Dotknąć Huculszczyzny

repository_HUCUL_SAM_0543
Kilka dni na początku maja wolnych od pracy i szybka decyzja: jedziemy do Jaremczy. Kupujemy bilety autobusowe do Iwano-Frankowska i pakujemy plecaki. Jeszcze tylko sprawdzenie prognozy pogody w Jaremczy na najbliższe dni i krótka rozmowa przez Skypa ze znajomymi ze Lwowa. Wszystko sprzyja. Pogoda ma być bezdeszczowa. W okolicach Jaremczy będziemy mogli zamieszkać u rodziny huculskiej.

Z Warszawy wyjeżdżamy o 13.50. W wypełnionym całkowicie autobusie chyba tylko nasza dwójka ma bordowe paszporty. Reszta z niebieskimi to mieszkańcy Ukrainy wracający z pracy w Polsce na święta do swoich rodzin. Przejazd do przejścia granicznego w Hrebennem przebiega sprawnie. Na samym przejściu również nikt nie wymaga od nas wypełnienia deklaracji celnych, wykupienia ubezpieczeń, jak również wynoszenia bagaży do kontroli. Dwugodzinna odprawa paszportowa autobusu rejsowego jest niczym w porównaniu do widocznej obok kilkukilometrowej kolejki tirów z szacunkowym czasem oczekiwania 30 godzin.

Jedziemy dalej z zamiarem drzemki, gdyż przejście graniczne opuszczamy przy zapadającym już zmroku. Marzenia o drzemce szybko jednak porzucamy, kiedy nasz autobus zaczyna podskakiwać na wybojach i wykonywać gwałtowne manewry. Drogi po drugiej stronie granicy okazują się być dziurawe jak sito i pomimo ekwilibrystycznych umiejętności kierowcy, wszyscy poddani jesteśmy ustawicznym drganiom. Prędkość przejazdu spada do około 50-60 kilometrów na godzinę. Ważne jednak, że jedziemy. Utwierdzamy się natomiast w słuszności decyzji o rezygnacji z wyjazdu własnym samochodem. Kierowca autobusu, na nasze pytanie o stan techniczny pojazdu przy eksploatacji w takich warunkach, odpowiada, ze pojazd jest poddawany gruntownemu przeglądowi technicznemu po każdym powrocie do kraju.

Do Iwano-Frankowska dojeżdżamy rano. Studiujemy rozkłady jazdy miejscowych busów i z zadowoleniem stwierdzamy, że przemieszczanie się publicznymi środkami transportu nie powinno budzić obaw wobec dużej liczby kursów w wielu kierunkach. Wsiadamy do marszrutki jadącej do Jaremczy. W Jaremczy jesteśmy około dziewiątej miejscowego czasu. Kupujemy w kiosku starter do telefonu, wymieniamy kartę i informujemy naszych gospodarzy o przyjeździe.

W międzyczasie podbiega do mnie odświętnie ubrana kilkuletnia dziewczynka i uderzając mnie trzy razy trzymaną w ręku palemką powtarza: Szutka bije, nie ja biju, wid nini za tyżdień Wielikdień. Tak więc będę zdrowy i bogaty.

Dalsze siedem kilometrów jedziemy już ładą z Witalikiem, synem gospodyni Maryjki. Jedziemy ostro pod górę, mijając piękny obiekt wczasowy. Na moje pytanie o brak w nim śladów życia, kierowca informuje o zastrzeleniu właściciela z broni automatycznej przez nieznanych sprawców. Prawdopodobnie rodzaj nieformalnego sądu.

Za chwilę jesteśmy w domu naszych gospodarzy. Dostajemy do dyspozycji ładnie umeblowany pokój. Obok znajduje się nowocześnie wyposażona kuchnia i łazienka z prysznicem i ciepłą wodą. W budynku mieszka tylko gospodyni. Pozostali członkowie rodziny: babcia Julcia, dziadek Wasyl i ich wnuk Witalik mieszkają w domu obok. Cała posesja jest zadbana. Przy domu jest kolorowy już o tej porze roku ogródek kwiatowy. Drzewa owocowe rosnące w sąsiedztwie są pobielone. Za drogą widać zapasy ułożonego starannie porąbanego drewna. Obok kilkudziesięciometrowe poletko gruntu przygotowane do posadzenia ziemniaków. Widać pracowitość i gospodarność gospodarzy. Jesteśmy zadowoleni i nastawieni optymistycznie do pobytu. Nasze nastroje wzmacnia jeszcze słoneczna pogoda i otaczające nas malownicze krajobrazy. Jesteśmy w Karpatach, pomiędzy Gorganami i Górami Pokuckimi.

Dyskutujemy nad planem pobytu. Wejście na Howerlę (2061 m n.p.m.) odradza nam zdecydowanie Witalik – ratownik górski, ze względu na zalegającą na nim jeszcze pokrywę śnieżną. Podobnie jest z innymi wyższymi wzniesieniami. Decydujemy się na początek na spacer na górę Makowica. Pomimo nieprzespanej nocy, nie zwlekamy. Idziemy stokiem pod górę przez prywatne posesje, mijając rozsiane gdzieniegdzie domy, najczęściej opuszczone i bez śladów życia. Daleko widać chmury dymów z wypalanych traw. Kukają kukułki (na szczęście mieliśmy przy sobie trochę pieniędzy) i śpiewają ptaki.

W powietrzu czuć intensywnie wiosnę. Docieramy do szczytu, na którym stoi potężny stalowy krzyż ze znakiem Tryzuba. Nasz entuzjazm gaszą walające się wokół śmieci i sterty niedopałków papierosów.  Schodzimy w dół inną drogą. We wsi pośród starych, najczęściej drewnianych domów, widać sporadycznie rozpoczęte nowe inwestycje. Gospodarze wyjaśniają nam, że są to działania osób, które inwestują tutaj zarobione za granicą pieniądze, najczęściej w Polsce, Czechach, Włoszech i Portugalii. Opinię tą potwierdzają nam napotkani przygodnie mieszkańcy wsi, chętni do rozmowy z turystami, dzielący się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami na temat perspektyw życia na Ukrainie. Dominuje sceptycyzm i poczucie zawodu.


Widok na Góry Pokuckie.


Otoczenie naszej kwatery.


Widok z góry Makowica.


Widok z góry Makowica.


Widok z góry Makowica.

Następnego dnia decydujemy się na wyjazd do miejscowości Bukowel – odpowiednika naszego Zakopanego, z pięćdziesięcioma siedmioma kilometrami wyciągów i tras narciarskich, z perspektywą rozwoju i ambicjami największego w świecie ośrodka sportów zimowych. Miejscowość wyróżnia się nowymi obiektami spa, hotelami (m.in. Radisson) i licznymi wyciągami i trasami zjazdowymi. W samym centrum jest nawet dość czysto i schludnie. Na jednej z tras zjazdowych, czynnej dzięki sztucznemu naśnieżeniu, widać szusujących narciarzy i snowboardzistów często rozebranych do pasa, korzystających z wiosennego słońca.

Mniej przyjemny widok zastaliśmy po wjeździe wyciągiem na górę. Przywitał nas tam znajomy już obrazek wszechobecnych śmieci i niedopałków papierosów. Po zrobieniu zdjęć na tle widocznej stamtąd Howerli i wypiciu kawy, zeszliśmy w dół i po krótkim spacerze do przystanku autobusowego, wróciliśmy marszrutką do naszej miejscowości a następnie do kwatery, gdzie czekali na nas już gospodarze z pysznymi dranikami i barszczem ukraińskim.


Widok na Howerlę z okolic miejscowości Bukowel.


Widok z okolic miejscowości Bukowel.


Często spotykany przedstawiciel fauny Gorganów.


Widok z okolicy miejscowości Bukowel.


Centrum miejscowości Bukowel.


Centrum miejscowości Bukowel.

W kolejnym dniu postanowiliśmy wejść na Połoninę Jawornik oddaloną o około 8-10 km. Świeciło ciepłe wiosenne słońce. Z łatwością odnaleźliśmy niebieski szlak wiodący ze wsi Jamno. Spacer pod górę również nie był bardzo forsowny ze względu na dość wygodny i dobrze oznakowany szlak. Jednak i tutaj dały o sobie znać wszechobecne, wypełniające rowy śmieci, szczególnie w fazie początkowej marszu, kiedy przemieszczaliśmy się w sąsiedztwie zabudowań. Samo wyjście na Połoninę, poprzedzone łykiem krystalicznej wody z płynącego z góry strumyka, odsłoniło malowniczy widok na dolinę Prutu i z drugiej strony na groźnie wyglądające ośnieżone wzniesienia Gorganów.

Nasyciwszy zmysły niezwykłymi widokami i budzącą się do życia przyrodą zeszliśmy żółtym szlakiem do Jaremczy, podziwiając po drodze, już w dole, nowo wybudowane sanatoria i hotele, o tej porze roku w niewielkim stopniu wypełnione turystami.

Następny dzień poświęciliśmy Jaremczy zaczynając od głównej atrakcji – wodospadu na rzece Prut, o co nasi gospodarze pytali nas każdego wieczoru. W sąsiedztwie wodospadu znajduje się olbrzymi huculski jarmark z różnego rodzaju pamiątkami i rękodziełem. Ceny jednakże nie są dostosowane do każdej kieszeni, wobec czego nie było widać wielu kupujących, pomimo stosunkowo dużego ruchu grup zorganizowanych i pojedynczych turystów.

W dalszej kolejności postanowiliśmy zwiedzić Cerkiew św. Proroka Ilii i Monastyr Świętego Antoniego położone po przeciwnej stronie Jaremczy, w kierunku na Nadworną. Forsowny wielokilometrowy marsz a następnie wejście na wzniesienie, szlakiem wiodącym do białego kamienia, dało znać o wyczerpaniu dziennego limitu wysiłku i potrzebie powrotu.

Złapaliśmy zatłoczoną marszrutkę i z radością przyjęliśmy od naszej gospodyni zaproszenie do wspaniałej regionalnej kolacji, myśląc już powoli o wyjeździe do Lwowa – następnego etapu podróży. Rano już tylko śniadanie i przepyszny biały ser, jakiego nigdzie dotychczas nie jedliśmy, wspólne zdjęcie z gospodarzami, uściski i wyjazd autobusem do Lwowa z obrazami pięknej Huculszczyzny w pamięci i zaproszeniami gospodarzy do następnego przyjazdu. Do zobaczenia. Wrócimy.


Widok z Połoniny Jawornik.


Widok z Połoniny Jawornik.


Uwiecznianie krajobrazów.


Cerkiew w Jaremczy.


Rzeka Prut.


Jarmark w Jaremczy.


Rękodzielniczki na jarmarku w Jaremczy.


Domek w Jaremczy.


Domek w Jaremczy.


Cerkiew św. Proroka Ilii w Jaremczy.


Monastyr Świętego Andrzeja w Jaremczy.


Nasi gospodarze i autor relacji.

 

 

***

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!