Wstyd i niewiedza – pokonajmy te bariery

Czy niepełnosprawny w domu to kara, grzech, powód do wstydu? Dlaczego bywa tak, że rodzice boją się pokazywać w lokalnym środowisku ze swoim niepełnosprawnym dzieckiem? Czego się obawiają? Tego, że będą na wsi wytykani palcami, że staną się pożywką dla plotkarzy, że będą postawieni w ogniu kłopotliwych pytań… Na szczęście takie postawy powoli zaczynają zanikać. A zawdzięczamy to szerokiemu dostępowi do mediów, które od lat pokazują niepełnosprawność i uczą tolerancji.
– Proces ten jest jednak bardzo powolny, ma to związek z nadal małą wiedzą na temat niepełnosprawności. Widać to szczególnie na wsi, gdzie rzadko praktykuje się integracyjne podejście do wszelkich dziedzin życia. Tymczasem już na najniższym szczeblu edukacyjnym, czyli w przedszkolu, należy głośno mówić o tym, że kolega jest inny, że trzeba go tolerować i mu pomagać. Dla dziecka, które rozwija się w duchu integracji, kontakt z niepełnosprawnością nigdy nie będzie już traumatycznym przeżyciem. Obcując z niepełnosprawnym rówieśnikiem, dziecko dorasta w jego obecności i dlatego potem jest w stanie zaakceptować to, że się ślini, że nie ma ręki, że kiwa głową, ma tiki, że nie potrafi chodzić na nogach… – mówi Henryka Sokołowska, prezes Stowarzyszenia Integracyjnego „Klub Otwartych Serc”.

Dzieciom przychodzi to dosyć łatwo, czego nie można powiedzieć o dorosłych. Niedawno nasza rozmówczyni miała do czynienia sytuacją, w której matka, spacerując z upośledzoną córką na wózku, ostro zareagowała, kiedy za sobą usłyszała rzekomo nieprzychylne komentarze. Zawróciła i podniesionym głosem zakomunikowała, że nie życzy sobie, by ktokolwiek mówił źle o jej córce. Niezwykle wzburzona, będąc pod wpływem emocji swe krzyki skierowała do młodego małżeństwa z kilkuletnim dzieckiem. A to wszystko dlatego, że w pewnym momencie maluch zadał pytanie: „Dlaczego ta duża dziewczyna jeździ jeszcze w wózku?” Matka grzecznie starała mu się to wyjaśnić, czym sprowokowała „bojowo” nastawioną kobietę. No i kto w tej sytuacji jest winien? Wybuch agresji rodzica podyktowany był w tej sytuacji brakiem akceptacji niepełnosprawności własnego dziecka. Ta matka miała zakodowane, że jeśli ktoś w ogóle mówi o jej córce, to na pewno mówi źle. Zazwyczaj problem braku akceptacji dysfunkcji niepełnosprawnego dziecka dotyczy jego całego najbliższego środowiska. Udziela się on rodzicom, siostrom, braciom, którzy nie potrafią bez bólu rozmawiać o ułomności członka swej rodziny. Jeśli mówimy w takim kontekście o zmianach, to powinniśmy je zacząć od siebie.

– Mieliśmy w naszej placówce chłopaka, którego nazywaliśmy „wyciskaczem łez”. Jego historia była niezwykle przejmująca. Niestety, nie ma go już wśród nas. Umarł na białaczkę. Wspominam jego osobę po to, by pokazać, jak najbliżsi mogą traktować niepełnosprawnego członka rodziny. Proszę sobie wyobrazić, że kiedy cała familia zasiadała do obiadu, jemu podawano posiłek w innym pomieszczeniu. Nie było dla niego miejsca przy stole. Jego upośledzenie dyskwalifikowało go w oczach najbliższych, dlatego traktowano go jak kogoś gorszego. To jemu zadawano najcięższe roboty w przydomowym gospodarstwie, to jego gorzej ubierano, a nawet gorzej karmiono – opowiada Henryka Sokołowska. – Nigdy nie było go na żadnym zdjęciu rodzinnym. Podczas uroczystości takich jak na przykład ślub siostry, czy jubileusz pożycia małżeńskiego rodziców jego obecność na fotografii była niepożądana. Tłumaczono mu to wprost: „Nie chcemy, żebyś popsuł to zdjęcie”. O istnieniu tego chłopaka wiedzieliśmy dzięki wywiadom środowiskowym. Kiedy mieliśmy już pewność, że najbliższa rodzina odtrąca go i kompletnie nie wspiera w cierpieniu, postanowiliśmy szybko zareagować. Spotkaliśmy się wówczas z matką i uświadomiliśmy jej jaką gigantyczną krzywdę wyrządza swemu dziecku. Słowa prawdy musiały zaboleć całą tę rodzinę, bo jej stosunek do chłopaka nieco się zmienił. Szkoda tylko, że tak późno…

Inny przypadek wart odnotowania to historia niepełnosprawnej dziewczyny, która pod skrzydła Stowarzyszenia Integracyjnego „Klub Otwartych Serc” trafiła mając lat 16. Nie mówiła, nosiła „pampersa”, była kompletnie niesamodzielna. Jej upośledzenie generowało olbrzymie poczucie wstydu w jej rodzicach. Przez kilkanaście lat swego życia owa dziewczyna mogła pojechać tylko do babci, albo ciotki. Trafiała tam zresztą najczęściej w sytuacjach, kiedy do jej rodzinnego domu wpadali goście. Zarówno matka, jak i ojciec nie potrafili znieść inności własnego dziecka. Nie było mowy o akceptacji, tolerancji, o miłości rodzicielskiej nie wspominając. Doszło do tego, że małżeństwo nieszczęśliwych rodziców zaczęło się walić. Mąż odszedł, na wychowanie córki (jeśli to tak w ogóle można było nazwać) nie łożył ani grosza..

I pewnie doszłoby do jakiejś rodzinnej katastrofy, gdyby nie wspomniana ciotka. Któregoś razu, podczas kolejnej „wizyty” niepełnosprawnej siostrzenicy, podstępem zapakowała ją do samochodu i przywiozła do stowarzyszenia.

– Po kilku miesiącach systematycznej pracy nad tą dziewczyną, udało się nam postawić ją na nogi. Pamiętam jak później pojawił się u nas jej ojciec, przyniósł kwiaty i zaczął dziękować. Zasugerowałam mu wówczas, że tak naprawdę to powinien podziękować własnej córce. On jednak obstawał przy swoim i przyznał, że dopiero teraz widzi, jaką wyrządził krzywdę swej córce i całej rodzinie. Dotarło do niego, że ma normalne dziecko, któremu należy się głębokie rodzicielskie uczucie – wspomina Henryka Sokołowska. – Obecnie rodzina ta funkcjonuje, jak każda inna. No może poza tym, że nasza podopieczna stała się oczkiem w głowie tatusia. Matka przychodzi do nas i z uśmiechem konstatuje: „Mój mąż zwariował na stare lata. Kiedyś robił awanturę jak chciałam coś dziecku kupić, a teraz sam ją po sklepach ciąga. Już trzy kurtki na zimę jej kupił.” Takie zachowanie bierze się stąd, że ów człowiek chce teraz na siłę nadrobić stracony czas. No i czasem postępuje w dość kuriozalny sposób. W jego wnętrzu coś pękło, coś zmieniło się na lepsze. Zadziałał bardzo prosty mechanizm, ten mężczyzna posiadł wreszcie podstawy wiedzy o niepełnosprawności. Przekonał się, że jego dziecko może być wartościowym człowiekiem. Dowiedział się, że to, co wcześniej mówili inni to nieprawda. Ci „inni” to między innymi nauczyciele w szkole, którzy przekonywali, że z jego dzieckiem nic nie da się zrobić, że nie pomoże nauczanie indywidualne. Nawet ksiądz nie wyciągnął pomocnej dłoni, kiedy dziecko do pierwszej komunii świętej trzeba było posłać – też się nie nadawało. Dopiero teraz niedawno dziewczyna mogła przeżyć tę ważną dla każdego katolika chwilę.

Dla obojga rodziców życie stało się wreszcie czymś, co ma sens. Tym sensem jest dorosła już córka, która potrafi o siebie zadbać, najeść się, samodzielnie skorzystać z toalety i głośno przekonać o własnej racji. Co więcej, można się z nią nawet „pozytywnie” pokłócić. A jeszcze nie tak dawno jej aparat głosowy był kompletnie uśpiony.

– Mimo że wiedza na temat niepełnosprawności upowszechnia się, nadal odkrywamy „roślinki”, chowane przed całym światem. Dzieje się tak szczególnie na wsi, gdzie najbliżsi dawno stracili wiarę w to, że ich dziecku można w jakikolwiek sposób pomóc. Nie chcą go zapisać do tzw. realizacji obowiązku szkolnego, bo uważają, że to nie przyniesie żadnego efektu. Tymczasem każde dziecko z upośledzeniem głębokim odczuwa wszelkie bodźce jeszcze bardziej niż zdrowy człowiek. Nie nauczymy go czytać i pisać, ale możemy popracować choćby nad jego rozluźnieniem. Pamiętajmy, że jeśli nie damy gminie informacji o tym, że mamy dziecko podlegające obowiązkowi szkolnemu, to samorząd nie zadecyduje o przyznaniu specjalisty, który z nim będzie pracował. I proszę mi wierzyć, zawsze warto z tego korzystać, bo wówczas wszyscy jesteśmy zdrowsi – kwituje Henryka Sokołowska.

 

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!