Król agroturystyki spod „Bocianiego gniazda”

ag2

Witam w mych skromnych progach, proszę zasiąść do stołu i raczyć się, czym chata bogata- w ten właśnie sposób, uchylając kapelusza, gospodarz Ryszard Tuz rozpoczyna agroturystyczną biesiadę. Towarzyszy mu wielki owczarek podhalański, czasem „przyplącze” się koń, lub inne zwierzę. Wszystkie podążają krok w krok za swym panem w kierunku gigantycznej szopy. Za nimi ślepo ciągną się turyści, niemal od furtki łechtani wydobywającym się ze środka zapachem wędzonki.

Ach, jak tu swojsko…

Wchodzimy do wewnątrz w takt ludowej muzyczki. Na początek pokazowy numer z pieskiem: gospodarz rzuca mu balonik, psiak podskakuje i odbija go z wprawą czubkiem pyszczka. Cyrkowe umiejętności czworonoga wzbudzają zachwyt gawiedzi. I pies i gospodarz otrzymują pierwsze tego wieczoru owacyjne brawa. Zasiadamy wreszcie w bezładnie ciosanych, drewnianych ławach. Od tej pory będziemy delektować się żurem, parowanymi kartoflami, mięsiwem wszelakim, smalcem, chlebem, jakiego w sklepie nie kupisz, kiszonymi ogórkami prosto z bąclowego gara, drożdżowcem, kluskami parowanymi na chadrze i Bóg wie czym jeszcze.

Po kilku minutach nikogo już nie dziwi koński łeb, co rusz zaglądający do środka przez otwarte okno. Jesteśmy na wsi, więc mamy to porządnie odczuć na własnej skórze. Gospodarstwo Ryszarda Tuza ma swoją niepowtarzalną specyfikę. Zupełnie luźno, bez żadnego skrępowania po pięciohektarowym podwórzu chodzi sobie kilkadziesiąt zwierzaków. Jeśli ktoś nie widział konika polskiego, owcy, wietnamskiej świnki, czapli, bociana…, to tu może napaść oczy do woli, dotknąć, pogłaskać.

Do agroturystyki przez gęsi, lisy i pieczarki

– Dziś nie narzekam. Moje gospodarstwo cieszy się dużą popularnością. Ale droga do sukcesu była długa i kręta – wspomina Ryszard Tuz. – Przepracowałem pół swego życia w bodaj 17 państwowych instytucjach: od pegeerów poprzez spółdzielnie produkcyjne, kółka rolnicze, na ruchach młodzieżowych skończywszy. Kiedy jednak zorientowałem się, że mało kto docenia moje wysiłki, postanowiłem odejść.


Widzicie ten niszczejący zabytek i nie płaczecie? Nie słyszycie jak
ta cerkiewka woła o pomoc? – retorycznie pyta turystów pan Ryszard,
stojąc na schodkach zdewastowanej prawosławnej świątyni.

Kupiłem zdewastowane spółdzielcze gospodarstwo z niedokończonymi gierkowskimi budynkami w Chróścinie. Wyremontowałem je i rozpocząłem hodowlę gęsi. To był bardzo opłacalny biznes, wszystko szło do Niemiec. „Przebicie” miałem idealne, za trzy sprzedane tam gęsi mogłem sobie u nas świnię kupić. Dziś nie do pomyślenia. Szczęście nie trwało jednak długo, wszystko zepsuł stan wojenny. Nie można było w żaden sposób handlować z Zachodem. Koniecznie musiałem zmienić profil produkcji, zająłem się uprawą pieczarek. Zyski miałem jednak niewielkie. Grzybki zamieniłem więc na kurczaki, a kiedy i tu nie szło zbyt dobrze, przyszedł czas na zwierzątka futerkowe. W najlepsze hodowałem lisy i tchórze. Do momentu, kiedy do głosu doszli ekolodzy. Po głośnych akcjach w Polsce i na świecie spadła koniunktura na artykuły futrzarskie. W sklepach zaczęły dominować syntetyki, a ja musiałem po raz kolejny zamknąć biznes. Na kilka długich lat.

W tym czasie Ryszard Tuz ożenił się i wyprowadził z chróścińskiej posiadłości. Otworzył we wsi sklep, potem drugi. Po śmierci teścia, trudno mu znaleźć nić porozumienia z teściową. Wyprowadza się. Dokąd? Oczywiście do swego gospodarstwa.

Hotel na wsi? Komu on potrzebny?!

– Nie wiedziałem wówczas, gdzie mam ręce włożyć. Wszystko zapuszczone, zarośnięte, nie miałem kompletnie żadnego pomysłu, co z tym zrobić. Na szczęście wpadli do mnie znajomi, którzy przekonali mnie, że koniecznie powinienem wykorzystać atrakcyjne położenie posiadłości. Kropkę nad „i” postawili pracownicy z Oddziału Doradztwa Rolniczego w Kościerzynie. To od nich dowiedziałem się o agroturystyce – opowiada Ryszard Tuz. – Wybudowałem więc noclegownię z wygodami. Pierwszych gości przyjąłem w 2000 roku. Pamiętam, że byli to piłkarscy oldboje z Rypina, którzy rozgrywali turniej w pobliskiej Byczynie.

Panu Ryszardowi coś jednak w tym wszystkim „nie grało”. Dysponował hotelem, jego baza niczym się nie wyróżniała. Postanowił doświadczenia w tej materii nabrać na Zachodzie, wraz z członkami rodzącego się w okolicy stowarzyszenia agroturystycznego pojechał do Holandii.

– Ja tam na oczy przejrzałem. Zobaczyłem, że tamtejsze trendy są kompletnie inne od tych, którym ja byłem wierny. Uświadomiłem sobie, że bez sensu jest stawiać na luksusy. Tego turysta może oczekiwać od hoteli w mieście, w agroturystyce liczy się prymitywizm i bliskość natury – stwierdza Ryszard Tuz. – Podpatrzyłem tam kilka ciekawych rozwiązań. Jednym z nich jest noclegownia dla blisko 50 osób, połączona ze stajnią i kurnikiem. Pomysł ten nieco zmodyfikowałem, ponieważ murowaną ścianę zastąpiłem hermetyczną szybą. Agoturysta może zatem dosłownie spać z kurami…

Jak się uczyć, to od najlepszych

Holenderskich doświadczeń panu Ryszardowi było mało. Pojechał zatem najpierw do Austrii, potem do Dani i Francji. Stamtąd zaczerpnął pomysł z wspomnianą szopą. Wybudował olbrzymi drewniany obiekt, wstawił ciosane ławy, wnętrze ozdobił starymi sprzętami rolniczymi, urządził barek, wybudował komin z wielkim paleniskiem i profesjonalnie wyposażył niewielką kuchnię. Swemu gospodarstwu nadał też nazwę „Bocianie gniazdo”, bo takowe miał i ma do tej pory na podwórzu. Postawił na jakość i markę.

– W ten oto sposób dopiąłem swego, każdego turystę mogłem wreszcie obsłużyć kompleksowo: dać mu jeść, zapewnić dobrą zabawę i przenocować. Niedługo potem swoją ofertę rozszerzyłem o część krajoznawczą. Mamy to szczęście, że żyjemy obok wspaniałych zabytków, postanowiłem je zacząć pokazywać swoim gościom – z pasją mówi pan Ryszard.

Wspominając generał Łopuchina…

– Przebudowałem przyczepę do transportu słomy na pojazd w kształcie łodzi. Na „pokład” zaprosiłem ludzi i zawiozłem na chróściński zamek. Po drodze turyści śpiewali przy akompaniamencie akordeonisty, a na miejscu słuchali barwnej opowieści miejscowego historyka Piotra Zawady. Pomysł chwycił, dlatego realizujemy go do dzisiaj. Spod zamku ruszamy zawsze pod prawosławną cerkiewkę, wybudowaną przez generała Łopuchina, niegdysiejszego właściciela tych dóbr. Obecnie obiekt jest bardzo zdewastowany, dlatego przy każdej okazji nakłaniamy gości do tego, by postarali się wesprzeć ideę jego remontu – ciągnie Ryszard Tuz.


Po długiej wyprawie nic tak nie smakuje jak gorący napitek,
sporządzony zgodnie z recepturą generała Łopuchina.

Poza zwiedzaniem, okraszonym cudownymi opowieściami Piotra Zawady, na agroturystów czeka jeszcze jedna gratka: to gorący napój z procentami, przyrządzony rzekomo zgodnie z tajemną recepturą, opracowaną przez wspomnianego generała Łopuchina. Pan Ryszard za każdym razem żartuje, że ów przepis znalazł podczas prowadzonych na własną rękę wykopalisk na terenie cmentarza, okalającego chróścińską cerkiewkę. Grzaniec rozlewa się tradycyjnie wprost z metalowej konwi, wszyscy delektują się nim, pod niebiosy wychwalając zasłużonego autora przepisu. Powrót z krajoznawczej wycieczki do gospodarstwa upływa pod znakiem śpiewu. Niesamowitego klimatu z pewnością dodają płonące pochodnie.

Polka w kieckach i wiejskie techno

Na miejscu goście od razu idą w tany. Gospodarz wymyśla, co rusz nowe zabawy. Rozdaje starodawne kiecki, każe je zakładać (nawet mężczyznom) i zaprasza do żywiołowej polki. Ubaw po pachy… Nim zamilkną ludowe rytmy, pan Ryszard zamienia się z wodzireja w amatora współczesnej muzyki i proponuje wspólną zabawę przy wiejskim techno. Potrząsając każdą częścią ciała, przekonuje wszystkich tancerzy do tego, by dali z siebie wszystko. Na jego głowie połyskują iluminacyjne błyskotki – kompletny trans… Wszyscy ślepo powtarzają wymyślone przez niego ruchy, nawiązujące do zbierania ziemniaków, wyrywania buraków i wielu innych gospodarskich zajęć. W międzyczasie nie brak rozmaitych konkursów, jednym z bardziej popularnych jest rzut podkową do celu. Sporo rozrywki dostarcza również konkurs gry na myśliwskim rogu.

To musi się podobać. Gościnność Ryszarda Tuza przez szereg lat doceniało wielu znanych ludzi. W jego księdze pamiątkowej można znaleźć wpisy: Roberta Korzeniowskiego, Artura Partyki, Michała Fajbusiewicza z programu 997, Bogdana Smolenia, Pawła Kukiza – wyliczać można bez końca.

W gospodarstwie Ryszarda Tuza biega luzem kilkadziesiąt zwierząt. W
owej menażerii nie brak koników polskich.

– Mam sporo gości zagranicznych, głównie z Niemiec. Cenią sobie przede wszystkim jedzenie i kontakt z naturą. Początkującym właścicielom gospodarstw agroturystycznych radziłbym, by przygotowując bazę pod takich gości, unikali przesady w upiększaniu obejścia. Egzotyczne rośliny, zwierzęta z innego kontynentu absolutnie nie wchodzą w grę. To są ludzie, którzy mają pieniądze. I jeśli im się zamarzy zobaczyć kangura, to wsiądą w samolot i polecą sobie do Australii. Tu jest Polska. Tego się trzymajmy – z uśmiechem kwituje król agroturystyki spod „Bocianiego gniazda”.

 ***

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!