom. Niestety jeszcze ciągle mamy różne grupy interesów, których korzyści nie są zbieżne z interesem ogólnonarodowym.

Z tego, co mówisz widać, że brak jest spójnej polityki dotyczącej wykorzystania tego skarbu, jakim jest Puszcza Białowieska. Druga rzecz – nieodległe tereny zaczynają być wykorzystywane do powstawania przemysłowych ferm zwierząt. Jak wygląda ta kwestia?

Zagrożenia z tego wynikające widzę nie przez pryzmat jakości życia, w sensie odorów i zanieczyszczenia środowiska – choć są one bardzo ważne. Przez masową budowę tego typu przemysłowych ferm tracimy wizerunek obszaru cennego przyrodniczo o czystym powietrzu i pięknych widokach.

Tak się składa, że fermy, które dzisiaj powstają – te wszystkie nowe lokalizacje – otaczają nasze najcenniejsze obszary. Na razie od Puszczy Białowieskiej jest kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów, ale nie mamy pewności, czy jutro nie powstaną one na jej przedpolu, bo jakiś wójt wyda warunki zabudowy na ich budowę.

Inwestorzy oczywiście unikają obszarów Natura 2000, nie budują i nie zabiegają o to, żeby tam budować, ale wykorzystują sytuacje tam, gdzie nie ma miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. Tam jest zdecydowanie uproszczona procedura. Można spokojnie dogadywać się z gminą i próbować uzyskać warunki zabudowy i to się dzieje nagminnie.

Dzieje się na południowym Podlasiu, czyli w woj. lubelskim, np. w rejonie Białej Podlaskiej oraz coraz intensywniej u nas.

Mamy takie gminy jak Nurzec- Stacja, Milejczyce, Czeremcha, Bielsk Podlaski, Zabłudów, Czyże, Michałowo. To jest cały wianuszek lokalizacji, w których jeśliby powstały fermy, to spowoduje to kompletną utratę naszego wizerunku obszaru cennego przyrodniczo.

Jeżeli to stracimy, to nie możemy już liczyć, nawet potencjalnie, na rozwój usług turystycznych, rolnictwa ekologicznego, na podparcie się tym, że mamy czyste środowisko, więc mamy zdrową żywność. To wszystko jest w tym momencie zagrożone.

Dlatego ja osobiście i Stowarzyszenie Dziedzictwo Podlasia prowadzimy protest, próbujemy powstrzymać te inwestycje, które na dzień dzisiejszy są jeszcze nierozpoczęte, ale procedury uzyskania pozwolenia na budowę już ruszyły.

BPN Dolina Narewki.

Tak jak powiedziałeś, takim zabezpieczeniem byłoby powstanie planów zagospodarowania przestrzennego w tych lokalizacjach, gdzie można byłoby określić – co może powstać a co nie. Jeśli stracimy wizerunek czystego miejsca tego biologicznego raju, wtedy stracimy szansę na dochody z turystyki.

Nie chodzi tylko o turystykę. Chodzi o wiele innych rodzajów usług, które faktycznie w sąsiedztwie tego typu inwestycji będą miały zawsze pod górkę. Trudno będzie reklamować i promować produkty żywnościowe i inne z tego obszaru.

No i kwestia dochodów, to jest po prostu kuriozalne. Fermy przemysłowe są traktowane jako produkcja rolnicza, jako dodatkowe działy produkcji rolnej, więc faktycznie gmina, czy samorząd w ogóle nie ma z tego tytułu żadnych korzyści, gdyż podatek płacony jest jak od zwykłej produkcji rolnej. Czyli tam, gdzie zlokalizowane są te inwestycje, w budżecie gminy praktycznie nic się nie zmienia na plus.

Istnieją również inne konsekwencje. Utrata wartości gruntów okolicznych właścicieli jest naprawdę bardzo, bardzo duża. Z raportu Stowarzyszenia Otwarte Klatki, gdzie niezależni rzeczoznawcy to ocenili wynika, że spadek wartości w niektórych miejscach dochodzi nawet do 80%. Nie znaczy to, że taką ziemię ktoś w ogóle kupi. Jest to zadziwiające – dlaczego samorządy brną w tym kierunku, kiedy widzimy, że dla nich korzyści tu nie ma żadnych.

Kto korzysta zatem z tego, że powstają takie fermy?

Przede wszystkim agrofirmy. To są bardzo duże korporacje przemysłowej hodowli i przetwórstwa mięsa, czy też produkcji pasz. Jedną z nich jest firma Wipasz, która na początkowym etapie inwestycyjnym niekoniecznie wszędzie pojawia się jako inwestor, bo często jest tak, że na początku występuje ktoś podstawiony. Nie mamy wszędzie dowodów, że tak jest, ale po jakimś czasie okazuje się, że jednak wchodzi tam z budową właśnie ta firma. Okazuje się też, że nawet jeżeli ta firma nie buduje i nie jest właścicielem, to producent jest uzależniony od niej zarówno poprzez paszę, dostawę piskląt i późniejszy odbiór kurczaków.

Firma posiada tutaj całe przetwórstwo. Na przykład w Międzyrzecu Podlaskim jest rozbudowywana ogromna rzeźnia.

Firma, która jest potentatem w produkcji mięsa drobiowego w Europie w zasadzie większość swojej produkcji wysyła za granicę. My praktycznie jako Polska z tego nie korzystamy. Chociaż, może na szczęście, bo to nie są produkty dobrej jakości.

Druga firma, to oddział duńskiej firmy DANHATCH, specjalizującej się w wylęgarni drobiu.

Jest złożony wniosek na budowę ogromnej wylęgarni na miliony sztuk kurcząt koło Bielska Podlaskiego. Jest to widoczna strategia przygotowywania późniejszej budowy większej ilości kurników. Bo przecież nie powstawałaby wylęgarnia w szczerym polu, która nie miałaby gdzie tych kurcząt sprzedać. Chodzi o to, żeby jak najbliżej był też zbyt na pisklaki. To jest naprawdę ogromne zagrożenie. Ta hodowla ma się nijak do normalnej hodowli zwierząt. Jest to przemysłówka i znowu gmina nie ma żadnych dochodów poza tymi podstawowymi podatkami rolnymi. To jest kuriozalne, że samorządy brną w taką sytuację.

Gminy twierdzą, że powstają tam nowe miejsca pracy.

Oczywiście oni często podkreślają te miejsca pracy. Ale przyjrzeliśmy się tym miejscom pracy, chociażby w takich kurnikach. Powstaje np. projekt budowy 4 kurników o obsadzie około 960 DJP. To jest ogromny przerób, ale tam potencjalnie będą pracować 2 osoby. W wylęgarni będzie tych osób więcej. Ale jaka jest gwarancja, że to będą lokalni mieszkańcy, że inwestor, a wiemy, że już tak jest w innych miejscach, nie przywiezie pracowników z Bangladeszu. Nawet jeżeli zatrudni kilka miejscowych osób, to da im najniższą krajową.

Trudno zrozumieć motywację lokalnych włodarzy. Dlaczego się na to zgadzają?

Przyglądamy się tym sytuacjom i jeżeli nie wchodzą w rachubę jakieś prywatne interesy, to naprawdę jest to trudno zrozumieć. My oczywiście nie złapiemy wójta za rękę, który dogaduje się z przedsiębiorcą. To nie jest nasza rola, ale możemy jednak coś domniemywać.

To jest bardzo przygnębiające szczególnie, że to dotyczy tak pięknych terenów, właściwie ostatnich takich terenów w Europie, gdzie przyroda jest jeszcze nieskażona i to na naszych oczach się zmienia.

Bardzo istotne jest to, że te kurniki wpływają negatywnie na środowisko i to na różne jego komponenty. Poczynając od powietrza i zawartości w nim substancji odorowych, które tak znacząco oddziałują na jakość życia i przebywania w nim mieszkańców i osób przyjezdnych. Jako Stowarzyszenie współpracujemy z politykami i próbujemy ich nakłonić, żeby jak najszybciej dopracować ustawę odorową i w ten sposób ograniczyć przedostawanie się do powietrza szkodliwych substancji. Udało nam się już, poprzez wicemarszałka Macieja Żywno taki wniosek złożyć do ministra klimatu i środowiska.

Równolegle poszedł też wniosek o wdrożenie memorandum na budowę kurników, w gminach, w których nie ma miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. Pozwoliłoby to powstrzymać chaotyczną budowę takich obiektów do momentu uchwalenia dobrej ustawy odorowej, jak i miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego.

Dolina Lesnej.

Czy to się w najbliższym czasie uda?

Czekamy na odpowiednią chwilę po wyborach. Być może to ruszy.

Wracając jeszcze do tych aspektów ochrony środowiska. To, co wykazują raporty jest oczywiście zawsze na korzyść inwestora, dlatego, że to inwestor szuka wykonawcy raportu oddziaływania na środowisko, a ten pisze tak, jak pasuje to inwestorowi.

Natomiast nigdy się w nich nie uwzględnia ekstremalnych warunków. Mówi się o średnich. Na przykład oddziaływanie odorów jest ok. 600 metrów, ale przy ekstremalnych warunkach może to być kilka kilometrów. Jak w otoczeniu takiego obiektu może powstać agroturystyka czy jakiekolwiek inne usługi? Już nie mówię o uciążliwości dla wszystkich mieszkańców.

Kolejna sprawa – to wody. Tu też jest zagrożenie. Po pierwsze zrzutem ścieków w różnych ekstremalnych sytuacjach. Niekoniecznie tych ścieków, które zabezpieczane są za pomocą zbiorników, ale tych uwolnionych przy wystąpieniu ekstremalnych opadów lub burzy.

Te ścieki mogą spływać dosłownie do każdego najbliższego cieku. Niestety nie uniknie się tego. Mamy akurat te lokalizacje położone tak, że zawsze znajduje się tam jakiś ciek i to często nawet taki, przy którym stoi kapliczka, gdzie jest święte źródło, gdzie istnieje nie tylko aspekt przyrodniczy, ale też religijny, gdzie jakaś tradycja jest kultywowana. Ale inwestorzy i włodarze gmin na to nie patrzą.

Bardzo niebezpieczne są też patogeny – bakterie i wirusy w pomiocie kurzym. To jest niedopuszczalne do użytkowania na gruntach rolnych, dlatego, że ich zawartość jest tam ogromna. Jest to zagrożenie również dla różnych gatunków zwierząt.

W rejonie Białej Podlaskiej zlokalizowana jest unikatowa na skalę europejską innowacyjna plantacja ziół, takich jak miodunka, malina moroszka czy chociażby przetacznik. Obecność w nich patogenów z pomiotu kurzego powoduje, że wszyscy europejscy odbiorcy wycofują się ze współpracy z taką plantacją.

Użytkowanie takich gruntów wyklucza również rolnictwo ekologiczne. Jeżeli jest prowadzone w promieniu kilku kilometrów, to nie ma szans się rozwijać, chociażby ze względu na te patogeny.

Wygląda na to, że wpływ takiej przemysłowej fermy nie ogranicza się tylko do lokalnego oddziaływania na środowisko. Rzutuje też na wiele interesów różnych ludzi i blokuje pewne rodzaje działalności, które nie mogą się rozwijać.

Na Podlasiu mamy miejscowości mocno wyludnione. Ale ludzie do nas wracają, a niektórzy decydują się tam zamieszkać, bo jest cicho, a powietrze jest czyste.

Wracają, inwestują i pokazuje się nagle budowa fermy w pobliżu. Co ci ludzie mają zrobić? Oni znowu są zmuszeni do ucieczki, do sprzedaży, do utraty swojego majątku. Poza tym, kto w takie miejsce wróci na przykład na starość? No nie – tutaj możemy już zamykać, a mówiliśmy o takich kierunkach rozwoju jak domy spokojnej starości.

Kolejne zagrożenie powiązane z tymi dużymi fermami – to transport w wielkiej skali.

Dowozi paszę, zabiera kurczaki – to jest rząd kilkudziesięciu tirów, które w ciągu tygodnia przejeżdżają przez miejscowości, gdzie do tej pory przejeżdżało kilka samochodów na dzień, czy czasami nawet na tydzień.

Takie sytuacje należy rozpatrywać w kategorii racji stanu. To jest coś, co robi Polskę kurnikiem Europy. Tak duża skala rozwoju wielkoprzemysłowej hodowli zwierząt jest już nie do pomyślenia nawet w najbardziej uprzemysłowionych krajach Unii Europejskiej.

Dlaczego Duńczycy, Holendrzy i inni, którzy zintensyfikowali produkcję już do takiego stopnia, mają bardziej rygorystyczne przepisy niż teraz ma Polska. Taką produkcję się lokuje, szuka się tańszych gruntów, najtańszej robocizny, no i takiej nieświadomości, bo już w niektórych regionach nikt się na to nie nabiera.

Ci, którzy tam niedaleko mieszkają, to mają tego świadomość, ale tu chodzi o taką świadomość ogólną, taką narodową świadomość tego, co nam powinno być potrzebne do rozwoju, a co nas blokuje.

Nawet firma Wipasz, która zarzeka się, że kupuje produkty, surowce czy zboże od rolników, okazuje się, że była jedną z tych firm, która ściągała zboże z Ukrainy. Nie wiadomo jakiej jakości, oczywiście mogło być ono dobre, nikt tutaj od razu tego nie stwierdzi, ale jaka jest gwarancja, że oni kupią od sąsiadującego z fermą rolnika? Nie ma żadnej. Po prostu kupuje tam, gdzie jest taniej.

Czy znasz jakieś pozytywne przykłady podejścia samorządów do tej kwestii?

Są wójtowie, burmistrzowie, którzy temu przeciwdziałają. Na przykład gmina Zabłudów, której udało się stworzyć miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego i powstrzymać taką budowę. Tam samorząd stanął na wysokości zadania. No ale jakoś wokół sąsiedzi na to nie reagują. Brakuje edukacji w tych kwestiach.

Fundacja Wspomagania Wsi, prowadziła projekty związane z partycypacją społeczną w budowaniu planów miejscowych. To jest podstawa – żeby o tym, jak się rozwija nasz region decydowali lokalni ludzie. Nie jedna osoba w gminie. To ma być głos społeczny. My po prostu tego nie chcemy. Czy to przynosi zyski, czy nie. My widzimy inny kierunek. A jest tak, że podejmuje decyzję jedna osoba w postaci wójta czy burmistrza i wszystkim szykuje taką niespodziankę.

W Polsce istnieje tendencja do powstawania wielkich gospodarstw. To jest dziwne, bo kraje zachodnie odchodzą od tych monokultur, od wielkich przedsiębiorstw, a my jeszcze ciągle mając te mniejsze, chcemy je zniszczyć.

To jest zdumiewające. To jest przecież polityka państwa, a nie Unii, która zezwala na to, żeby w kraju rozwijały się właśnie gospodarstwa rodzinne. Nawet wywalczono w obecnym okresie programowania specjalne dopłaty na rozwój mniejszych gospodarstw, a nie na budowanie coraz to większych agrobiznesów, które tak naprawdę totalnie niszczą nam środowisko.

Ostatnio głośno jest o zapisach Zielonego Ładu – unijnego pakietu inicjatyw politycznych, którego celem jest skierowanie UE na drogę transformacji ekologicznej.

Kuriozalne jest, że Polska chce być przeciwko Zielonemu Ładowi. Inne kraje podchodzą do tego odmiennie. Widzą zagrożenie dla bioróżnorodności, dla naszego środowiska. Te regulacje mają na celu to, żebyśmy byli bardziej bezpieczni, żebyśmy produkowali coraz zdrowszą żywność.

Tutaj bardzo istotną rzeczą jest dostęp do rzetelnej informacji. Żeby ludzie nie podejmowali pochopnie swoich decyzji, to trzeba im rzetelnie przedstawić, jaka jest sytuacja zarówno w jednym, jak i w drugim kierunku. Włącznie z analizą ekonomiczną, potencjalnym zagrożeniem nie na pół roku, tylko na 50 lat do przodu.

***

Facebook
Twitter
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!