Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Bieszczady gdzieś na uboczu

Autor: Bogdan Augustyn

Bieszczady to region bardzo popularny turystycznie, zwłaszcza latem. Tysiące ludzi przyjeżdża tu na wypoczynek, zwiedza, chodzi po widokowych połoninach, często nieświadomych, że tuż obok mijają ślady kultury dawnych mieszkańców.

Berehy Górne, taką właśnie nazwą nieistniejącej wsi u podnóża Połoniny Caryńskiej posługuje się do dziś wielu ludzi, mimo że od dawna na mapach jej pisownia jest polska. To dogodne miejsce aby wyruszyć lub zejść szlakiem z bardzo uczęszczanej połoniny. Po drodze mijamy jedyne miejsce świadczące o tym, że żyli tu kiedyś ludzie – stary cmentarz przycerkiewny. Zachowały się na nim niezwykłe i w pewnym sensie zagadkowe kamienne pomniki i płyty nagrobne. Przez kilkadziesiąt lat cmentarz był zarośnięty i zdewastowany. Dopiero wysiłki studentów i akcja „Nadsanie” pod koniec lat 80. XX w. ocaliły to miejsce od zapomnienia.


Berehy Górne - kamienny nagrobek.

W ostatnich latach sporo pracy wykonało tu Stowarzyszenie „Magurycz”. Najbardziej fascynują na tym cmentarzu niespotykane w innych miejscach Bieszczad nagrobki rodziny Buchwaków. Leży tu kilku przedstawicieli tej rodziny, może klanu ? Ich groby wyraźnie odróżniają się od reszty pochówków na cmentarzu. Wyryto na nich cyrylicą długie sentencje oraz liczne symbole chrześcijańskie ale też pogańskie rozety. Wszystko wskazuje na to, że jeden z przedstawicieli tej rodziny Hryć, był kamieniarzem i wykonał kamienne nagrobki i inskrypcje własnoręcznie. Zapewne podtrzymywał rodzinną tradycję. Zważywszy ich unikatowość i niepowtarzalność można zadać sobie pytanie skąd prosty Bojko czerpał inspiracje do swoich dzieł ? Czy był zapatrzony w jakieś archaiczne wzornictwo, które zanikło i zostało wyparte przez nowe? Trudno dziś znaleźć odpowiedzi na te pytania a cmentarz w Berehach nadal fascynuje swoją tajemniczością. Warto zejść tu ze szlaku, mimo zmęczenia i pomodlić się nad grobami Buchwaków - bojkowskich kamieniarzy.

Dolina Sanu poniżej Zatwarnicy to chyba najbardziej niedostępny bieszczadzki zakątek. A kryje się tu wiele ciekawych miejsc. Od północy ten fragment doliny zamyka rozległe i całkowicie zalesione pasmo Otrytu. Latem niewielu ludzi ma odwagę się tu zapuszczać bo to prawdziwe królestwo niedźwiedzia. Na kamienistych brzegach Sanu swoje siedliska ma wąż Eskulap, który co prawda nie jest jadowity ale odstrasza swoją prawie 2 metrową długością. Ma tu dobre warunki rozwoju bo w dolinie nie ma od dawna ludzi. Mieszkańcy wsi Hulskie, Krywe i Tworylne zostali stąd przymusowo wysiedleni w 1946 r. Ci, którzy ukrywali się po lasach, nie chcąc opuszczać rodzinnych stron zostali wyłapani w obławach przez wojsko w czasie akcji „Wisła” rok później. Nie pozostały po nich nawet domy, gdyż całą zabudowę celowo spalono.

W Krywem i Hulskiem oszczędzone zostały jedynie murowane cerkwie. Jednak i dla nich los nie pozostał długo łaskawy. W Hulskiem pozostała tylko cerkiew pw. św. Paraskewii wybudowana w 1820 r. Niestety szybko uległa dewastacji i w latach 80. XX wieku ostały się tylko fragmenty murów. Co prawda w 1993 r. w czasie akcji „Nadsanie”, prowadzonej przez TONZ oczyszczono obiekt z roślinności ale po kilku latach sytuacja powróciła do stanu poprzedniego. Do dziś zachowała się jeszcze część murów prezbiterium. Niemal całkowicie zaniknął cmentarz przycerkiewny a miejsce dostępne jest praktycznie tylko na wiosnę, kiedy nie ma jeszcze bujnej roślinności. W ostatnich latach lokalne stowarzyszenia w ramach realizowanych projektów wytyczyły do ruin ścieżkę historyczną i nosiły się z zamiarem zabezpieczenia murów. Jednak okoliczni mieszkańcy zniszczyli znaki i tablice informacyjne.


Krywe - ruiny cerkwi.          

W sąsiedniej dolince istniała kiedyś wieś Krywe. Ocalała z niej jedynie murowana cerkiew pw. św. Paraskewii z 1842 r. Niestety  w latach 50. XX w. okoliczni mieszkańcy zdjęli z niej blachę i prawdopodobnie wywołali pożar aby zatrzeć ślady. Być może w tych okolicznościach wykradziono również wyposażenie cerkiewne i ikony. Od tego czasu obiekt szybko popadał w ruinę. Tylko masywności murów budowli zawdzięczamy fakt, że zachowały się one prawie w całości. Jej eksponowane na niewielkim wzniesieniu położenie i piękno dzikiego obecnie krajobrazu sprawia, że jest to miejsce licznych wycieczek turystycznych. Chociażby z tych względów, a także z uwagi na wartość historyczną i kulturową, warto ten obiekt ratować. W ostatnich latach Gmina Lutowiska podejmuje takie działania ale ciężkie warunki terenowe i niedostępność doliny sprawiają, że trudno znaleźć wykonawcę prac zabezpieczających ruiny. Losy cerkwi w Krywem nadal więc pozostają niepewne. 
                                                                                                                        
Również w dolinie Sanu w miejscowości Chmiel chyba cudem tylko przetrwał najstarszy w Bieszczadach zabytek – kamienna płyta nagrobna z 1644 r. Zachował się na niej niewyraźny już dziś napis cyrylicą. Przez lata krążyły o tym miejscu przeróżne legendy i opowieści. Tradycja ustna wiązała płytę z pochowanym tu pod ołtarzem starej cerkwi władyką przemyskim Hieronimem Ustrzyckim. Dopiero w 2004 r. tajemnicę rozwikłali ostatecznie dwaj historycy Jarosław Giemza i Maciej Augustyn.


Chmiel - płyta nagrobna trakcie konserwacji.

Okazało się, że na przycerkiewnym cmentarzu pochowano  Fieronie Orlicką z Dubrawskich. Prawdopodobnie spędziła ona w Chmielu ostatnie lata życia we dworze u krewnych Dubrawskich. Wszystko wskazuje, że w tym czasie wybudowano tu nową cerkiew a Fieronie jako fundatorkę pochowano w jej obrębie, być może pod mensą ołtarzową. Przez powojenne lata płyta nagrobna, kilkakrotnie zmieniała lokalizację i była nawet zepchnięta do potoku płynącego za cerkwią. Uratowali ją przed zniszczeniem miejscowi leśnicy. Przez kilka lat stała oparta o ścianę prezbiterium jakby czekając na dalszy swój los. Wreszcie wysiłkiem pasjonatów i miejscowego księdza doszło do jej gruntownej renowacji i godnego powrotu na być może pierwotne miejsce. Obecnie znajduje się na specjalnym wsporniku przykryta stylizowanym dachem, będącym kopią kopuły starej przycerkiewnej dzwonnicy. Dzięki historykom możemy też odczytać przetłumaczony na specjalnych tablicach pełny tekst inskrypcji.

Cerkiew w Liskowatem k. Ustrzyk Dolnych to z pewnością obiekt unikalny. To typ drewnianego budownictwa sakralnego, który prezentuje archaiczne rozwiązania konstrukcyjne, powszechne do XVIII wieku na ruskich ziemiach Rzeczpospolitej. Zastanawia najbardziej rok jej budowy 1832. Pierwsza połowa XIX wieku to raczej czasy powszechnej latynizacji cerkwi na tych obszarach. Tymczasem wybudowano tu (lub tylko remontowano) świątynię, której budowniczowie musieli być bardzo przywiązani do tradycyjnych rozwiązań i dawnego wyglądu cerkwi. Niepokojący jednak jest jej stan techniczny, który zmierza ku katastrofie budowlanej i kolejnej utracie bezcennego zabytku. Świątynia od kilkunastu lat stoi pusta, po niefortunnym jej opuszczeniu przez parafię rzymsko - katolicką i wybudowaniu nieopodal nowego kościoła. Obecnie jest własnością skarbu państwa.


Liskowate - opuszczona cerkiew.

W ostatnich latach, po interwencji TONZ-u udało się przeprowadzić dwukrotnie niewielkie naprawy poszycia dachu, co na pewien czas powstrzymało degradację cerkwi. To nie uratuje tego obiektu. Zabytek nie miał również szczęścia podczas wcześniejszych remontów. W połowie lat 60. XX wieku podczas prac remontowych wycięto część konstrukcji, co zubożyło znacznie bryłę budowli. Wówczas to likwidacji uległa dekoracyjna galeria zewnętrzna prowadząca do kaplicy nad babińcem. Odcięto przy tej okazji część dachu okapowego od strony wejściowej. Równocześnie usunięto strop nad babińcem i galeryjkę w nawie. Od 1973 r. cerkiew służyła miejscowym rzymsko - katolikom. W ten sposób przekształcony obiekt zatracił swój pierwotny charakter nie tylko pod względem wyznaniowym ale przede wszystkim architektonicznym. Już samo zwieńczenie świątyni dachami namiotowymi (babiniec i nawa) i dachem kalenicowym nad prezbiterium stanowi bardzo stare i prawdopodobnie powszechne w przeszłości krycie cerkwi na tym obszarze. Fakt, że w obiekcie przetrwało do połowy XX w. pomieszczenie kaplicy nad babińcem jest zjawiskiem unikatowym! Likwidowano je bowiem powszechnie zwłaszcza w XIX w. w dobie latynizacji cerkwi.

Obiektów takiej klasy przetrwało w Polsce zaledwie kilka (Równia, Smolnik n/Sanem, Piątkowa, Grąziowa, Ulucz, Czerteż). To wszystko przemawia za tym, że cerkiew w Liskowatem należy nie tylko ratować przed zawaleniem ale zrekonstruować i przywrócić pierwotny wygląd. Niestety nikt do tej pory nie zabiega o jego przejęcie a skarb państwa to dla zabytku chyba najgorsza opcja.

Cmentarze Ewangelickie. Któż dziś pamięta, że w Bieszczadach zamieszkiwali do wojny niemieccy osadnicy? Pojawili się w dużej liczbie pod koniec XVIII wieku, a więc już w okresie zaboru austriackiego. Sprowadzani byli celowo przez Austriaków aby zasiedlić przejęte przez państwo królewszyzny i zmienić nieco oblicze demograficzne zagarniętych ziem. W okolicy Ustrzyk Dolnych powstało w ten sposób kilka kolonii niemieckich, których ludność była przeważnie wyznania ewangelickiego. Dla ich potrzeb duchowych utworzono odrębną parafię w Bandrowie – Kolonii. Początek jej istnienia datować można na rok 1788.

Należały do niej: Steinfels (Stebnik), Siegenthal (Brzegi Dolne), Obersdorf (Krościenko), Prinzenthal (Smereczna – obecnie Ukraina) i Makowa - Kolonia. Z czasem ewangelicy stali się nieodłącznym elementem wielu miejscowości i żyli zgodnie z Polakami i Rusinami. Kolonie niemieckie, założone w okresie panowania cesarza Józefa II, przetrwały do końca istnienia II Rzeczpospolitej. Dopiero wybuch II wojny światowej spowodował, że uległy one planowej likwidacji. W 1939 r. w wyniku porozumienia niemiecko-sowieckiego miejscowych Niemców w całości wysiedlono do Wielkopolski, skąd ostatecznie w wyniku zawieruchy wojennej trafili na terytorium Niemiec. Niewiele po nich pozostało pamiątek. Domy zasiedliła miejscowa ludność a kościoły zostały w większości rozebrane w latach 40. XX w. Jedynymi śladami, świadczącymi o ich bytności są stare cmentarze ewangelickie. Niestety dziś całkowicie zapomniane i zarośnięte . Można je znaleźć w Bandrowie, Brzegach Dolnych, Krościenku, Stebniku i w Makowej (Pogórze Przemyskie), ale wymaga to niekiedy pewnego wysiłku. Jedynie w Bandrowie dawny cmentarz parafialny jest w miarę uporządkowany i zachowało się na nim najwięcej krzyży nagrobnych z napisami w języku niemieckim. Poniżej cmentarza zobaczyć można miejsce po dawnym kościele ewangelickim.  

Zagórski Karmel. Od ponad 170 lat stoi w ruinie jedyny na tym terenie obronny klasztor Karmelitów w Zagórzu. Jest to największy tego typu zabytkowy zespół w południowo-wschodnim rejonie Polski. Niewidoczny z głównych dróg usytuowany jest na wyniosłym wzgórzu, zwanym Marymontem, które opływa Osława. Jego budowa trwała przez pierwszą połowę XVIII wieku a fundatorem był Jan Franciszek Stadnicki, wojewoda wołyński. Zespół klasztorny zajmował kiedyś duży teren. Składał się z barokowego kościoła, zabudowań klasztornych, budynków gospodarczych, małego szpitala. Całość otaczały wysokie mury z basztami i kordegardą. Klasztor bowiem w czasach Rzeczpospolitej pełnił dwie funkcje zakonną i obronną. Stacjonowała tu nawet załoga wojskowa. W okresie zaborów przeżywał dramatyczne chwile. W 1772 r. bronili się w nim konfederaci barscy, oblegani przez wojska rosyjskie. W trakcie oblężenia doszło do pożaru i zniszczenia części zabudowy. Drugi pożar przyczynił się do zgłady Karmelu.


Zagórz - ruiny klasztoru.

W 1822 r. prawdopodobnie za namową Austriaków jeden z zakonników podłożył w pomieszczeniach ogień, który zniszczył całą zabudowę. Miała być to zemsta zaborców za ukrywanie w Klasztorze emisariuszy i spiskowców. W latach 1956–59 z inicjatywy karmelity o. Józefa (Jana Prusa) za zgodą wojewódzkiego konserwatora zabytków w Rzeszowie, podjęto próbę jego odbudowy. Przez kilka lat trwały w nim prace porządkowe. Niestety po śmierci o. Józefa w 1962 r. prace konserwatorskie zostały przerwane decyzją WRN w Rzeszowie. Taki stan obiektu trwa do dziś, chociaż w ostatnich latach prowadzono tu prace zabezpieczające rozsypujących się murów. Planowana jest też rekonstrukcja jednej z wież kościelnych z przeznaczeniem na taras widokowy. 
                                                   
Z klasztorem związane są liczne legendy. Według jednej z nich nawet w biały dzień można w ruinach spotkać postać tajemniczego mnicha w brunatnym habicie. Klęczy w nawie kościoła lub przechadza się po dziedzińcu.

 

 

 

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx