“Jestem rolniczką – gospodynią bez ziemi. Cz. III”. Wspomnienia kobiet wiejskich #3

Maria Kozłowa

W poprzedniej części cyklu opublikowaliśmy dwie części anonimowego pamiętnika kobiety urodzonej w 1910 roku we wsi Machów koło Tarnobrzega. Wieś już nie istnieje – została wysiedlona w latach 70.XX wieku na potrzeby kopalni siarki. Dawni mieszkańcy Machowa rozpoznali autorkę opublikowanego przez nas pamiętnika – to Maria Kozłowa, niezwykle utalentowana twórczyni ludowa, dzięki której pamięć o wsi, jej mieszkańcach, obrzędach, kulturze ludowej Lasowiaków (mieszkańcach Puszczy Sandomierskiej) przetrwała do dziś. Maria Kozłowa zmarła w 1999 roku. Za zgodą jej córki Doroty Kozioł publikujemy trzeci, ostatni fragment pamiętnika Marii. 

„Rola przeorana, dom piękny” to jedna z trzech części dzieła pt. „Wspomnienia kobiet wiejskich”. „Wspomnienia” zawierają pamiętniki i listy nadesłane na konkurs ogłoszony w 1970 roku przez Instytut Rozwoju Wsi i Rolnictwa Polskiej Akademii Nauk, Centralny Związek Kółek Rolniczych, Radę Główną Kół Gospodyń Wiejskich, CRS „Samopomoc Chłopska” oraz fachowe czasopisma rolnicze. Na konkurs nadesłano 1200 prac. W trzech tomach: „Rola przeorana, dom piękny”, „Czyste wody moich uczuć” i „Być w środku życia” opublikowano 56 wspomnień.

Jak pisała redaktorka „Wspomnień” Eugenia Jagiełła-Łysiowa zebrany materiał pamiętnikarski stanowi bogate źródło wiedzy o mechanizmach dojrzewania kobiet żyjących na wsi, zmianach w sposobach pracy, kształtowaniu się stosunków w rodzinie, w wychowywaniu dzieci, w spełnianiu przez nie zarówno tradycyjnych, jak i nowoczesnych zadań, stojących przed gospodarstwami i rodzinami chłopskimi. Od wydawnictwa „Książka i Wiedza” dostaliśmy zgodę na publikację najciekawszych według nas pamiętników.

Śródtytuły pochodzą od redakcji. Zdjęcie powyżej przedstawia wieś Machów w latach 60.XX wieku i pochodzi ze zbiorów Doroty Kozioł. Zdjęcie stanowi część publikacji „Żegnaj moja wiosko… Pamięć o Machowie i kulturze lasowiackiej w twórczości Marii Kozłowej” autorstwa Elżbiety Wiącek z Uniwersytetu Jagiellońskiego dostępnej tutaj: www.ruj.uj.edu.pl.

Pierwsza część pamiętnika Marii Kozłowej dostępna jest tutaj: https://witrynawiejska.org.pl/2022/02/04/jestem-rolniczka-gospodynia-bez-ziemi-wspomnienia-kobiet-wiejskich-3/

Druga część pamiętnika tutaj: https://witrynawiejska.org.pl/2022/03/01/jestem-rolniczka-gospodynia-bez-ziemi-cz-ii-wspomnienia-kobiet-wiejskich-3-2/

Zapraszamy do lektury!

***

Maria Kozłowa w swoim mieszkaniu w Tarnobrzegu w latach 90.XXw. Autor: Stanisław Świerk

II wojna światowa i okupacja

[…] I przyszedł rok 1939. Po wsiach organizowano wykłady o obronie przeciwlotniczej i o gazach. Ludzie kopali głębokie rowy, aby się schronić przed samolotami, uczono, w jaki sposób trzeba się obchodzić z maskami i gazami. Rodzice pamiętali dobrze pierwszą wojnę światową, ja pamiętałam bardzo mało, bo liczyłam zaledwie 4 lata. Druga wojna światowa była odmienna. Tatuś przyniósł gazetę i przeczytał nam wiersz, który napisali Niemcy, w jaki sposób będą mordować Polaków. Wystraszyliśmy się ogromnie. Na drugi dzień, 2 września, raniutko wykopał w ogrodzie schron. A we wsi ludzie jeszcze nie bardzo wierzyli, że już jest wojna. Tego samego dnia w godzinach popołudniowych usłyszeliśmy ogromne i ciężkie brzęczenie samolotów. Niebo było czyste, zbliżały się te samoloty w naszą stronę, bo ich leciało okropnie dużo. Mieszkańcy Machowa powychodzili na gościniec i wszyscy gapili się na te srebrne ptaki, które w słońcu pięknie lśniły. Leciały trójkami. Zaczęliśmy liczyć spokojnie, ale nikt nie przypuszczał, co się stanie. Cała chmura samolotów z krzyżami poleciała w kierunku Tarnobrzega, a my dalej staliśmy i patrzyli, co to jest. Nagle huknęło tak strasznie, żeśmy wszyscy zadrżeli. Samoloty niemieckie urządziły nalot na Tarnobrzeg. Rzuciły bomby na stację kolejową, zawróciły nad wioskę Chmielów odległą od Machowa 2 km.

I tu się rozpoczęło piekło. Ziemia drżała, dym zakrył pogodne wrześniowe niebo, długie smugi ognia buchały w górę, zdawało się, że się pali cała wieś. W Machowie powstał popłoch, ludzie, którzy stali grupami, pouciekali, gdzie kto mógł, i czekali, co będzie dalej.

Nalot trwał długo, a był potworny. Zabitych było bardzo dużo, a rannych jeszcze więcej. Rannych wywożono do szpitala w Tarnobrzegu.

I od tego dnia przeżywaliśmy straszne chwile. Nad naszymi wioskami codziennie przelatywały niemieckie bombowce, ale w naszej wsi była zrzucona na pola tylko jedna bomba, a za kilka dni druga bliżej Wisły. Wreszcie zaczęto opowiadać, że będą Niemcy puszczać trujące gazy. Więc ludzie z sąsiednich wsi zaczęli uciekać do Machowa, do Wisły. Mówiono, że najlepiej się chronić od tych gazów nad wodą.

Więc i nasza wieś z dziećmi, z krowami uciekała nad Wisłę. Maczali w Wiśle koce i pozawiązywali krowom pyski, a ludzie kładli się na brzegu na brzuchach, a gdy samoloty nadlatywały, wszyscy wkładali twarze do wody. Niektórzy wskakiwali do pobliskich stawów lub sadzawek.

Albo uciekaliśmy za wieś do sadów i tam każdy osobno stał pod drzewem, a na wieczór wracaliśmy do swoich chat, ale nikt nie spał w domu, tylko gdzieś na polu pod płotem czy pod stodołą. Żyliśmy co dzień to pod większym strachem. Wreszcie za kilka dni pojawiły się całe procesje ludności na autach, rowerach, wozach i pieszo. Byli to uciekinierzy, którzy uciekali na wschód z dalekich stron. Powstało wielkie zamieszanie i popłoch, bo rozsiewano wiadomości, że Niemcy będą w straszny, barbarzyński sposób mordować kobiety, dzieci. Wszystko uciekało na wschód.

Gdyśmy zobaczyli, co się dzieje, wybraliśmy się do ucieczki. Szliśmy do Dęby, a później z Dęby zaczęliśmy iść lasami na wschód. Po drodze spotkaliśmy ludzi wracających wschodu, którzy opowiedzieli, że tam dzieci mrą z głodu i pragnienia, że po rowach leżą trupy. Więc wróciliśmy do Dęby. Tu tatuś dowiedział się, że Niemcy już są w Kolbuszowej, i znowu zabrawszy dzieci z powrotem uciekaliśmy do Machowa. Trudno było przechodzić, bo noc była bardzo ciemna, a drogi polskie wojsko zawalało sosnami, ale żołnierze nas przeprowadzili i szczęśliwie dotarliśmy do swojej wsi. Stąd już nigdzie nie odchodziliśmy.

Za kilka dni nadeszli Niemcy. We wsi jakby wszystko zamarło –  jeden cmentarz, nikt się nigdzie nie ruszył, każdy czekał, co się będzie działo. Pamiętam ten dzień. Stałam obok drzwi, a tatuś z siostrą Kasią przy płocie. Na podwórze wpadła grupka niemieckich żołnierzy. Siostra ze strachu uciekła za stodołę i schowała się w słomę. Wszyscy żołnierze mieli w ręku karabiny gotowe do wystrzału, obawiali się zasadzki. Jeden z nich popędził za siostrą, szukał i pytał, dlaczego tak uciekła, ale jej nie znalazł. Inni przystawili do tatusia karabin i wołali: – Chleba i mleka!

Tatuś przyniósł, ale najpierw kazali się napić tusiowi i ukąsić chleba, czy nie zatrute. Byli widocznie bardzo głodni, bo w mig ten kawałek chleba zjedli i polecieli jak wściekłe psy dalej. Coraz więcej wojska nadciągało, a myśmy się tak wszyscy bali, że tego nie potrafię opisać. Do wsi nadciągało ich coraz więcej pod osłoną czarnych krzyży. Niemieckie auta i niemieckie działa, pędziło wszystko na wschodnie ziemie.

Rozpoczęła się dla nas okrutna okupacja. Władze niemieckie obejmowały wszystko, tak w mieście, jak i na wsi. Przyszedł rozkaz, aby wszystkie nieużytki, ogródki zostały zasadzone jarzynami. Zniesiono miedze, chłopi musieli zaorać każdą miedzę i siać zboże. Gdy ktoś tego nie zrobił, była wielka kara. Wyszło również rozporządzenie, aby ludzie oddawali kontyngent, za co otrzymywali kartki na drewniaki, skórę, płótno, a najwięcej na wódkę, tak zwaną kontyngentówkę, którą niemożliwie rozpijali ludzi. Był też obowiązkowy wywóz drzewa z lasu, za co otrzymywali kartki na owies i na siano.

Pewnego razu do wsi przyszedł volksdeutsch, bo chłopi wywozili to drzewo, ale jeszcze niektórzy wszystkiego wyznaczonego nie wywieźli, więc bił gospodarzy i w ręce trzymał pistolet. Mój tatuś też jeszcze wszystkiego nie wywiózł, miał jechać na drugi dzień i tak się tatuś tłumaczył, a on uderzył tatusia tak silnie w głowę, aż tatuś upadł na ziemię. Ja zrobiłam straszny krzyk, a bracia za stodołą czekali i myśleli wyskoczyć i pomścić policzkowanie tatusia, ale dobrze zrobili, że się opanowali, bo takich pobitych ojców we wsi było dużo, więc kto wie, jakie by były skutki tej sprawy. Tatuś powoli podniósł się z ziemi, otarł Izy i w milczeniu długo stal.

Niemcy robili porządek, młynki kieratowe plombowali i pozabierali kamienie od żaren, ale nie wszyscy ludzie oddali – ukryli, a niektórzy mieli po 2, więc było jeszcze na czym zemleć na chleb. Myśmy mieli żarna schowane w stodole między snopkami, to tam nie było słychać hurkotu, ale jedno musiało pilnować, aby October z Tarnobrzega nie nadszedł, bo gdyby spotkał, to kamień kazał rozbić i jeszcze wlepił karę pieniężną.

Najstraszniejsze to były łapanki, bo nikt nie wiedział, kiedy, o jakiej porze. Łapali na zakładników do obozu i były łapanki na przymusowe roboty do Niemiec. U nas była taka łapanka raz nad ranem. Wtedy były zboża, to młodzież pouciekała i ukryła się w zbożu. Później robili imienne listy i przymusowo zabierali. Sporo ludzi z naszej wsi było na tych robotach. Z mojej rodziny był najstarszy brat Tadeusz.

Wychodzę za mąż

W tych latach wyszłam za mąż, o czym prawie że nie myślałam, bo ja raczej byłam żywa, energiczna, z młodzieżą pracowałam, z chłopcami flirtowałam, lubiłam zabawy, towarzystwo. Chłopców nabierałam, ale nigdy nie myślałam, że wyjdę za mąż. Byłam twarda i chłopcy mnie nie bardzo lubili. Myślałam o wstąpieniu do klasztoru, ale trzeba było mieć wielką wyprawę i dużo pieniędzy. Więc postanowiłam żyć sama i udzielać się dla dobra ogółu. Nagle coś się stało i w ostatnim roku przed okupacją zmieniło mi się. Widocznie nie miałam powołania do tego stanu. Poznałam chłopca ze swojej wsi i w jednym roku wszystko się stało.

Ani to nie była miłość, ani żadne interesy. Jego rodzice moi rodzice absolutnie na się nie godzili, bo ja miałam troszkę więcej wykształcenia i dodatku byliśmy trzecie dzieci – bliski stopień po krewieństwa. Doszło jednak do tego, że wzięliśmy ślub kościelny ukradkiem. Ja wówczas liczyłam 30 lat, a 27 lat. Gdzie był sens? Sam wiek robił różnicę!

Ślub braliśmy dzień przed wigilią Bożego Narodzenia, w adwencie, w bardzo przykrych okolicznościach. Żałowałam bardzo, że poszłam wbrew woli rodziców, bo żadnego błogosławieństwa nie miałam dalszym życiu. Gdy się rodzice dowiedzieli, musiałam uciekać z domu i tak się poniewierałam po ludzkich progach.

Warunki mieliśmy straszne: ani dachu nad głową, ani chleba. Ciężkie było nasze życie, majątku żadnegośmy nie mieli. Mieszkaliśmy na komornym. Mąż był bardzo pracowity, dosyć zaradny, więc ukradkiem zabijał świnie sprzedawał, nawet czasami Niemcy, którzy mieszkali we wsi, coś sobie kupili. Bałam się, że mogą męża wsypać, ale jakoś tego nie zrobili. Później został przeznaczony na przymusowe roboty do budowy linii wysokiego napięcia do Mościc czy Tarnowa. Zostałam sama, powoli rodzice zaczęli się odzywać, mama ze mną nocowała, czasem mi coś przyniosła i tak jakiś czas żyłam, aż chwili powrotu męża do domu. Gdzie mógł, pracował, aby jakoś przeżyć to najgorsze.

Jedliśmy ziemniaczki barszczem i chlebuś, którego często brakowało. Gdy za pracę dostawał zboże, mleliśmy ukradkiem w żarnach, piekłam sama chleb. Pamiętam pierwszy chleb, jak mi się udał. Będąc w domu, widziałam, jak to mamusia robiła, ale jej nie wyręczałam, bo młodsza siostra Kasia skończyła szkołę rolniczą, to niech ta piecze. Nigdy nie przypuszczałam, że mi się to może przydać. A więc zrobiłam w dzieżce ciasto, zrobił mąż łopatę, pociach i ożóg pomiotłem. W tej chacie był dosyć duży piec; nie wiedziałam, jak nim napalić, ale na paliłam, jak umiałam. Pociachem wygarnęłam węgiel, a resztę wymiotłam pomiotłem, wzięłam łopatę, podsypałam mąką, nałożyłam do donicy ciasta, wyłożyłam na łopatę, obmuskałam wodą, zrobiłam palcem wokoło dołeczki i na pierwszym bochenku krzyż, tak jak to ro bila mamusia. Wsadziłam 4 bochenki. Zamknęłam drzwiczki i gotowe. Aby nie studzić pieca, nie zaglądałam.

Wreszcie było już blisko do wysadzania, ja zaglądam, a tu jak duży piec – jeden placek. Zlało się wszystko razem i było żywe ciasto.

Zawołałam męża, którego się bardzo bałam. Ten mój pierwszy chleb wyjmowaliśmy z pieca rydlem i motyką. Tego ciasta nie zmarnowałam, bo zjadły konie i świnie teścia. Taka była ze mnie gospodyni! Wszystkiego trzeba się w życiu uczyć, a zwłaszcza panna powinna być ciekawa – czy jej to będzie potrzebne, czy nie – nauczyć się, bo może się w życiu przydać.

Te wszystkie niewygody, niedostatek i biedę przeżywałam w latach okupacji niemieckiej. Jak wszędzie w naszej okolicy tak i w Machowie powstała organizacja konspiracyjna. Nie było domu, aby jeden lub więcej mężczyzn nie należało do podziemnej pracy. Nawet kobiety i całe rodziny. Od nas też wychodziła prasa, u nas byli ludzie patrioci, którzy poświęcali życie i ginęli za sprawę kochanej Polski.

W tych latach w okolicach Tarnobrzega Niemcy zaczęli wąchać za działaczami, za ludźmi czołowymi, którzy prowadzili konspirację. Niektórzy musieli się ukrywać, bo już było źle. Ja sama przez kilka miesięcy ukrywałam głównego dowódcę, pana dra L. M. z Tarnobrzega. Ciężko mi było, bo sama nie miałam co jeść, ale musiał jeść to, co i my: ziemniaki, gały, kaszę.

Koniec okupacji

W ten pamiętny dzień lipcowy już od rana Niemcy dziwnie się zachowywali. Ja mieszkałam przy szosie, więc dobrze wszystko widziałam. Na polach niedaleko szkoły ustawiali olbrzymie działa, drudzy po szosie jeździli tam i z powrotem. A potem zebrali wszystko i galopem uciekli na drugą stronę wsi. Część ich obsadziła się w gromadzkim lasku, reszta w Kajmowie i Miechocinie blisko Tarnobrzega.

We wsi powstał popłoch, ludzie szukali schronienia w kopcach i piwnicach, bo przeczuwaliśmy, co się będzie działo.

Tego pamiętnego dnia około godziny piątej po południu z wielkim hurkotem zajechał rosyjski czołg. Zdawało się, że cała wieś się zatrzęsła, taki był ciężki i olbrzymi. Stanął w środku wsi. Rosyjskich żołnierzy witaliśmy łzami i kwiatami. Niemcy okopani w machowskim lasku obserwowali i czekali. Ja schroniłam się w piwnicy u sąsiada. W tym czasie przyszła grupa chłopców, których trzeba było pożywić, bo dniem i nocą ścigali wroga za Wisłą. Postrach był wielki, strzelanina, huki, jakiś nieopisany ruch. Za krótką chwilę przez wszystkie drogi w Machowie szli polscy partyzanci pod dowództwem por. Staszka ,,Czernika” i wskazywali drogę do Wisły. I właśnie w Machowie na Wiśle żołnierze radzieccy natychmiast zrobili pierwszy, pontonowy most, po którym czołgi i wojsko z partyzantką przeprawiali się na drugą stronę rzeki.

Przez kilka dni byliśmy jak w piekle.

W kierunku Baranowa zrobiono potem jeszcze więcej takich mostów, olbrzymia ilość wojska z autami, armatami przeprawiała się na całym odcinku. Niemcy obsadzeni w gromadzkim lesie podchodzili wieczór do wsi, a we wsi byli radzieccy żołnierze. Zaczęła się strzelanina. Wreszcie nalot na przeprawiającą się armię. Wyglądało to, że koniec świata. Gdybym była pisarką, opisałabym dokładnie, ale jestem kobietą wiejską, nie potrafię.

Przez ten cały czas mąż działał z partyzantami. W najstraszniejszą chwilę wrócił i wraz z jego rodziną uciekliśmy wozem do wsi Cygany za Chmielowem. Tam szło i jechało wojsko, ale tak nie bili z samolotów jak przy przyczółku w Machowie, który znajdował się 1 km odległości. Za jakiś czas wróciliśmy do Machowa. We wsi od niemieckich pocisków spaliło się kilka domów.

Po reformie rolnej

Od roku 1944 zaczęliśmy życie w Polsce Ludowej, która dała lepsze warunki chłopu polskiemu, warunki bytu, ziemię i rządy. Dzięki reformie rolnej odwieczny głód ziemi został w znacznym stopniu zaspokojony. Chłopi z okolic i z Machowa otrzymali ziemię po hrabim Tarnowskim. Otrzymana ziemia to były pola orne i łąki. Podział ziemi odbywał się w różny sposób. Zaznaczę tylko, że ziemia ta jednym była potrzebna, a drugim niekoniecznie, bo się okazało, że sprzedawali. My sami kupi liśmy od takiego, który tę ziemię sprzedał.

Przed rokiem 1939 ludzie wyjeżdżali za granicę, aby zarobić na kupno choć kawałka ziemi, wybudowanie domu i obory. Wszyscy gospodarze oszczędzali we wsi, na czym mogli, i składali grosz do grosza, aby kupić morgi. Po okresie okupacji, po tych strasznych przeżyciach, ludzie zupełnie się zmienili. Już nie składano do pończochy albo faski, aby pieniądze leżały, ale kto tylko mógł i miał możność, zaczął od poprawy warunków rodzinnych.

Rok 1944 został najbardziej upamiętniony w moim życiu wielką boleścią i żalem całej rodziny.

Straciliśmy kochanych rodziców. Mamusia umarła w kwietniu 1944 r. i tegoż samego roku podczas działań wojennych umarł  19 sierpnia tatuś. W tym też roku w grudniu umarł ojciec męża. Ciężki i przykry był ten rok dla mnie.

W następnym roku po śmierci rodziców starsi bracia podzielili cały majątek i każde z nas otrzymało swoją część. Bracia odcięli połowę placu i na nim wybudowaliśmy barak i stodołę z jednym zapolem, razem ze stajnią. Kupiliśmy krowę, potem prosiątka, nasadziłam kurę i miałam później 24 kur, chowaliśmy króliki, kota i psa. Zaczęliśmy gospodarzyć. Później dokupiliśmy pola 50 arów od takiego, co dostał z reformy, i razem z tym, co dostał mąż, mieliśmy 2 ha 20 arów.

Ciężko początkowo było uprawiać, bo nie było swojego konia. Najęte konie płaciło się dosyć dużo, ale co było robić, Mąż był bardzo pracowity i umiał w roli pracować, różnymi sposobami sobie radził. Wreszcie kupił starego konia, wóz i powoli – narzędzia rolnicze. Co mogłam i jak tylko mogłam, pomagałam w tej pracy. Drzewa w sadzie pielęgnowane przez różne opryskiwania i nawozy dawały coraz lepsze dochody. Tak samo uprawialiśmy, i to nie tylko my, ale cała wieś uprawiała, bardzo dużo pomidorów i ogórki. Znacznie się nam polepszyło, bo za owoce i jarzyny kupiliśmy pole, cały inwentarz i wybudowaliśmy nowy dom z cegły.

W roku 1946 urodziłam dziecko – syna. Szczęśliwi byliśmy i zarazem nieszczęśliwi, bo dziecko urodziło się chore.

Zdjęcie Marii Kozłowej pochodzi ze strony https://www.nagrodakolberg.pl/laureaci-maria_kozlowa

Ja jako matka przeżywałam to najokropniej. Natychmiast zajęłam się maleństwem i leczyłam. Cierpiałam od ludzi okropnie, bo właśnie po wyzwoleniu oprócz zajęcia na własnym gospodarstwie w dalszym ciągu pracowałam społecznie, a zwłaszcza z młodzieżą i dziećmi. Urządzałam tak jak poprzednimi laty przedstawienia, zebrania, bibliotekę, występy, więc mówiono we wsi, że „tę głupią tak Pan Bóg skarał, że urodziła takie dziecko”. Ci starsi ludzie, a zwłaszcza kobiety, byli jeszcze ciemni. Ja się jednak nie załamałam. Dziecko leczyłam i dalej się udzielałam dla dobra wsi, która szła z postępem, która była pierwsza w powiecie. Gdy już mały Wojtuś zaczął chodzić, urodziłam córkę, której imię dałam Dorota.

Ja swoje dzieciństwo przeżyłam ciężko, bo bywały lata, że mało było chleba, nie było ubrania, nie było takich warunków jak dzisiaj. Moje dzieci trafiły na dobre czasy i zupełnie odmienne od dawnych. Teraz dla dziecka każda rodzina daje wszystko. Opiekuje się rodzina i państwo przez ośrodki zdrowia, domy dziecka, żłobki, przedszkola i szkoły.

Moje dzieci już nie miały powijaków ani tej mojdy nie ssały.

Dla dokarmiania miały smoczki. W mieszkaniach otwierało się okna aby było jak najwięcej powietrza. Po urodzeniu dzieci miały swobodę, nie były krępowane jak my. Wszelkie wygody, łóżeczka, śliczne bielusieńkie pieluszki, rajtuzki, wózki, zabawki itp. Za mojego dzieciństwa to chłopcy na przykład chodzili w sukienkach, które nazywano katankami. Portki dopiero chłopiec ubierał, gdy szedł do szkoły. Żadnych rajtuz, sweterków, bucików dzieci nie miały. Dzieci ubierane były skromnie. Moje dzieci miały troszeczkę inaczej. Osobne łóżeczko, wózek, odżywianie. Też słodycze, czego dawniej nie widziały.

Swoje wychowywałam przeważnie sama. Mąż zajęty gospodarką, dzieci go tam bardzo obchodziły, jak każdego ojca.

Do wychowania dziecka najwięcej przykłada się matka. Mój syn Wojtuś, mimo że fizycznie nie był dobrze rozwinięty, ale umysłowo wprost zadziwiająco. Bardzo wcześnie mówił, i prawidłowo nazywał wszystko, bo tak uczyłam. Nie tak jak my. Nasze matki uczyły nas tak na przykład: bebe- chleb, mlimli – mleko, dziudziu – groch, trutru- woda, ciuciu- cukierki, plapla – placek, bzibzi – ziemniaki, bociu – barszcz, ciecie-koń,  bubu –  krowa, ciuciu – cukierki, busia – świnia, tiutiu-kura, gege- gęś, taśtaś –  kaczka, cizi – kot, ciapcia – kapusta. Synek zadawał różne pytania, i to takie mądre, że czasami ja nie wiedziałam, co jak mu odpowiedzieć. W szkole uczył dobrze i marzył o muzyce, w polu stawiał widełki do wiatru i cieszył, bo wiatr grał po tych widłach, gałązki drzew też coś grały. Wsłuchiwał się trzciny na łące. Ciekawiły różne głosy, wszędzie słyszał muzykę. Kupiliśmy mu akordeon, już starszy, ale ze słuchu nauczył się bardzo szybko grać. A gdy zaczął chodzić do liceum ogólnokształcącego w Tarnobrzegu, daliśmy go na lekcje akordeonie, gdzie się nauczył. Próbowałam go dać do szkoły muzycznej, ale trudno było, szkoła dopiero powstała. Potem skończył kurs naprawy zrobił prawo jazdy i do szkoły dojeżdżał motorem, a zimą autobusem, nie jak my – pieszo. Wreszcie dostał się do WSI w Rzeszowie, ale nie skończył. Obecnie pracuje na kombinacie siarkowym przy łączności, no i już się ożenił, mieszka w bloku w Tarnobrzegu.

Córka Dorota od trzeciego roku życia rysowała nieudolne obrazki, ale to była jej jedyna zabawa.

Rysowała całymi dniami, z innymi dziećmi się nie bawiła. Cieszyła się kwiatkami, zachodem słońca, próbowała malować, rysowała, co widziała. Gdy poszła do szkoły, nic się jej nie zmieniło. Uczyła się bardzo dobrze, oprócz nauki ciągle rysowała, umiała pięknie deklamować, grać na scenie. Po podstawowej poszła do liceum ogólnokształcącego w Tarnobrzegu, gdzie też ciągle rysowała różne gazetki, obrazki, portrety i pomoce naukowe. Uczyła się bardzo dobrze i marzyła o Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Po naradzie rodzinnej zrobiła podanie do Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Rzeszowie na filologię rosyjską. Zdała, została przyjęta, ale nie otrzymała żadnej pomocy: ani mieszkania, ani stypendium, ani stołówki – jedynie jednorazową zapomogę 300 zł.

Ja właśnie w tym roku byłam w bardzo krytycznym położeniu, bo zostałam przesiedlona przez ,,Siarkę” z Machowa. Zostałam bez środków do życia, bo prócz roli nigdzie nie umiałam pracować.

W dodatku odszedł mnie mąż, zostałam z dziećmi sama, więc tej córce nie byłam w stanie pomóc – i po tygodniu ze studiów zrezygnowała. Pragnęłam jednak, aby się chociaż ona wykształciła i aby została nauczycielką. Obecnie zrobiła podanie do Wyższej Szkoły Nauczycielskiej w Rzeszowie, może teraz się zmieni sytuacja.

Nowa młodzież

W Polsce Ludowej wszystkim dzieciom się zmieniło zupełnie. Gdy swoim dzieciom opowiadam, jakie myśmy mieli dzieciństwo, nie chcą wierzyć. Co tu dużo mówić, były ciężkie czasy, brak zarobków, szkół, chłop był inaczej traktowany i krzywdzony. Najwięcej do tej przemiany przyczynił się w powiecie tarnobrzeskim przemysł, to jest powstanie kombinatu w mojej wsi, kopalnia w Piasecznie, a dziś w Machowie. Przyszły nowe czasy, które przyniosły dobrobyt dla naszych okolic i dobrobyt dla całego kraju. Dzieci nasze doczekały się bardzo dobrych czasów. Wszystko mają: chleb, naukę, pracę, zapewnione jutro. Przemysł siarkowy przemienia w naszych stronach wszystko. Wychowanie dzieci w tych czasach obejmuje większej mierze państwo, no i rodzice, ale dzisiejsze dzieci dojrzewają wcześniej i prędko się usamodzielniają.

Po wyzwoleniu zaczęto żyć inaczej, lepiej się odżywiać, ubierać, dbać zdrowie, o wygodne mieszkanie, a najpierw chwycono się oświatę. U nas w Machowie nie było gdzie, ale w zniszczonym wojną budynku gromadzkim zwołałam młodzież i założyłam świetlicę. Poszłam z chłopcami po wsi i uzbieraliśmy około trzysta dobrych książek i tak powstała biblioteka. W ciężkich bardzo warunkach wydobyliśmy na światło dzienne życie kulturalno-oświatowe, które przez szereg lat nie istniało. Chłopcy i dziewczęta byli tacy, jakich nasza wieś nigdy nie miała. Przede wszystkim wychowani byli dobrze przez swych rodziców, przez swe najbliższe otoczenie. W tych latach była wspaniała młodzież, zdyscyplinowana, pracowita, szanowała starszych, pełna patriotyzmu i poświęcenia dla wspólnej sprawy. Wszyscy całą duszą garnęli się do książki. Chcieli się uczyć i uświadamiać.

Urządzałam im różne odczyty, pogadanki i rozrywki kulturalno-oświatowe, rozrywki godziwe.

Najpierw przerabiałam, jak z młodzieżą sprzed 1939 r., kodeks towarzyski. Pamiętam, jak chłopcy, żeby się odzwyczaić od trzymania rąk w kieszeniach, na jakiś czas pozaszywali nitką kieszenie. Radości było i śmiechu z tej racji niemało, ale prawie wszyscy odzwyczaili się.  Albo umawialiśmy się, że na zabawie będziemy przestrzegać zachowania się, obejścia, odnoszenia chłopców do dziewcząt, a nawet – jak się mają ubrać. Tylko dwóch nigdy się nie podporządkowało. Porozbierali się tak jak to dawniej do koszul, zawinęli rękawy i w kamizelkach całą zabawę tańczyli. Ci, którzy stosowali się do kodeksu, wstydzili się bardzo i starali się na nich wpłynąć. W ogóle młodzież była bardzo dobra, łaknąca oświecenia postępu, chciała zniszczyć ciemnotę, która była największym złem na wsi. Urządzaliśmy bardzo dużo przedstawień, których przez swoje życie w naszej wsi ja sama urządziłam około dwieście. Za zdobyte fundusze zakupowaliśmy książki i potrzebny sprzęt do świetlicy, a resztę składaliśmy na budowę domu ludowego, który był bardzo w gromadzie potrzebny. Ciasno nam było, a zimą zimno w tym domu gromadzkim, więc kupiliśmy cementu, wapna i chłopcy, pełni energii i zapału, przy wielkim wysiłku odnowili sąsiadujący budynek, tak zwaną „dziadownię”, gdzie przed 1939 rokiem nocowali żebracy, których po wsiach chodziło bardzo dużo, a których ludzie nazywali ,,dziady”. Namęczyli się niemało, bo było bardzo zniszczone, ale przyprowadzili do ładu i urządziliśmy uroczyste otwarcie nowej świetlicy, na które zaprosiliśmy wielkiego wówczas działacza społecznego, krzewiciela oświaty wśród dorosłych, opiekuna chłopskiej młodzieży, który pragnął, aby wieś polska pod każdym względem była mądra, dobra i uświadomiona. Był to profesor Wacław Zimoląg. Przy jego pomocy i opiece nasza świetlica nabrała rozgłosu w powiecie i stanęła na pierwszym miejscu.

Machowska młodzież poczuła głód wiedzy, zapragnęła się uczyć. Więc urządzono w szkole wieczorowe kursy dla tych, którzy nie mieli VII klasy. Z chęcią i starsi, i młodsi chodzili na wykłady i korzystali z tej nauki. W mojej wsi rodzinnej tak młodzi, jak i starsi to byli utalentowani artyści. Prócz ciężkiej pracy w roli, uczęszczania do szkół, a później do pracy na kombinacie wszyscy lubiliśmy śpiewać, grać i tańczyć. W roku 1948 w świetlicy założyłam Regionalny Zespół Pieśni i Tańca ,,Lasowiak”. Ja całą duszą kochałam lud wiejski, jego stroje, życie, zwyczaje i obyczaje. A że jestem chłopką, nigdy nie wstydziłam się tego stanu. Z tymi ludźmi żyłam i – że tak powiem –  jadłam z jednej miski. Do zespołu należało osiem par tańczących, solistka, trzech muzykantów, starszy dziadziuś z fujarką, jedna para zapasowa i ja jako kierowniczka. Mieliśmy przepiękne stroje lasowickie, bardzo stare, śliczne starodawne piosenki i ogniste prawdziwe lasowiackie tańce: „przepiórkę, „hura-polkę”, „uginany”,  „lasowiak” i ,,cebulę”. Wszystko to, cośmy odtwarzali, było machowskie, co nasi ojcowie pamiętali. Najlepszą naszą opiekunką była pani Maria Truchanowiczowa, pracująca w PWRN w wydziale kultury. Często do nas przyjeżdżała i różnych rad i wskazówek udzielała. Pierwszy występ mieliśmy na Święcie Kultury Dorosłych w Tarnobrzegu. Następnie bierzemy udział w I Festiwalu Muzyki Ludowej i Tańca Ludowego w Warszawie w roku 1949. Tam nasz występ został nagrany w sali ,,Roma” przez Polskie Radio. […] Dostawaliśmy różne dyplomy i nagrody. Regionalny zespół był naprawdę piękny, przynosił całej wsi dumę i sławę.

Dla mnie było trochę ciężko, bo oprócz pracy w gospodarstwie wychowywałam dwoje dzieci. Dużo mi przy tym pomagała teściowa i moja kuzynka, bo gdy był wyjazd, ktoś musiał zostać z dziećmi. Mąż, tak jego matka albo i moja kuzynka, zresztą wszyscy w naszej wsi, lubili tańczyć i śpiewać. Ale mój mąż czasami robił mi przeszkody.

Ale ja na to nie bardzo patrzałam, ginęłam za młodzieżą, bo naprawdę takiej młodzieży i takiego zespołu nie było i nie będzie nigdy.

Pięknie było i przyjemnie w machowskie wieczory, wieś tańczyła i śpiewała, mimo że musiało się ciężko pracować w roli, aby było dosyć chleba dla swoich rodzin. Członkowie zespołu to była zgrana rodzina, której pamięć nigdy nie zaginie. Korzyści moralne odnosiliśmy wielkie, każdy z chęcią dawał swój czas i zdrowie. Mieszkańcom Machowa podobały się nasze występy, cieszyli się z pierwszego miejsca, ale między tymi byli i tacy, którym się to nie podobało i czynili różne przeszkody, aby rozbić. Zespół ten zaczął powoli upadać. Ale jeszcze w roku 1963 kilka par, które mimo że się pożeniły – wystąpiły w Telewizji Polskiej, odtwarzając nasz stary zespół. Mimo że każdy był spracowany, przygnębiony kłopotami rodzinnymi, tańczyliśmy siarczyście i śpiewali radośnie jak dawniej. Babcia Kotulska na bębenku wybębniali, a dziadziuś Kalinka grał skoczne i żałosne melodie na fujarce. Nawet o tym dziadziusiu mamy piosenkę (na melodię ,,Pośród gęstych drzew”):

Żył w Machowie miły dziadziuś,

Kalinka się nazywał.

Mieszkał w malusieńkiej chatce,

na fujarce pięknie grał

Pracował on w swoim polu,

a gdy sobie spoczywał,

siadał na zielonej miedzy,

na fujarce wygrywał.

Czy szedł w pole, czy do miasta

albo czy łąkę kosił,

ulubioną swą fujarkę

zawsze za pasem nosił.

Choć go Siarka” przesiedliła

I tęsknoty spływa łza,

do Machowa wciąż przychodzi,

jeszcze na fujarce gra.

Z rozżalonem sercem patrzy,

na machowską drogą wieś

i gra jeszcze, na ostatek,

swego pożegnania pieśń.

Tego dziadziusia Kalinkę

wszyscy na pewno znacie,

gra on w caluśkim powiecie,

nawet na kombinacie.

I było nam dobrze w Machowie

Uprawiane ziemie dawały coraz to lepsze plony, pielęgnowane sady były jednym ze źródeł dochodów i ostatnio uprawa pomidorów i ogórków. Ale przyszedł rok 1957. W tym roku do Machowa przyjechali panowie z Warszawy i poseł Piłat. Cała wieś zgromadziła się jak jeden mąż, bo ci przedstawiciele przywieźli nam wiadomość, że Machów zostanie przesiedlony, że tu są wielkie, bogate pokłady siarki. Powstanie kopalnia i wielki kombinat siarkowy. Byliśmy wprost zaskoczeni i nigdy nie spodziewaliśmy się tego. Na tym to zebraniu oświadczono nam, że każdego z nas przebudują i dadzą każdemu klucze. Chcieliśmy, aby całą wieś razem przesiedlić i byliśmy w Rzeszowie z delegacją w tej sprawie. Chcieliśmy, aby nas w całości przenieśli do Chorzelowa w mieleckim powiecie, ale odmówiono, bo tam hodują króliki i konie. Proponowano Ustrzyki, a później podworskie ziemie w powiecie.

W ludzi tak jakby piorun strzelił, nie spaliśmy, mało jedli i mało dbaliśmy już o wszystko. Ta miła, wesoła wieś zamieniła się w głuchą ciszę.

Tymczasem w Machowie rozpoczęto wiercenia w poszukiwaniu siarki. Myśmy trochę nie dowierzali, że tak może się stać, ale bogatsi gospodarze i koloniści, którzy do Machowa przybyli na ziemie podworskie, zaczęli myśleć poważnie i organizować się grupami, aby dla siebie znaleźć odpowiednie miejsce. Wiercenia na terenie Machowa były coraz większe, nazjeżdżało się chłopów z całej Polski. W sklepiku ciągle brakowało wina (jabcoka). Wszystko chodziło pijane, a najbardziej to po wypłacie. Dopiero gdy zaczęto poważniejsze roboty, jakiś inżynier postarał się i zabroniono w Machowie sprzedawać wina. To znów pili samo piwo, aż się upili.

Gdy wiertacze odjechali, przyjechali inni, zmieniło się. Gdy zaczęto budować kombinat siarkowy, nasi mężczyźni dostali się do pracy, i to nie tylko ci, co nie mieli ziemi, ale i ci, którzy mieli po kilka hektarów. Zarobki, jakie się u nas rozpoczęły, polepszyły życie mieszkańców Machowa. Zmieniło się odżywianie, zaczęto sobie dogadzać. Kobiety uczęszczały na różne kursy gotowania i pieczenia i jedna od drugiej się uczyły; tym samym zaczęły inaczej odżywiać swe rodziny. Różne zupy, mięso, za którym nauczyły się stać w ogonku, chleba same nie pieką jak dawniej, tylko kupują. Różne ciasta, jarzyny, których myśmy jako dzieci nigdy nie widzieli. Dzieci jedzą cukierki, czekolady, torty, dużo cukru, niczego im matki nie żałują. Ale to poniekąd nie bardzo zdrowe, czego dowodem są zakłady dentystyczne i poradnie lekarskie. Zmieniło się też dużo w ubieraniu się. Za moich czasów noszono proste, skromne stroje wiejskie i odróżniała się niedziela od dnia powszedniego. Dziś nie do poznania!

Na co dzień nylony, stylony, bielizna jedwabna, włosy malowane, tapirowane jak pudła, chłopaki wyglądają jak jaskiniowcy.

Wszyscy noszą zegarki, buty cudowaczne i trudno poznać, czy to pani miastowa, czy kobieta wiejska z Machowa. Poznać można tylko po zachowaniu i mowie. Boso nikt latem nie chodzi jak dawniej.

Napływ ludności z różnych okolic, z wiosek i z miast, wpłynął u nas wszystko. Ludzie nauczyli się żyć swobodnie. Nawet mężczyźni, którzy dawniej mieli wstyd i chodzili po wsi ubrani w lecie w spodnie i koszulę, zdobyli się na to, że owłosieni nikogo się nie wstydzą, tylko zdejmują portki i koszule i tak w spodenkach po wsi chodzą, czy idą do sklepu, czy pracują w polu przy zwożeniu zboża, czy wywożenia gnoju.

Zmieniło się budownictwo; zaczęto budować domy nowoczesne, murowane,, obszerne, aby dużo było światła. Tylko ze względu na przesiedlenie Machowa nie pozwolono zaprowadzać dla całej wsi elektryki. Świeciliśmy w domu zawsze lampa naftową. Stare meble też zaczęto zmieniać na nowoczesne, całe urządzenie, dekoracja zmieniła się również.

Dużo dzieci idzie do szkół i bywa tak najwięcej, że po skończeniu na rolę nie wracają, uciekają do miasta. Machów to była wieś rolniczo-sadownicza. Pracowici machowianie wysilali się do ostatka, ale gdy zaczął się unosić nad Machowem siarkowodór i kwas siarkowy, rok rocznie spalało drzewa na kwiecie, wszystkie zboża, ziemniaki, jarzyny i trawy; coraz gorsze i mniejsze stawały się plony. Zniszczenia ,,Siarka” szacowała i płaciła odszkodowania. Ludzie wreszcie nie przykładali się tak jak dawniej do uprawy ziemi, bo widzieli, że to koniec.

Tymczasem utworzyły się trzy grupy we wsi i zaczęli się przesiedlać. Jedna grupa najlepiej przesiedlona do Zbydniowa. Ci dostali ziemię za ziemię, sady za sady – i tak mieli oszacowane budynki gospodarcze, że wybudowali się wspaniale i jeszcze niektórzy umeblowali. Druga grupa poszła do Tuszyny obok Przecławia w Mieleckie, a trzecia grupa do Baranowa Sandomierskiego. Ale ci już słabiej, bo sadów nie dostali, ale zasadzili sobie sami i jeszcze nie bardzo się wybudowali. Niektórzy poszli na kombinat do pracy i jako chłopi-robotnicy uzupełniają braki w swych gospodarstwach za pieniądze zarobione w ,,Siarce”. Do Baranowa został przesiedlony brat i siostra. Ja i starszy brat zostaliśmy jeszcze w Machowie.

Przesiedlenie każdy przechodził bardzo ciężko, tak fizycznie jak i duchowo, bo ludzie z Machowa byli uczuciowi.

We wsi było coraz smutniej, niczego nikomu się nie chciało, pola pustoszały, a sady – jak na żal – kwitły jak nigdy. Żadnych rozrywek nie urządzano, w szkole nie pozwolono założyć świetlicy, młodzież schodziła się w moim domu, nie warto było już budować ani przeprowadzać elektryki.

Boleśnie przeżywaliśmy te ostatnie lata. Ja jeszcze pod koniec założyłam kółko ludowych malarek. Należały tu dziewczęta i mężatki. Robiłyśmy różne malowanki: pająki, kwiatki i ozdoby ludowe. Brałyśmy udział w wystawach i konkursach sztuki ludowej w Rzeszowie, w Łańcucie i w Kolbuszowej. Ja osobiście malowałam bardzo dużo dla kobiet na papierach pakunkowych, na kartonach, na szarym płótnie swojej roboty, na sztywniku, na szkle i na dykcie. Kółko malarek cieszyło się powodzeniem; dziewczęta malowały coraz to lepiej i piękniej.

Marzyłam, aby na ostatek urządzić w Machowie wystawę sztuki ludowej z naszej wsi.

Wycinanka Marii Kozłowej: https://etnomuzeum.eu/zbiory/wycinanka-marii-kozlowej-z-machowa

Ale z powodu różnych przeszkód nie dopięłam swego celu. Z dnia na dzień spychy i koparki wywracały olbrzymie drzewa, pokopano głębokie rowy, doły, góry, porozwalano domy i w studniach zaczęło brakować wody. Machów, ten uroczy Machów w sadach tonący, teraz wyglądał strasznie. Każdy rodowity machowianin kochał gorąco swą ojcowiznę, więc ci, którzy się już przesiedlali, żegnali Machów rzewnymi łzami.

Ja osobiście może przeżywałam te ostatnie chwile najokropniej, bo już mam takie serce: za wszystkich czuję, za wszystkich płaczę.

Mimo to, że już nie posiadam żadnej gospodarki, ciągle jestem związana z pracą kobiety wiejskiej i w ogóle z pracą na wsi. Chociaż myślą i tęsknotą wracam do tego, co nie wróci nigdy. Jestem rolniczką-gospodynią bez ziemi. Nie mam żadnej nadziei, abym nią była znów w rzeczywistości, liczę już 60 lat, jestem niezaradna.

Zdjęcie Marii Kozłowej z planu filmu “Ludzie z martwych pól” z 1996 roku (film z cyklu “Małe ojczyzny”, scenariusz i reżyseria Aleksander Dyl, Antoni Ciechan)

***

Zapraszamy do odwiedzania Witryny Wiejskiej. Wkrótce opublikujemy kolejne pamiętniki kobiet, zebrane w trzytomowym dziele „Wspomnienia kobiet wiejskich”.

Facebook
Twitter
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!