Jak ugryźć agroturystykę? Praktyczne przykłady

repository_AgroUgry_Gospodartwo-Agroturystyczne-Bajkamidi

Myśląc o rozpoczęciu działalności z zakresu agroturystyki, warto przyjrzeć się, jak robią to inni, którzy zadomowili się już w tej branży. Przykładem gospodarstwa prężnie rozwijającego się jest „Bajka” z położonego w Wielkopolsce Ludwinowa. Gospodarstwo prowadzone jest przez rodzinę Nowackich. Zgodzili się opowiedzieć o swoich początkach.

Adam Gabryelów: Jak zrodził się pomysł na założenie przez Państwa gospodarstwa agroturystycznego?

Mieczysław Nowacki: Przedtem przez wiele lat byliśmy normalnymi rolnikami. Uprawialiśmy 10 ha, potem trochę zajmowaliśmy się produkcją pasz.

Urszula Nowacka: Zaczęło się od tego, że chcieliśmy zrobić miejsce do wypoczynku dla siebie i najbliższej rodziny. W niedzielne popołudnia przychodziliśmy sobie tutaj na kawę. Potem powstał pomysł, żeby wybudować pomieszczenie gospodarcze. Przechowywaliśmy w nim różne rzeczy: stoliki, krzesełka, narzędzia i inne potrzebne przedmioty. Jakiś czas później mój mąż, trochę po kryjomu, kupił konia. Wtedy pomieszczenie gospodarcze przerobił na stajnię. Wkrótce dokupiliśmy drugiego konia, żeby ten pierwszy nie był samotny. I tak to poszło… Od imienia pierwszego konia pochodzi właśnie nazwa naszego gospodarstwa – Bajka.

Jak dalej rozwijało się wasze gospodarstwo agroturystyczne?

LN: Kiedy zaistniała konieczność remontu dachu, postanowiliśmy, że podwyższymy mury i z pomieszczeń gospodarczych zrobimy mieszkanie. Takie na przyszłość dla dzieci. Wtedy pomyśleliśmy, że skoro są już konie, mamy teren do wypoczynku i wolne pokoje, to przekształcimy to nowe mieszkanie na kwatery i zaczniemy działalność agroturystyczną.

A skąd mieliście Państwo fundusze na to wszystko?

LN: Inwestowaliśmy własne środki. Kiedy powstały kwatery, złożyliśmy wniosek o dopłaty z Agencji Rynku Rolnego na różnicowanie.

Czym jest różnicowanie?

MN: Polega ono na wspieraniu zróżnicowania rodzajów działalności – poza hodowlą czy uprawą gospodarstwa rolne mogą też robić inne rzeczy, między innymi zajmować się właśnie agroturystyką.


Rodzina Nowackich.

Jakie kwoty zapewniał ten program?

MN: Można było się ubiegać o zwrot połowy wartości inwestycji, maksymalnie do 100 tysięcy zł. Wydaliśmy 180 tys. zł. Dzięki programowi odzyskaliśmy 90 tys. zł.

Co było dalej?

MN: Kierunek naszego rozwoju wymusili na nas klienci. Po prostu słuchaliśmy naszych gości. Przykładowo, ktoś zwrócił uwagę „jak tu wieje”. Pomyśleliśmy, że od pola faktycznie mocno zawiewało, więc zaczęliśmy zabudowywać podwórko.

Czyli kluczem do dobrej agroturystyki jest słuchanie klienta?

MN: Tak właśnie jest. Goście zwrócili nam uwagę na nienajlepsze stoły, więc kupiliśmy inne, powiedzieli o niewygodnym progu, to poprawiliśmy. W naszym przypadku nie było tak, że usiedliśmy i wymyśliliśmy, co i jak będziemy robić. Że na przykład coś zbudujemy i to coś będzie działało. Kierunek rozwoju wymusiła praktyka. Po prostu zaspokajaliśmy potrzeby gości.

Tak też powstała sala na imprezy?

MN: Tak. Jak zaczęliśmy zabudowywać podwórko, powstało miejsce do biesiad. Postawiliśmy kominek, więc cały rok jest tu ciepło i przyjemnie. Z czasem zaczęliśmy mieć zapotrzebowanie na coraz większe imprezy. Ludzie przyjeżdżali do nas, pytając się, czy możemy zorganizować im imieniny, urodziny, zakończenie roku szkolnego. Wtedy mieliśmy niedużą salę, taką na 60 osób, z miejscem do tańca. Więc dobudowaliśmy kolejną część i teraz możemy robić już większe imprezy.

W tym także pomogła Wam Agencja Rynku Rolnego?

MN: W części przedsięwzięć. Pieniądze od niej pomogły nam w kupieniu kolejnych koni, bryczek, uprzęży, modernizacji stajni.

Skupiliście się na koniach?

MN: Poniekąd. Końmi zajął się nasz syn Damian. Obecnie ma 24 lata, jest instruktorem jazdy konnej, prowadzi hipoterapię. Podchodzi do tego bardzo profesjonalnie, konie to jego pasja. Skończył nawet studia na kierunku Zarządzanie Ośrodkami Hodowli i Rekreacji Konnej.

Co macie do zaoferowania miłośnikom koni?

MN: Bardzo dużo. Przez Ludwinowo przechodzą szlaki konne. Pozwalają one na organizację kilkudniowych wycieczek. Szlaki łączą najciekawsze miejsca regionu. Tego typu rajdy to przygoda, z popasami, ze zwiedzaniem. Dodatkowo mamy swój własny, prywatny szlak. Jest on znacznie krótszy, godzinny. Pozwala na przejażdżkę w terenie z instruktorem i jest ciekawą atrakcją dla nieco bardziej zaawansowanych jeźdźców, dla których padok to już za mało.

Prowadzicie działalność agroturystyczną już od dziesięciu lat. Jak z perspektywy czasu kształtuje się popyt na tego typu wypoczynek?

MN: Zainteresowanie jest coraz większe. Cały czas się rozwijamy. Na początku byłem przeciwnikiem budowania tu tego wszystkiego. Mówiłem – kto tu na takie odludzie będzie chciał przyjeżdżać? Ale okazało się, że ludzie tego właśnie potrzebują.

Kim są Państwa klienci?

MN: Często są to ludzie z miast, którzy potrzebują spokoju i ciszy.

Z jakich form promocji korzystacie?

MN: Staramy się współpracować z fundacjami wspierającymi agroturystykę w regionie. Poddaliśmy się także kategoryzacji.

Czym jest kategoryzacja?

MN: To pewien zbiór wymogów, które stawia Polska Federacja Turystyki Wiejskiej „Gospodarstwa Gościnne”. Po ich spełnieniu zostaliśmy skategoryzowani, czyli mamy potwierdzenie z ich strony dobrego standardu naszych usług. Dodatkowo figurujemy na stronie federacji, co stanowi dla nas pewną reklamę.

Jak przebiegała procedura kategoryzacji?

MN: Przyjechał do nas inspektor. Wskazał nam pewne niedociągnięcia, które musieliśmy dopracować. W standardzie jest na przykład lustro w każdym pokoju, o czym przedtem nie pomyśleliśmy.

Wciąż prowadzicie gospodarstwo typowo rolne. Która gałąź jest dla Państwa ważniejsza?

MN: W tej chwili agroturystyka zaczyna być tą ważniejszą dziedziną. Stopniowo ,,przebiła” uprawę i produkcję pasz. Mamy duże obłożenie, organizujemy sporo imprez. Wciąż się rozwijamy. Prowadząc taką działalność, stale musimy i chcemy się rozwijać. Organizujemy już wszelkiego typu imprezy – od spotkań rodzinnych do komunii i wesel. Przygotowujemy dużo wieczorków rodzinnych, spotkań przy grillu czy ognisku.

Która z dziedzin agroturystyki nabrała dla Państwa kluczowego znaczenia?

MN: Wszystkie typy agroturystyki się wzajemnie dopełniają. Jedno bez drugiego nie funkcjonowałoby tak dobrze. W okresie letnim powodzeniem cieszą się konie, zimą trzeba do nich nawet dołożyć. Niemniej jedno z drugim współdziała, a czasem też uzupełnia się – imprezy biesiadne mogą łączyć się z przejażdżkami konnymi lub bryczką. W tym przypadku przydatne jest też typowe rolnictwo, bo zapewnia paszę dla koni.

Patrząc z perspektywy czasu, jakich błędów mogli Państwo uniknąć?

MN: Gdybyśmy wiedzieli, że tak się sprawy potoczą, to byśmy nie kleili tego wszystkiego po trochu, tylko od razu zrobili coś na większą skalę. Ale nie zawsze są możliwości i nikt nie zna przyszłości. Rozbudowując powoli, też się udało coś fajnego zrobić.

Jakie jeszcze trudności Państwo napotkali?

MN: Jak zaczynaliśmy naszą działalność, nie podlegaliśmy sanepidowi. Z czasem zmieniło się prawo i od 2007 roku służby sanitarne mogą kontrolować gospodarstwa agroturystyczne. Niektórych to przeraża, ale po prostu są pewne wymogi, którym trzeba się podporządkować. To wszystko pozwala podnieść jakość usług. My poszliśmy jeszcze dalej i wprowadziliśmy standard HACCP, więc teraz mamy nawet więcej niż wymagają przepisy.

Jak od strony formalnej zaczęliście prowadzić gospodarstwo agroturystyczne?

MN: Wystarczyło się zgłosić do Urzędu Gminy i powiedzieć, że zakłada się gospodarstwo agroturystyczne. To wszystko.

Jakie podatki z tego tytułu płacicie?

MN: Tylko podatek rolny. Agrturystyka to normalny kierunek w rolnictwie. Taki sam jak chów świń, uprawa pieczarek czy cokolwiek innego.

Jak kształtują się u Was ceny?

MN: Staramy się, żeby były przystępne. Godzina jazdy konnej kosztuje 20 zł, z instruktorem 30 zł, godzinna przejażdżka bryczką ok. 10 zł od osoby. Za nocleg trzeba zapłacić 20 zł za osobę przy pobycie dłuższym niż 1 dzień. Za jednodniowy 30 zł , bo wtedy koszty układają się inaczej.

Jakie macie plany na przyszłość?

MN: Planów jest dużo. W tym roku chcemy skończyć inwestycje, żeby odetchnąć finansowo. A potem zobaczymy, jak nam będzie szło.

 

***

Agroturystyka nie musi koniecznie łączyć się z tradycyjną działalnością rolniczą. Czasem wystarczy dobry pomysł i dużo samozaparcia. Dowodem na to jest pani Mariola Beczkiewicz z Krzycka Wielkiego koło Leszna. Założony przez nią od podstaw w zrujnowanych XIX-wiecznych zabudowaniach Folwark Mila zdobył pierwsze miejsce w konkursie na najlepszy obiekt turystyki na obszarach wiejskich w Wielkopolsce. Zwyciężczyni zgodziła się opowiedzieć o swojej drodze do sukcesu na polu agroturystyki.

Co spowodowało, że zajęła się Pani agroturystyką?

Mariola Beczkiewicz: Prozaiczną przyczyną był fakt, że miasto Leszno, w którym mieszkałam, zburzyło mój dom. Musiałam więc znaleźć obiekt, który spełniałby przede wszystkim cele mieszkalne. Ponieważ na wsi spędziłam dzieciństwo i dobrze się tu czuję, postanowiłam poszukać czegoś poza miastem. Chciałam też, żeby obiekt ten na siebie zarabiał, stąd agroturystyka. Z zasobów Agencji Własności Rolnej zakupiłam stary, XIX-wieczny folwark. To, jaki ostatecznie profil przybrało gospodarstwo, wynikało z opinii turystów i zapotrzebowania, jakie się zrodziło na rynku.


Mariola Beczkiewicz przed Folwarkiem Mila.

Jaki to jest profil?

MB: Specjalizuję się przede wszystkim w grupach osób dorosłych, które szukają spokoju, ciszy, ale także pewnej otoczki artystycznej. Cały folwark jest zachowany w starym stylu. Wszędzie, gdzie tylko to możliwe, ustawiłam wiekowe, pasujące stylistyką meble. Staram się zachować pewien poziom elegancji i spójną stylistykę całego obiektu. W pokojach zostawiłam stare bale drewniane, podtrzymujące całą konstrukcję. W kwestii zdobnictwa współpracuję też z lokalnymi artystami.

Wszystko to zapewne było istotnym kosztem dla przedsięwzięcia?

MB: Na początku zainwestowałam w folwark całe swoje oszczędności. Wzięłam też kredyt, ale z czasem na przestrzeni lat sukcesywnie inwestowałam też pieniądze zarobione na tej działalności. Zaczęłam od bazy – dwóch pokoi i czterech miejsc noclegowych. Potem zaadaptowałam część obory na cele mieszkalne, gdzie urządziłam dalsze cztery pokoje. Potem jeszcze dwie sale z osobną kuchnią. To pozwoliło mi organizować imprezy okolicznościowe, jak komunie, rocznice ślubu, imieniny, niewielkie wesela do 60 osób, zdarzyło się nawet zakończenie roku szkolnego.

Pani gospodarstwo wyróżnia się na tle tradycyjnych obiektów agroturystycznych stylistyką.

MB: Ponieważ był to obiekt XIX-wieczny, uważałam, że należy zachować go w starym stylu. Wracałam więc do oryginalnych form, np. przywróciłam stare okna, mimo, że były już przedtem przerobione na współczesne. Zostawiłam wszystkie belki, wykorzystałam stare ręcznie kute gwoździe, a wiekowych mebli poszukałam wśród znajomych i rodziny. Często wymagało to pewnej kreatywności. Na przykład biblioteczka była kiedyś pomalowaną na biało szafką kuchenną, a tradycyjne plecione serwetki umieściłam jako firanki.


Wnętrza Folwarku Mila.

Czym – poza wystrojem – kusi Pani swoich gości?

MB: Głównie przyrodą – folwark znajduje się w pobliżu jeziora, zatem kąpiele, wędkowanie, spacery. Wypożyczam także rowery. Ponieważ dookoła jest mnóstwo pałaców i dworów, polecam gościom interesujące miejsca w okolicy do odwiedzenia. Wielkopolska to bardzo przyjazny region. Ludzie są mili, mówią „dzień dobry” każdemu, także nieznajomym, czemu czasem dziwią się moi goście z dużych miast. Ale to może zaoferować wiele innych gospodarstw. Ja stawiam na dom z duszą – klimat sięgający korzeniami przeszłości, odmienny od tradycyjnej agroturystyki. Poza tym oferuję regionalne atrakcje dla podniebienia.

Jakie to atrakcje?

MB: Kuchnia staropolska, ale też regionalna wielkopolska. Gdy goszczę ludzi spoza regionu, serwuję im potrawy typu: pyry z gziką, kluchy na łachu, ślepe ryby i inne specjały kuchni regionalnej.

Jak ocenia Pani specyfikę agroturystycznego biznesu?

MB: Jest on sezonowy. Zwykle trudno jest przeczekać martwy sezon jesienno-zimowy. Pewnym wyjściem jest organizacja imprez, które przygotowuje się także w ponurych porach roku. Ludzie zwykle korzystają z tego typu wypoczynku w weekendy, więc w środku tygodnia mam mniej gości.

Jakie są mankamenty prowadzenia tego typu działalności?

MB: Prowadząc gospodarstwo agroturystyczne, trzeba pogodzić się z utratą prywatności. Przez cały czas jest się do dyspozycji gości. Nie wystarczy podać posiłki, trzeba porozmawiać, pokazać coś, czasem gdzieś podjechać. Należy to wkalkulować, przymierzając się do tego typu interesu.

Czy także inni mieszkańcy danej miejscowości czerpią korzyści z agroturystyki?

MB: Jak najbardziej. Jedna z rodowitych mieszkanek powiedziała mi wprost – „jak się pani będzie powodziło, to nam też”. Jest w tym sporo racji – gotując gościom, zaopatruję się w przetwory mięsne produkowane przez sąsiadów, moi goście kupują w lokalnym sklepie, daję też zarobić przy pracach typu skoszenie łąki, drewno nabywam w lokalnym tartaku. Żyjąc i pracując w jednym miejscu, wspieramy automatycznie także sąsiadów.

Z jakich form promocji Pani korzysta?

MB: Przede wszystkim bazuję na poleceniu. Jeden zadowolony klient poleca mnie swoim znajomym. Poza tym po kursie w Ośrodku Doradztwa Rolniczego założyliśmy stowarzyszenie gospodarstw agroturystycznych naszego regionu.

Jakie są zalety takiego stowarzyszenia?

MB: Wspólnie reklamujemy się na targach, wydaliśmy ulotkę reklamową, informujemy się nawzajem o nowych szkoleniach. Gdy jedno gospodarstwo ma nadmiar gości, to podrzuca drugiemu. Korzystają wszyscy.

Jakie są Pani zdaniem największe zalety agroturystyki?

MB: Rodzinna atmosfera. To jest jeden dom, w którym właściciel i goście przebywają w dużej mierze razem. Daje to możliwość rozmowy. Można więc dowiedzieć się dużo ciekawych rzeczy o obyczajach, regionie. Jest to bardzo atrakcyjna oferta dla ludzi, którzy w codziennym życiu nie mają czasu, aby prowadzić dom, kultywować tradycje. Czasem przyjeżdżają do mnie także ludzie na święta. Poza tym przyjmuję gości z psami, co jest ważne, gdy chce się spędzić urlop za swoim pupilem.

A jak kształtują się ceny w Folwarku Mila?

MB: Mimo wyższego standardu staram się utrzymać standardowe ceny, czyli 35 zł od osoby.

AG: Dziękuję za rozmowę.

 ***

wersja do druku //

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!