Salony dla świń. Wywiad Witryny Wiejskiej dla Tygodnika Powszechnego

swiniazaja2

„Patrząc na zjawisko ferm przemysłowych, które jedna po drugiej buduje się w naszym kraju, nie można oprzeć się wrażeniu, że Polska stała się kloaką Europy”.

Za zgodą Tygodnika Powszechnego publikujemy wywiad z Magdaleną Kowalczyk, redaktorką Witryny Wiejskiej, który ukazał się w lutowym wydaniu tygodnika i dostępny jest również na stronie https://www.tygodnikpowszechny.pl/salony-dla-swin-171199.

Małgorzata Nocuń: Historia z Psucina, którą opisałaś na Witrynie Wiejskiej, portalu prowadzonym przez Fundację Wspomagania Wsi (https://witrynawiejska.org.pl/2020/12/16/chlewnia-w-centrum-wsi-miedzy-biznesem-a-mieszkancami-przyp.red.), to opowieść rodem z bajki Brzechwy. Przebiegły rolnik jest jak Lis Witalis, a mieszkańcy wsi potraktowani niczym leśne zwierzęta. A w tle tego wszystkiego jest ogromny przekręt i pieniądze.  

Magdalena Kowalczyk: „Rolnik” z Psucina postanowił zbudować chlewnię, która pomieści 428 świń. Złożył do gminy wniosek o pozwolenie na budowę. Tak duża inwestycja wymaga jednak uzyskania „decyzji środowiskowej”, czyli analizy, „jak wpłynie na środowisko naturalne i życie ludzi”. Kiedy „rolnik” dowiedział się, że nie otrzyma od gminy pozwolenia na ogromną chlewnię w środku wsi, wycofał wniosek. Po pewnym czasie zapukał jednak do drzwi gminy z nowym projektem. Zakładał on budowę dwóch chlewni oddalonych od siebie o kilka metrów. Każda na ponad dwieście świń. Jedna miała należeć do niego, druga do jego ojca. Łącznie, w tym samym czasie w zabudowaniach przebywać miały 572 świnie.

Na to Urząd Gminy chyba także nie przystał.

Przystał. W jego opinii to nie jest jedna duża chlewnia, a dwie oddzielne, mniejsze. I to jeszcze nie wszystko. Inwestycje wcale nie zostały zaprojektowane na 286 świń każda. Według projektu są trzy razy większe. To samo dotyczy zbiorników na gnojowicę. Na usta ciśnie się pytanie: „Po co?”. Podczas konsultacji z mieszkańcami Psucina, „rolnicy-inwestorzy”, czyli ojciec i syn, na tak postawione pytanie odparli: „Chcemy, by świnie miały salony”. Ale te „salony dla świń” także stoją w sprzeczności z polskim prawem. Planując inwestycję należy bowiem podać maksymalną liczbę trzody, która ma w niej przebywać. Mieszkańcy Psucina obawiają się, że za pewien czas będą mieć za oknami chlewnie, w których łącznie znajdzie się prawie 2 tys. świń. W Polsce hodowla powyżej 1,5 tys. uznawana jest za „znacząco negatywnie oddziałującą na środowisko”. Tymczasem we wsi znajduje się ujęcie wody dla 13 sołectw.

I wszystko to dzieje się zaledwie 50 km od Warszawy.  

Psucin nie jest oddalonym od cywilizacji i wyludniającym się miejscem. W dzisiejszych realiach to praktycznie przedmieścia stolicy. Nieopodal planowanej inwestycji wzniesiono niedawno nowoczesne domy, więc nic dziwnego, że mieszkańcy złożyli już pozew w sądzie. Wojewoda uchylił co prawda decyzję gminy, ale inwestor się odwołał. Następnie sprawa trafiła do sądu administracyjnego, a ten podtrzymał decyzję wojewody. Rolnik zapowiada jednak, że walka nie jest skończona. Odwołał się.

W planowanych chlewniach hodowane byłyby świnie w ramach „tuczu nakładczego”. Co oznacza to pojęcie?

„Tucz nakładczy” lub „kontraktowy” to hodowanie zwierząt na zlecenie koncernu mięsnego. W Polsce najczęściej mówimy o „tuczu kontraktowym” świń i drobiu. Proces odbywa się według następującego schematu: rolnik podpisuje (najczęściej z wielkim zagranicznym koncernem) umowę na chów świń. W niej zaś dokładnie zostaje określona ich liczba i waga. Zagraniczny koncern dostarcza prosięta, paszę, lekarstwa. Rolnik jedynie opiekuje się stadem. Karmi je, poi, podaje leki. Co ważne, „utylizuje” także gnojowicę – czyli wylewa ją na pola. Otrzymanie zezwolenia na hodowlę świń uzależnione jest głównie od posiadania albo dzierżawy określonego areału ziemi.

Rolnik pełni więc rolę „słupa”?

Oczywiście. Za inwestycję – jak w przypadku Psucina – odpowiada wprawdzie rolnik, ale za nim stoi gigantyczny koncern mięsny. Zwierzęta zostaną ubite w Polsce, a ich mięso wróci do kraju zagranicznego inwestora. Część zostanie przeznaczona potem na eksport, część zostanie w Polsce. Ale najgorsze jest to, że trwale zostaną u nas: gnój, zanieczyszczona gleba i woda. Plagi gryzoni i owadów, odpady poubojowe. Powstanie zagrożenie epidemiologiczne.

Polska jest pod tym względem wyjątkowa?

Patrząc na zjawisko ferm przemysłowych, które jedna po drugiej buduje się w naszym kraju, nie można oprzeć się wrażeniu, że Polska stała się kloaką Europy. Najwięcej wielkich chlewni jest w Wielkopolsce, w województwie kujawsko-pomorskim i na Mazowszu. Inwestorzy szukają jednak nowych terenów. Obecnie rozglądają się za ziemią na Podlasiu, gdzie planują wybudować olbrzymie kurniki. Mieszkańcy Czeremchy, Kruszynian i Nurzec-Stacji już zaczęli protesty i trudno się dziwić. Zaledwie 1,5 km od Kruszynian – wsi, w której zachowało się dziedzictwo kulturowe Tatarów i która objęta jest ochroną konserwatora zabytków – powstanie kurnik produkujący 800 tys. brojlerów rocznie. Na decyzję o wydaniu pozwolenia nie wpłynął fakt usytuowanego nieopodal obszaru „Natura 2000”. Z kolei w Czeremsze-Wsi ma być wzniesionych dziewięć kurników, w których jednocześnie tuczone będzie pół miliona kurczaków. Czeremcha zaś słynie z Festiwalu Wielu Kultur i Narodów. Obie wsie leżą tuż przy granicy z Białorusią, biegnie tędy trasa rowerowa „Green Velo”, nazywana „Wschodnim Szlakiem Rowerowym”. Po powstaniu kurzej fermy te tereny oraz ich mieszkańcy dużo stracą. To może być koniec lokalnych przedsiębiorców, agroturystyki, gastronomii.

Nikt nie chce mieć brudu w swoim domu. Trudno się dziwić międzynarodowym koncernom mięsnym.

Więcej: w ich domu często zabrania tego prawo. Koncerny mięsne, przeważnie z zachodniej Europy, nie mogą już realizować podobnych inwestycji na swoich terenach, gdyż prawo środowiskowe i pracownicze jest tam o wiele surowsze niż w Polsce. Podam przykład: za inwestycjami u nas stoją najczęściej Holandia i Dania. To jedni z największych eksporterów mięsa na naszym kontynencie. Przy czym w Holandii pogłowie zwierząt gospodarskich zmniejsza się. Dzieje się tak, ponieważ kraj przestał radzić sobie z dużą ilością zwierzęcych odchodów, wykryto duże zanieczyszczenie gleb i wód azotem. Politycy i obywatele zrozumieli, że koszty produkcji mięsa są za wysokie.

Szukają więc „partnerów”, których te wysokie koszty i zanieczyszczenie nie przerażają. Czynią to m. in w Polsce.

Polska wieś nigdy wcześniej nie była w tak dużym stopniu narażona na inwestycje w postaci ferm przemysłowych. Dotyczy to właściwie większości obszarów wiejskich. Dla rolników-słupów, za którymi  stoją zagraniczne koncerny, nie ma znaczenia czy ferma powstanie w środku wsi, jak w przypadku Psucina, czy też na terenach przyrodniczo i kulturowo cennego Podlasia. Ci ludzie bardzo często nawet na tych terenach nie mieszkają. Mają tam tylko swoje biznesy.

Mówiąc o nich rolnicy, powinniśmy chyba użyć cudzysłowu.

Nie można nazwać rolnikiem kogoś, kto buduje fermę przemysłową. To przedsiębiorca. Przecież taki „rolnik” nie rozmnaża zwierząt. To ciężarówka, z Holandii czy Danii, dostarcza mu „towar”, czyli prosiaki do wykarmienia. Pola są mu potrzebne głównie do wylewania gnojowicy. Nie ma to nic wspólnego z rolnictwem, które znamy sprzed kilkudziesięciu lat. Więcej: takie „rolnictwo” jest szkodliwe dla prawdziwych rolników, którzy chcieliby mieć chlewnie na 20-30 zwierząt.

Tradycyjnego rolnictwa wkrótce nie będzie?

Tradycyjna hodowla wiąże się z dużym ryzykiem finansowym. W Polsce wraz z pandemią koronawirusa nastały też epidemie ptasiej grypy. Miliony kurczaków ubito, a te zdrowe poszły na mięso. Na rynku pojawił się więc tani drób kosztujący kilkanaście złotych za kilogram. Konsumenci chętnie sięgali po takie mięso. W efekcie mali producenci wieprzowiny musieli za bezcen sprzedawać tuczniki. Tymczasem na tuczu kontraktowym wciąż można zbić kokosy. Chlewnie czy kurniki nie potrzebują pracowników, wszystko jest zautomatyzowane, a „rolnicy” – płacą niski podatek rolny. Z całego tego przemysłu gminy nie mają jednak większego zysku, a wręcz koszty w postaci niszczonych dróg, którymi jeżdżą ciężarówki ze zwierzętami, paszami, traktory z gnojowicą.

Ale wszyscy płacimy za to zdrowiem.

W miejscowościach, w których prowadzi się tucz kontraktowy, unosi się koszmarny odór. W okresie od 1 marca do 30 listopada można też wylewać gnojowicę na pola, co oznacza, że wiosną, w okolicach chlewni i pól nie sposób suszyć prania na zewnątrz. Słodko-żrący smród wżera się w tkaniny, a ludzi przyprawia o mdłości. Zresztą, wpływ tego odoru na nasze zdrowie jest dobrze zbadany. Może wywoływać podrażnienia oczu, gardła, problemy z oddychaniem. Wokół pojawiają się roje much, szczury. Martwy drób wyrzuca się wraz z kurzymi odchodami na pola, chociaż jest to zabronione. Naprawdę, życie w takim miejscu staje się udręką, gdy nie można otworzyć okna. Bywa też, że bogaci inwestorzy otrzymują odpowiednio sporządzone ekspertyzy środowiskowe, które kończy zdanie: „Uciążliwość zamyka się w granicach działki”. Po czym Regionalne Dyrekcje Ochrony Środowiska wydają zgody na inwestycje o takiej „ograniczonej uciążliwości”. Posłużę się przykładem. W powiecie żuromińskim hoduje się 600 tys. świń i 2 mln kur. Fermy dostały zgodę, choć „w granicach działki” nie da się przecież zamknąć smrodu, hałasu i wirusów pochodzących od takiej liczby zwierząt.

Jaka jest skala chowu przemysłowego?

Ferma uważana jest za „przemysłową”, kiedy liczba hodowanych na niej zwierząt przekracza 2 tys. świń lub 40 tys. kurczaków.  W 2006 r. w Polsce było 117 ferm przemysłowych, w 2020 r. już 750. Jednocześnie z roku na rok spada liczba małych i średnich hodowców. Nie mam więc wątpliwości, że zagraniczne koncerny będą szukać „partnerów” w Polsce i znajdą ich. Dla rolników-słupów to komfortowa sytuacja. Nie martwią się czy sprzedadzą tuczniki. I tak zarobią grube pieniądze. Dlatego dziś na wsi nikt nie może czuć się bezpieczny, bo chów przemysłowy może się pojawić dosłownie w każdym miejscu. Gminy, które chcą się przed tym bronić, powinny jak najszybciej uchwalić szczegółowe plany zagospodarowania przestrzennego (dziś obejmują one zaledwie 30 proc. kraju), wykluczające tego rodzaju działalność, a mieszkańcy uważnie śledzić sesje rad gmin.

Czy będzie przesadą stwierdzenie, że masowa hodowla zwierząt w dużym stopniu jest odpowiedzialna za degradację środowiska naturalnego?

W 2018 r. liczbę zwierząt hodowlanych na świecie szacowano na około cztery razy większą, niż liczba ludzi. Stanowią one około 60 proc. biomasy ssaków na Ziemi. Ptaki hodowlane to odpowiednio 70 proc. wszystkich ptaków. Ileż paszy i wody potrzeba, by wykarmić i napoić te miliardy krów, kur i świń? Ile hektarów gleb skazimy ich odchodami? By wyprodukować paszę dla zwierząt hodowlanych, konieczna jest uprawa „monokultur”. W tym celu ogromne tereny pozbawia się bioróżnorodności, wypierane są lokalne gatunki ssaków, ptaków, owadów. W Ameryce Południowej wycina się wielkie połacie Puszczy Amazońskiej pod uprawę soi. Aż trzy czwarte jej światowych plonów zjadają właśnie zwierzęta hodowlane. Ich chów jest także jednym z czynników poważnie wpływających na zmiany klimatyczne. Powoduje rocznie emisję ok. 7,1 gigaton ekwiwalentu dwutlenku węgla. To stanowi około 14,5-18 proc. gazów cieplarnianych, więcej niż emituje światowy transport, a jeszcze niektórzy naukowcy są zdania, że te szacunki znacznie zaniżono. Mamy też polskie dane. Krajowy Ośrodek Bilansowania i Zarządzania Emisjami podaje, że w 2018 r. emisja gazów cieplarnianych z polskiego rolnictwa wyniosła około 8 % całkowitej emisji naszego kraju. Na te 8% składa się nawożenie gleb rolniczych azotem oraz fermentacja jelitowa zwierząt, czyli metan z odchodów. W Polsce także znaczna część gleb wykorzystywana jest na potrzeby produkcji paszy dla zwierząt.

Naukowcy wskazują na związki chorób wywoływanych wirusami właśnie z przemysłowym chowem zwierząt.

Fermy są źródłem zoonoz, czyli chorób odzwierzęcych: boreliozy, świńskiej i ptasiej grypy, listeriozy, brucelozy. W latach 2007-2012 stanowiły one aż 82 proc. chorób zawodowych zdiagnozowanych wśród rolników. Bywa też, że hodowle stanowią początek epidemii, np. ptasiej grypy, choroby wściekłych krów, pryszczycy, ASF. Uważa się również, że pandemia COVID-19 jest m.in. konsekwencją niszczenia ostatnich na Ziemi siedlisk dzikich zwierząt i doprowadzenia do niebezpiecznego skrócenia dystansu między dziką fauną a człowiekiem. Sytuację pogarszają też zmiany klimatu, spodziewajmy się więc, że w krajach takich, jak Polska, pojawią się choroby wcześniej nam nieznane, np. malaria.

Jesz mięso?

Nie. I staram się nie podawać go moim dzieciom, a jeśli już to czynię, to pochodzi ono z lokalnych, małych gospodarstw. Niestety, wielkie koncerny mięsne robią wszystko, byśmy jedli go jak najwięcej. Pół wieku temu przeciętny Polak spożywał 47 kg mięsa rocznie, dziś już 80 kg. Zresztą, cała ludzkość nigdy nie zjadała takich ilości mięsa. Nie jedzono też produktów pozyskiwanych nieetycznie, czyli pochodzących od świń stłoczonych w chlewniach, które w ciągu całego życia widzą światło dziennie jedynie podczas drogi do ubojni. Pamiętajmy, że chów przekłada się na jakość: dziś kurczak zawiera dwa razy więcej tłuszczu i o jedną trzecią mniej białka, niż cztery dekady temu. I nawet jeśli rozumiem ludzi, którzy nie wyobrażają sobie życia bez mięsa oraz są przekonani, że inna dieta nie daje energii, to uważam, że w obliczu kolejnych pandemii warto te przekonania zrewidować.

Pod koniec 2021 r. ukazał się raport Najwyższej Izby Kontroli dotyczący m.in. jakości polskiego mięsa.

I nie zostawia na nim suchej nitki. Nasz kraj zajmuje w Unii Europejskiej drugie miejsce pod względem użycia w hodowli zwierząt najsilniejszych antybiotyków stosowanych w leczeniu chorób u ludzi. Do RASFF, czyli europejskiego Systemu Wczesnego Ostrzegania o Niebezpiecznej Żywności i Paszach, w latach 2017-2020 wpłynęło prawie 700 powiadomień dotyczących żywności z Polski. W pierwszych trzech kwartałach 2020 r. zgłoszono nieco ponad dwa tysiące przypadków z całego świata, z czego ponad 10 proc. dotyczyło naszego kraju. Oczywiście, nie wszystkie te zgłoszenia dotyczą branży mięsnej. Jednak zagrożenie notowane najczęściej dotyczy bakterii Salmonelli, występującej przede wszystkim w mięsie drobiowym i produktach pochodnych. Nic dziwnego, Polska jest krajem hodującym najwięcej kur spośród wszystkich państw europejskich. Zapewne także ten czynnik wpływa na fakt, że w rankingu pozostajemy niekwestionowanym europejskim „liderem”. Warto podkreślić, że Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej sygnalizuje, iż codzienne spożywanie mięsa czerwonego i przetworzonego wiąże się ze zwiększonym ryzykiem zachorowania na nowotwory złośliwe. Ta sama instytucja potwierdza, że dzieci i ludzie dorośli mogą dobrze funkcjonować i cieszyć się zdrowiem nie jedząc mięsa.

Pojawia się też dużo społecznych akcji dotyczących świadomej konsumpcji.  

W supermarkecie pierś z kurczaka leży na zielonej tacce symbolizującej przyrodę i zdrowie. A ten kurczak jeszcze kilka dni wcześniej był zamknięty, chwiał się na nogach chory ze stresu i unurzany we własnych odchodach, posilał się mączną kostką wymieszaną z antybiotykami. Na szczęście ludzie są coraz bardziej świadomi zdrowotnego i moralnego aspektu jedzenia mięsa. Zaczynamy rozumieć, że nie pochodzi ono od „szczęśliwych świnek” czy „kurek”, lecz okupione zostało niewyobrażalnym cierpieniem.

Banalne pytanie: co możemy zrobić?

Konsumenci powinni wspierać lokalny rynek i rolników prowadzących ekologiczne gospodarstwa. Najlepiej szukać mięsa oznaczonego unijnym certyfikatem ekologicznym. W sieci można znaleźć dostawców, którzy pozyskują je etycznie. Nie jest ono także nafaszerowane antybiotykami. Ale kilogram piersi z ekologicznego kurczaka kosztuje 50 zł, nie 15, i to jest problem. Inna sprawa, że świadomość dotycząca ferm przemysłowych i opór mieszkańców wsi przed ich budowaniem stale się zwiększa.

15 lutego ukazał się „Atlas mięsa 2022. Fakty i liczby na temat zwierząt, które zjadamy” Przeczytamy w nim m.in. o rzeczach, które poruszyłyśmy w rozmowie. Bardzo cenną pracę wykonuje również koalicja „Stop Fermom Przemysłowym”. Organizują konferencje i, co bardzo ważne, wydają poradniki instruujące jak nie dopuszczać do realizacji takich „bomb”, jak ta planowana w Psucinie.

Rozmawiała Małgorzata Nocuń

Magdalena Kowalczyk jest absolwentką wydziału Geografii i Studiów Regionalnych UW oraz międzynarodowych studiów Development Cooperation Policy and Management. Pracuje w Fundacji Wspomagania Wsi, która pomaga społecznościom lokalnym w planowaniu i analizie dokumentów planistycznych.

Facebook
Twitter
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!