W sołeckim taborze jak w rodzinie

TBzaja

Spotykają się kilka razy w roku. Czerpią od siebie doświadczenie, wiedzę, powielają dobre praktyki. Wzajemnie napędzają się do działania. Potrafią wspólnie łamać stereotypy i pokonywać słabości. Choć otwarcie o tym nie mówią, tęsknią za sobą, za rozmowami do późna i pozytywną energią, którą przywożą z różnych zakątków Polski. O kim mowa? O ludziach, którym udało się stworzyć fenomenalną sołecką rodzinę.

Jak zauważa Agnieszka Walczak, sołtyska wsi Broniki w Wielkopolsce, na każde spotkanie jadą z takim podekscytowaniem jak małe dzieci idące na karuzelę, z nadzieją, że rozwieją swoje wątpliwości, że usłyszą obiektywne opinie osób, które nie przytakują z grzeczności, tylko dlatego, że po prostu robią coś dobrze. Potrzebują tego. Nie wszyscy mają szczere wsparcie w swoim najbliższym otoczeniu, coraz więcej jest zazdrości i znieczulicy wobec drugiego człowieka. Na swoich spotkaniach mogą o tym zapomnieć. Jadą, by się spotkać, by być z sobą jak na zjeździe rodzinnym, gdzie każdy jest ważny. I choć widzieli się całkiem niedawno, bo przed kilkoma miesiącami, to witają się tak, jakby nie widzieli się kopę lat.


Barbara Łasińska, Agnieszka Walczak i Alicja Pinkowska.

– Trafiłam do „taboru” (tak dowcipnie sołtysi mówią o swej grupie przemierzającej Polskę wzdłuż i wszerz) przez przypadek. To był rok 2021, Centrum Molo w Smardzewicach. Wracaliśmy po długich ćwiczeniach i wykładach do pokojów i wtedy Alicja Pinkowska (sołtyska wsi Białośliwie w Wielkopolsce) zaciągnęła mnie na tzw. integrację. Siedzieliśmy wtedy  na podłodze przy toalecie (bo tyle tam było osób) do 5 rano. Dlaczego o tym mówię? Przede wszystkim dlatego, że dla tych ludzi nie ma ograniczeń, nie liczą się upodobania, przekonania. Zrzeszają i sieciują każdego, kto głodny jest przede wszystkim samorozwoju i doskonalenia umiejętności poruszania się w świecie niekoniecznie brudnej polityki – opowiada Agnieszka Walczak.

– Mogę śmiało powiedzieć, że w nas jest tyle wrażliwości, dobroci, otwartości i wiary w człowieka, że można by tym pokoje tapetować. To nas scala i to nas łączy. No i co najważniejsze nie jesteśmy kółkiem wzajemnej adoracji, mamy tak różne charaktery i temperamenty, że czasem się zastanawiam czy my rzeczywiście powinniśmy wszyscy w jednym pokoju siedzieć.

– Najlepsze w tym wszystkim jest to, że każdy z nas jest potrzebny, każda osobowość w tym taborze jest ważna. Poprzez nasze spotkania zdobywamy  kompetencje, najczęściej te miękkie, które są coraz bardziej cenione, konkretne odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Chcemy się tego wszystkiego uczyć, chcemy być coraz lepsi, skuteczniejsi, chcemy naprawiać ten piękny, ale zepsuty przez ludzi świat. Myślę że po prostu ktoś w danym momencie dał nam możliwość się spotkać by stworzyć ten tabor „odmieńców”. I to, że czasem ktoś dojdzie, ktoś się wykruszy jest tylko dowodem na to, że jesteśmy wyjątkowi, a nie hermetyczni – zapewnia Agnieszka Walczak.


Mirosław Sulewski.

Mirosław Sulewski, sołtys wsi Rotmanka w gminie Pruszcz Gdański, na ostatnie spotkanie, które odbywało się pod Bełchatowem, jechał 400 kilometrów “za kółkiem” ze złamanym nadgarstkiem. Zagipsowana za łokieć ręka dla większości ludzi byłaby wystarczającym powodem, by zostać w domowych pieleszach.

– Gdy zbliżał się dzień wyjazdu, a ja z poważną kontuzją zastanawiałem się czy dojadę, stwierdziłem, że nie mogę odpuścić spotkania z super samorządowcami i przyjaciółmi, którzy nie tylko umieją podzielić się swoim doświadczeniem i umiejętnościami, ale również mocno wesprzeć w trudnych chwilach. W „Łowisku” (ostatnie spotkanie grupy miało miejsce w „Łowisku u Makary”) czułem się bardzo zaopiekowany.


Barbara Łasińska.

Barbara Łasińska, sołtyska wielkopolskiego Konarzewa stara się uczestniczyć we wszystkich spotkaniach sołeckiej braci.

– Łączymy przyjemne z pożytecznym. W takiej grupie łatwiej przyswaja się niełatwą wiedzę, a nasze doświadczenia, cenne rady są od serca – nie laurki, nie lukier, czasami gorycz. Jesteśmy grupą ekspertów chcących dzielić się swoją wiedzą. To kumulacja pozytywnej energii i mocy – podkreśla.

– Każdy z nas jest inny, ale mamy wspólną inicjatywę – chęć bycia sołtysami i wspierania naszych mieszkańców. Takie spotkania to dla nas czas na wspólne rozmowy, wymianę doświadczeń, ale również czas na integrację, chwilę odpoczynku od wszystkich problemów dnia codziennego z jakimi zmagamy się w naszych środowiskach. Dlatego niestraszne są nam kilometry i niesprzyjające warunki pogodowe. Jesteśmy w stanie poświęcić wiele, by być ze sobą przez te kilka dni – mówi Monika Paczkowska, zawiadująca sołectwem Starzyny-Rogierówko w Wielkopolsce.


Tomasz Chmarzyński.

Tomasz Chmarzyński, sołtys wsi Lipienek w gminie Lisewo, podkreśla, że  ceni sobie spotkania z ludźmi, którzy podobnie jak on chcą zmieniać stereotyp sołtysa.

– Po każdym z takich spotkań wracam z nowymi znajomościami. Rozmowy w kuluarach pozytywnie mnie zaskakują  i napędzają w działalności samorządowca. W  spotkaniach czuję prawdziwe emocje, bez fałszu, cieszy to że pojawiają się nowe osoby. Dla mnie to zaszczyt, że mogłem poznać i dalej poznaję cudownych ludzi. Często u siebie opowiadam o tym, co robią i jakimi  świadomymi, wspaniałymi są liderami. I co tu dużo mówić, za każdym razem jest to okazja, by wyrwać się na chwilę od codzienności i pobyć z fajnymi ludźmi.

Alicja Pinkowska podkreśla natomiast, że historia sołeckiej grupy to cztery lata przyjaźni, zrozumienia i wsparcia.

– Zostaliśmy wybrańcami Fundacji Wspomagania Wsi i chociaż nie wiem do tej pory jakie kryteria obowiązywały przy naszych zgłoszeniach na szkolenie w Smardzewicach, to jestem pełna podziwu dla tego, kto to zrobił. Szkolenia szkoleniami, ludzie przyjeżdżają i odjeżdżają, ale nie my. Znaleźliśmy nić porozumienia. To były tylko trzy dni, a pokochaliśmy się i od tamtej pory nie potrafimy bez siebie żyć – emocjonalnie zabiera głos sołtyska wsi Białośliwie w Wielkopolsce.

– W ciągu  tego czasu spotykaliśmy się wielokrotnie, może nie ze wszystkimi, wiadomo nie wszystkim pasuje, ale są nowi, wnikają w nasze szeregi i potrafią zawładnąć naszym sercem. Niektórzy nie odzywają się jakiś czas, ale kochamy ich nadal i jak tylko coś napiszą , chociaż po długim czasie, to zawsze wyciągniemy do nich pomocną dłoń.

– Dla mnie nasza grupa to największy skarb, to rodzina. Są jak powietrze, bez którego nie przetrwam, a dają większego kopa niż narkotyk. Tworzymy zlepek wspierających się ludzi, dzielimy się swoimi radościami i nie zazdrościmy sobie. Jesteśmy społecznikami, więcej z siebie dajemy niż oczekujemy w zamian. I to jest najważniejsze. Z każdego szkolenia przywożę wiedzę, bo zawsze czegoś nowego się uczę i jestem w stanie to wykorzystać na swoim terenie, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że trwamy razem, na dobre i na złe, jeden za wszystkich wszyscy za jednego – podsumowuje sołtyska Białośliwia.

O kolejnych spotkaniach mówi się tu hasłowo: Smardzewice, Iłża, Molo, Magellan, Łowicz, Stare Jabłonki, Pruszcz Gdański, Hermanów, Mikorzyn, Wolbórz, Gdańsk, Kluki, Łowisko, Otrębusy, Piaseczno… Jednym tchem wymienia te lokalizacje Beata Zięba, która lubi o sobie mówić, że jest sołecką nestorką. Wybierając się na ostatnie spotkanie wysłała do organizatorów pytanie, czy byliby w stanie zapewnić obecność… pielęgniarki. Cierpiała z bólu, rwa kulszowa nie zatrzymała jej jednak w domu.

– Potrzebni jesteśmy sobie do oddychania i do funkcjonowania od spotkania do spotkania. Powiem tak, wśród nas nie ma zazdrości, ani niedomówień, nikt nie gra gwiazdy, bo wszyscy jesteśmy gwiazdami, nikt nie udaje, wszyscy dobrze sobie życzymy, mamy wsparcie w każdej sytuacji. Czy mamy problemy, czy radości – jesteśmy zawsze do pomocy i nie ma w tym nic na pokaz. Może nie byłam do końca sobą na ostatnim spotkaniu, ale wiecie jak bardzo cierpię na rwę kulszową. Nie mogłam jednak opuścić takiego super spotkania. W tym miejscu bardzo dziękuję naszym przyjaciołom z Fundacji Wspomagania Wsi – Marcie Szymczyk, Piotrowi Szczepańskiemu, Klarze Maleckiej, no i oczywiście naszej matce chrzestnej Grażynie Jałgos-Dębskiej. Podsumowując styczniowe spotkanie pod Bełchatowem, chciałabym podziękować za kolejny zastrzyk energii, myślę że do następnego spotkania wystarczy – z nadzieją podsumowuje Beata Zięba, sołtyska Jasieńca Iłżeckiego Dolnego.

– Na czym polega fenomen naszej grupy? Przede wszystkim – dla chcącego nic trudnego. A poza tym: nie zniechęca nas pogoda, nikt nie ocenia nas podczas wypowiedzi, nie ma głupich pytań, każdy problem to pomoc ze strony wielu osób. Czerpiemy pomysły od  innych, gwarantujemy życzliwość, serdeczność i dużą dozę wsparcia, wrażliwości i empatii. Uważam, że różnorodność jest naszą siłą, a nie słabością. Stale wprowadzamy i zapraszamy nowe osoby, które zwykle już zostają z nami na stałe. Nie jesteśmy zamkniętą społecznością, staramy się budować grupę na porządnych fundamentach przyjaźni, wiedzy i rozwoju – opowiada Malwina Gałecka, sołtyska wsi Jagodno w gminie Kostrzyn.

Katarzyna Bartnicka i Tymoteusz Drebschok.

Organizatorami ostatniej konferencji pod nazwą „Sołtys, radny – wiedza a aspiracje”, które odbyły się na „Łowisku u Makary” w gminie Kluki byli Katarzyna Bartnicka, sołtyska wsi Ścichawa, prezeska stowarzyszenia Sołtysi Ziemi Łódzkiej oraz Tymoteusz Drebschok, sołtys wsi Krzyżowice w gminie Olszanka na Opolszczyźnie.

– Wydaje mi się, że spora część z nas obierając pozycję lidera na wsi stawia się w świetle osoby silnej, przewodnika. W swoim środowisku ciężko wtedy odkryć te słabe strony, pokazać, że czegoś się nie wie. Na zjeździe za pierwszym razem nikt mnie nie znał, wszyscy byli z daleka, łatwiej mi było zdjąć zbroję przed nimi pokazać słabości, przyznać że czegoś nie wiem, że potrzebuje pomocy. Tutaj nikt tego nie wykorzysta przeciwko mnie, nie jestem dla nich konkurencją czy zagrożeniem, tak jak miałoby to miejsce w lokalnej polityczce. Tam wracamy już wzmocnieni. Później na kolejnych spotkaniach doszły już emocje, bo wspólne problemy i przeżycia scaliły nas bardziej – dzieli się swymi odczuciami Katarzyna Bartnicka.

– Każdy z nas ma duszę społecznika. I to jest ta podstawowa baza do kontaktów z innymi. A jeśli na tej drodze spotyka się fenomenalnych ludzi, którym w sercu gra ta sama melodia, to już jest orkiestra. I właśnie do takiej orkiestry my należymy. Każdy gra na swoim instrumencie jak umie i potrafi, ale w momencie kiedy się spotykamy, to wtedy jest istne „wow i szoł”. Indywidualnie jesteśmy solistami w swoich małych lub większych zespołach, ale gdy przychodzi koncert walimy przez całą Polskę, by wspólnie zagrać – podkreśla dobitnie Tymoteusz Drebschok.

– Wiadomo orkiestra potrzebuje dyrygenta i dla mnie osobiście jest nim Fundacja Wspomagania Wsi. Dzięki niej mogłem zaistnieć w tej przestrzeni ogólnopolskiej. Łowicz, Molo, Stare Jabłonki, to ziarno zasiane, które wydało takie plony jak Iłża, Cieplewo, Piaseczno, Folwark, Smugi i inne. Ale jak każdy zasiany plon potrzebuje opieki, doglądania, ale też sił niezależnych od nas samych. Tą siłą jest nasza energia, zaufanie i pozytywne nastawienie do grupy i do celów, jakie sobie postawiliśmy w życiu.

 

***

Przemysław Chrzanowski

Facebook
Twitter
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!