Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Bieszczadzkie ekomuzea i nie tylko…

Tekst i zdjęcia: Robert Bańkosz

Trochę z trudnej historii mozaiki kulturowej Bieszczadów

Bieszczady to kraina szczególna, nie tylko ze względu na niezwykłą przyrodę, widoki, góry i funkcjonujący w świadomości społecznej mit tajemniczości. Jej szczególność wynika także z przeszłości i to nie tylko tej odległej, ale i tej bliskiej, która rozgrywała się w ostatnim półwieczu. Chyba jednak największy wpływ na niezwykły, szczególny charakter tych gór mieli i mają nadal mieszkający tu ludzie.

Można powiedzieć, że tutaj nic nie działo się w sposób prosty, jasny, przejrzysty i nieskomplikowany. Przeciwnie, przez stulecia osiedlały się tu rozmaite żywioły, z których jedne wtopiły się w miejscową ludność i zaniknęły, jak Niemcy - przybyli tu w średniowieczu, a przez stulecia ulegli polonizacji; Wołosi, których wchłonął etnos [gr. ethnos – lud, plemię, naród] ruski, ale także Ormianie, Węgrzy, Słowacy, Czesi, a nawet koczowniczy Tatarzy, Kumanowie, Czerkiesi, czy Połowcy.

Ci najstarsi osadnicy zlewali się z czasem z większością, pośród której mieszkali, a główną płaszczyzną asymilacji stała się religia, co zazwyczaj decydowało o wyborze kościoła lub cerkwi, a co za tym szło na tym terenie, zrastania się z żywiołem polskim lub ruskim.

To właśnie z takiej mieszanki na przełomie XIX i XX stulecia wyłoniły się dominujące tu etnosy, określające się już jako nowoczesne narody: polski i ukraiński. 

Nie dokonało się to jednak całkowicie i w chwili wybuchu największej z wojen i następujących w jej wyniku gruntownych zmian etnicznych, żyli tu jeszcze Rusini, którzy chcieli pozostać nadal przy nazwie Rusin i tworzyć oddzielne państwo karpatoruskie, byli też Niemcy, z osiemnastowiecznej kolonizacji józefińskiej – protestanci, którzy tworząc własną diasporę religijną podtrzymywali również swój język, kulturę i tożsamość.

Podobnie religia stała się przyczyną przetrwania przez wiele wieków trzeciej co do wielkości społeczności, nie tylko w Bieszczadach, ale też i w całej Galicji - Żydów. Ludność ta, choć wewnętrznie bardzo zróżnicowana, weszła w XX wiek również jako nowoczesny naród, tym różniący się od poprzednich, że nie posiadający własnej, nawet odległej (jak np. w przypadku Niemców) ojczyzny.

Ta cecha, łączy ich natomiast z kolejną, dużą grupą etniczną dawnych Bieszczadów – Romami Bergitka. Ci, górscy Cyganie, choć porzucili już w XVIII stuleciu wędrówkę i osiedli, tworząc ubogie osady na obrzeżach miast i wiosek, nie odczuwali potrzeby ani tworzenia nowoczesnego narodu, ani posiadania ziemi, państwa czy nawet ojczyzny. Można powiedzieć, że ojczyzną tego narodu była muzyka i każde miejsce na ziemi, z którego ich nie przepędzano. Podobnie religia, którą akceptowali w każdym wydaniu, ale we własnej interpretacji.

Wszystkie opisane społeczności wniosły ogromy wkład w kulturę regionu bieszczadzkiego. Powstała niezwykła i niepowtarzalna mozaika kulturowa tworząca unikatową, dopełniająca się całość.
 

Co przyniósł wiek XX Bieszczadom?

Niestety, wiek dwudziesty był nie tylko czasem budzenia się narodów, w tej części Europy, ale również ich tragedii i śmierci. Holokaust usunął z przestrzeniu kulturowej Żydów i Romów. Ci, którzy nie zginęli, musieli wyjechać po wojnie, czasem dobrowolnie, często pod przymusem. Także Niemcy musieli opuścić te strony. Finałem wojny domowej, która miała się tu dobrze pomimo zakończenia drugiej wojny światowej była deportacja ludności ukraińskiej do Związku Radzieckiego, a następnie na tzw. „Ziemie Odzyskane”.

Po „równaniu granic” 1951 roku, kolejne rodziny ukraińskie z okolic Ustrzyk Dolnych, Czarnej i Lutowisk zostały wywiezione na południowy-wschód radzieckiej Ukrainy. Na ich miejsce przywieziono polskie rodziny z Sokalszczyzny, które również miały nieszczęście znaleźć się w obszarze podlegającym wymianie.

Wyludnione Bieszczady stały się nową ojczyzną, nie tylko dla osadników z różnych regionów Polski, ale też uciekających z piekła wojny domowej Greków z komunistycznego podziemia oraz Macedończyków z ruchu narodowego. W latach sześćdziesiątych, do kilku wysiedlonych wiosek na skraju Beskidu Niskiego i Bieszczadów przybyli ze Śląska Cieszyńskiego Zielonoświątkowcy, którzy przywędrowali prowadzeni „objawieniem bożym”, paradoksalnie tu szukając spokojnej i dobrej „Ziemi Obiecanej”. Trzeba jednak przyznać, że tym pokojowo usposobionym i pracowitym ludziom udało się ją tu stworzyć.

Bieszczady także w ostatnich latach przyciągały tu barwnych i ciekawych ludzi z całego świata, którzy wybrali to miejsce do życia, wiedzeni jakąś tajemniczą siłą, podobnie jak wcześniej Zielonoświątkowcy.
 

Okres kiczu i czas bieszczadzkich zakapiorów

Niestety, w pustkę, kulturową, która zapanowała po opustoszeniu tych gór zaczął wkradać się kicz. Rozpoczął się okres pretensjonalnego, sztucznego naśladownictwa, łączącego w sobie paradoksalnie komunistyczny etos i legendę amerykańskiego „Dzikiego Zachodu”. Powstało w ten sposób zjawisko kulturowo niezwykle ciężkostrawne, całkowicie oderwane od wielowiekowej tradycji historycznej i kulturowej tej ziemi.

Jaśniejszymi postaciami tego okresu, tzw. „zakapiorów” było zaledwie kila osób, które oprócz problemów alkoholowych posiadały talent i niepokorną, kreatywną osobowość. Najwybitniejszy z tego grona był bez wątpienia Andrzej Wasilewski „Połonina”. Niestety, rozpowszechniło się przekonanie, że przepity głos, zarośnięta twarz i dopełniający całości kowbojski kapelusz to wszystko, czego potrzeba, aby być bieszczadzkim artystą.
 

Lata 90. i renesans zainteresowania bieszczadzką kulturą i historią

Szczęśliwie jednak, znalazły się środowiska, którym nie wystarczał ten substytut kultury. Dążyły one do tego, by móc czerpać inspirację z bogactwa kulturowego, które powstawało tutaj przez stulecia. W drugiej połowie XX wieku nie było to łatwe, ani mile widziane przez władze. Pierwsze działania podejmowały już w latach osiemdziesiątych osoby związane w Towarzystwem Karpackim, Studenckim Kołem Przewodników Beskidzkich w Warszawie, Towarzystwem Opieki nad Zabytkami w Michniowcu etc.

Lata dziewięćdziesiąte, a w szczególności ostatnia dekada stworzyła korzystniejsze warunki dla renesansu zainteresowania bieszczadzką kulturą i historią. Przyczynił się do tego bez wątpienia ruch turystyczny, a w szczególności nowy typ turysty, który pojawił się na rynku. Często „obyty” już trochę ze światem, pragnący poznawać lepiej odwiedzany region, poczuć jego autentyczny klimat, porównujący wywożone zeń wrażenia do innych regionów Polski i świata.

Turystyka – wspomaga odrodzenie kulturowe Bieszczadów

To „oczekiwanie” ze strony turystów bardzo wspomaga odrodzenie kulturowe, co zresztą zrozumiałe, gdyż turystyka zawsze przyczynia się do rozwoju kultury regionalnej (XIX/XX wiek – Podhale, Huculszczyzna itd.), choć niesie za sobą zagrożenie nadmiernej jej komercjalizacji i deformacji.

 
Prywatne muzeum młynarstwa i restauracja w Ustrzykach Dolnych.

Jednakże największa zasługa leży po stronie samych ludzi żyjących w tych górach, częstokroć pozornie zwykłych mieszkańców bieszczadzkich wiosek i miasteczek. Najczęściej nie są to osoby w żaden sposób związane z kulturą funkcjonującą tutaj przed wojną. Pochodzą z różnych krańców kraju i z zagranicy. Jednakże zżyli się z tą ziemią, zafascynowała ich, poczuli jej autentyczny klimat i pragną czerpać z jej niezwykłego bogactwa. Przede wszystkim zaś, odkryć ją na nowo tak, aby nie było na niej miejsc, o których muszą powiedzieć, że są im obce, że nic im one nie mówią.

Twórcy bieszczadzkich ekomuzeów

To właśnie ci, kreatywni mieszkańcy Lutowisk, Zatwarnicy, Polany, Dźwiniacza, Bandrowa Narodowego, Orelca i innych miejscowości są twórcami i animatorami bieszczadzkich ekomuzeów, które stały się formą odkrywania dawnej, acz - nie minionej kultury i wzbogacania jej o własny talent i uczucia. Ci ludzie dojrzeli do zmierzenia się z historią Bieszczadów, zaakceptowania jej, wpisania się w nią swoją własną kreatywnością.

Ekomuzeum to tylko nazwa, może nawet nie do końca szczęśliwa, bo kojarząca się częściej tylko z ekologią, nie zaś z żywym muzeum in situ [łac.w naturalnym, pierwotnym położeniu], w otwartej przestrzeni, z możliwością kontaktu z miejscową kulturą i jej przeżywania, na każdym kroku wędrówki po okolicy.
 

Ekomuzeum „Trzy Kultury” w Lutowiskach

Pierwsze, prawdziwe ekomuzeum bieszczadzkie powstało w 2006 roku w Lutowiskach, z inspiracji grupy inicjatywnej, skupionej przy miejscowym zespole szkół. Ludzie tworzący koncepcję lutowiskiego ekomuzeum to zapaleni społecznicy, którzy mieli już doświadczenie w działalności na rzecz regionu. Fascynowała ich również nieodkryta historia miejscowości, ślady nieznanych obiektów, tajemnicze miejsca o nieznanej przeszłości. Wiedzieli, że przed wojną mieszkały tu trzy, duże społeczności: polska, ukraińska i żydowska. Pozostały po nich nieliczne ślady materialne; te duchowe pragnęli dopiero poznać. Stało się to inspiracją dla nazwy tutejszego ekomuzeum „Trzy Kultury”. Doszli do słusznego wniosku, że te trzy kultury, po tylu latach mogą ponownie ożyć w Lutowiskach jako jedna, spójna całość.

 
Jedna z tablic informacyjnych w ekomuzeum „Trzy Kultury” w Lutowiskach.

Rzeczywiście, ożyła ona w ekomuzeum, a przede wszystkim w nich samych. Poznając przez kolejne lata tą zanikającą już kulturę, odtwarzając ją, zaczęli realizować klasyczną „archeologię doświadczalną”. Poznali świat Bojków – dawnych, miejscowych górali, i klimat galicyjskiego sztetla. Teraz z dumą sprzedają to turystom, jako produkt turystyczny. Zmierzywszy się z historią swojej miejscowości i poznawszy ją, nie tylko teoretycznie, ale i praktycznie (poprzez warsztaty sztuki, muzyczne, kulinarne, spotkania z dawnymi mieszkańcami etc.) mówią o tym, co jest ich - nie cudzą spuścizną. Przygotowali się do tego, aby ja „odziedziczyć”.

By udostępnić najciekawsze obiekty nowotworzonego ekomuzeum wykonano ścieżkę historyczno-przyrodniczą, oznakowaną kolorem niebieskim, która opasuje miejscowość trzynastokilometrową wstęgą. Znajduje się na niej 17 przystanków, na których ustawiono tablice informacyjne, opisujące obiekt, a często ukazujące już nie istniejącą budowlę, która stała niegdyś w danym miejscu. Podczas prac odkryto nie znane dotąd fundamenty synagogi i wiele zapomnianych macew na miejscowym kirkucie, który poddano renowacji. W 2006 roku to ekomuzeum zdobyło pierwsze miejsce w Polsce w ramach prestiżowej, europejskiej nagrody „Heritage Award” w kategorii „Lokalne Inicjatywy na Rzecz Ochrony Dziedzictwa Przyrodniczego i Kulturowego”.
 

Ekomuzeum „Chata Bojkowska” w Zatwarnicy, w gminie Lutowiska

Kolejnym przykładem niezwykle interesującego wcielenia w życie idei ekomuzeum jest ekomuzeum „W krainie Bojków” powstałe w Zatwarnicy i okolicznych miejscowościach, w większości nie zamieszkałych lub słabo zamieszkałych od czasu wysiedleń lat 1944-47.

 
Tablica informacyjna ekomuzeum „W krainie Bojków”.

U zarania tej inicjatywy legł projekt „Chata Bojkowska – Ośrodek Zrównoważonego Rozwoju w Zatwarnicy”, zapoczątkowany w 2001 roku. Jego inicjatorem było Stowarzyszenie Społeczne „Dzieciom Bieszczadzkiej Szkoły w Zatwarnicy”, którego głównym celem było wspieranie bieżącej działalności i rozwoju tutejszej szkoły podstawowej, do której uczęszczało zaledwie kilkanaścioro dzieci i groziło jej zamknięcie. Dzięki działalności tego stowarzyszenia, zagrożenie to zostało zażegnane.

Bojkowską chatę – chyżę, zrekonstruowano po to, by odtworzyć przykład charakterystycznej niegdyś dla wioski zabudowy, z której do dziś nie zachowało się zupełnie nic. Chciano też, aby w obiekcie tym znalazło miejsce centrum życia kulturowego wioski, pracy twórczej, a także ekspozycja i punkt informacji turystycznej oraz sprzedaży pamiątek i miejscowego rękodzieła. Dochód uzyskiwany z organizowanych w „Chacie Bojkowskiej” imprez planowano przeznaczyć na wsparcie działalności szkoły podstawowej. Wytyczono kilka ścieżek dydaktycznych, wiodących po interesujących miejscach w wiosce i okolicach oraz leżących nad miejscowością - wzgórzach.


Chata bojkowska w Zatwarnicy.

Zatwarnica organizuje również rokrocznie znakomitą imprezę kulturową „Bojkowskie Lato”, zainteresowanie którą wzrasta z roku na rok. Ze środowiskiem współpracują również Bojkowie wysiedleni niegdyś z tych terenów. Powstają zatem nowe kontakty i przyjaźnie, tworzą się więzy pomiędzy czasem minionym a współczesnością, pomiędzy pokoleniami, narodami i religiami.
 

Ekomuzeum „Hołe” w gminie Ustrzyki Dolne

Następnym, nie mniej interesującym przykładem tej inicjatywy jest ekomuzeum „Hołe”, znajdujące się w gminie Ustrzyki Dolne. Pomysł jego utworzenia powstał w 2006 roku, w trakcie realizacji przez Ustrzyckie Stowarzyszenie Turystyczne „Bieszczady” projektu „W cieniu kamiennej Laworty – nasza przyszłość w naszych rękach”. Dobrym duchem podjętych działań był niestrudzony, miejscowy społecznik, a zarazem właściciel gospodarstwa agroturystycznego – Roman Glapiak. W latach 2006-7 powstała ścieżka dydaktyczna z 16 przystankami, o łącznej długości 29 km. Obejmuje ona sześć okolicznych miejscowości - podobnie jak w okolicy Zatwarnicy - nie zamieszkałych lub słabo zamieszkałych od czasu wysiedleń sprzed pół wieku.

Najważniejszą imprezą organizowaną tutaj jest cykliczne „Święto chleba - od ziarenka do bochenka”, które przedstawia zarówno proces wypieku chlebów, w tym także lokalnych, jak i bieszczadzki folklor i muzykę nim inspirowaną. W ekomuzeum organizowane są również interesujące warsztaty dawnych, lokalnych rzemiosł. Właśnie z inicjatywy Romana Glapiaka odbyły się już dwukrotnie warsztaty druciarskie. Dzięki temu, wiele osób zainteresowało się tą techniką, która służyła niegdyś głównie do drutowania garnków, obecnie zaś wyrabia się (a właściwie wyplata) w ten sposób wspaniałe, regionalne pamiątki i oryginalne przedmioty użytkowe.
 

Ekomuzeum „W krainie Bobrów” – Orelec, Myczkowce, Zwierzyń i okolice

Niezwykle aktywną i kreatywną społeczność tworzą mieszkańcy Orelca, leżącego w gminie Olszanica. Liderują jej dwie, niezwykłe osobowości, najsłynniejszy, bieszczadzki przewodnik - Stanisław Orłowski oraz muzykolog z wykształcenia, lider zespołu „Tołhaje” - Janusz Demkowicz. Obaj posiadają gospodarstwa agroturystyczne, przy czym ten ostatni świadczy usługi noclegowe w trzech przeniesionych i adoptowanych na potrzeby letników drewnianych chatach. Tworzą one wraz ze stodołą, pochodzącą ze wsi Wesoła (która pełni rolę takiej ludowej świetlicy, w dobrym tego słowa znaczeniu) oraz ruską banią oddzielną „sadybę”, położoną w malowniczej dolinie. Gospodarstwo to, a w szczególności wspomniana stodoła jest miejscem spotkań, koncertów, wystaw, warsztatów, a przede wszystkim degustacji doskonałych, lokalnych potraw. 


Jeden z domów dla turystów Janusza Demkowicza w Orlecu.

Samo ekomuzeum „W krainie Bobrów” otwarte zostało w 2008 roku, obejmując swym zasięgiem Orelec, Myczkowce, Zwierzyń i okolice. Wytyczone zostały ścieżki dydaktyczne, wydano przewodniki i mapy. Przeszkoleni zostali przewodnicy. Ogromy wkład w podnoszenie atrakcyjności tej inicjatywy włożył dyrektor ośrodka Caritas w Myczkowcach ks. Bogdan Janik, który utworzył takie atrakcje jak „Ogród Biblijny”, mini zoo, a przede wszystkim mini skansen miniatur drewnianych cerkwi i kościołów z Karpat po stronie polskiej, ukraińskiej i słowackiej (ok. 200 obiektów), który jest dziś nie tylko jedną z największych atrakcji w tym ekomuzeum, ale i w całych Bieszczadach. Odwiedza go rokrocznie tysiące turystów.


Skansen miniatur w Myczkowcach.

Jakby tego było mało, przed dwoma laty ekomuzeum wzbogaciło się o spory, bo kilkumetrowy „Pomnik Zbója Tołhaja”, wyrzeźbiony w drewnie, inspirowany miejscową legendą. W ostatnim zaś roku utworzono na terenie ekomuzeum „Bieszczadzkie Centrum Nordic Walking”.


Pomnik zbója Tołhaja w Orelcu.

Dopełnieniem oferty są wspaniałe wyroby inspirowane lokalną tradycją – biżuteria łemkowska i bojkowska wykonywana z koralików wielkości ziarenek maku (hardanki, krywulki, sielanki) przez Ewelinę Wyderkę w Orelcu.


Biżuteria łemkowska i bojkowska Eweliny Wyderki z Orelca.

 

Ekomuzeum w Polanie oraz w Rudence, w Hoszowie i Jałowym

Interesujące ekomuzea powstały również w Polanie, w gminie Czarna, „Zielony Cień im. Marii Czerkawskiej w Rudence”, w Hoszowie i Jałowem w gminie Ustrzyki Dolne. Sukcesywnie organizują się kolejne tego typu inicjatywy.
 

Ekomuzeum w Bandrowie Narodowym

Szczególnie warte podkreślenia jest to, powstałe w Bandrowie Narodowym. Jest to właściwie ekomuzeum, które funkcjonuje od wielu lat, a dopiero teraz przekształca się w nie formalnie. Jest to wioska dysponująca niezwykle twórczą, dobrze zorganizowaną i spontaniczną społecznością, na której czele stała zmarła tragicznie w 2009 roku Lucyna Zawadzka, właścicielka jednego z gospodarstw agroturystycznych, a przy tym niezrównana animatorka kultury i lokalnych działań.

Wieś tą zamieszkują obecnie ludzie przybyli tu z różnych stron Polski. Przed II wojną światową była zamieszkiwana przez greckokatolickich, ukraińskich Bojków, a w przysiółku Kolonia zamieszkiwali ewangeliccy Niemcy, mieszkający tutaj od czasu tzw. „kolonizacji józefińskiej”. Lokalna społeczność nie tylko zadbała o pamiątki po materialnej kulturze dawnych mieszkańców wsi, ale też stworzyła zespół występujący w miejscowych strojach bojkowskich odtworzonych z dużą starannością. Zespół wykonuje lokalne piosenki polskie, ukraińskie, a nawet niemieckie, gdyż mieszkańcy Bandrowa nawiązali kontakty z wysiedloną ludnością, zarówno na Ukrainie, jak i w Niemczech.


Gospodynie z Bandrowa w wykonanych własnoręcznie strojach.

Pozwoliło im to na lepsze poznanie dziejów i kultury swój miejscowości, a jednocześnie stworzenie przyjacielskich więzów, które zabliźniają wojenne i powojenne traumy. Co więcej, odrodzenie miejscowego folkloru i tradycji oraz przywrócenie lokalnych rzemiosł, w szczególności wikliniarstwa, bibułkarstwa, a także produkcji miodów pitnych, spowodowało, że wieś stała się znacznie atrakcyjniejszą dla turystów.
Organizowane są tu również „Koszykalia” – impreza nawiązująca do „wikliniarskiego” klimatu wioski, prezentująca zarówno miejscowy folklor, jak i rzemiosło.


Wiklina z Bandrowa.

Zintegrowany produkt turystyczny – Szlak Ikon

Ekomuzea, to nie jedyny przejaw odradzania się potrzeby czerpania inspiracji z miejscowej kultury i historii, głównie dla potrzeb przemysłu turystycznego, ale nie wyłącznie. W wyniku działalności lokalnych środowisk powstały interesujące szlaki kulturowe. Niektóre z nich stały się już zintegrowanymi produktami turystycznymi. Najważniejszy z nich to zapewne „Szlak Ikon”, którego historia rozpoczęła się w latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia w Sanoku, od idei profesor Danuty Ptaszyckiej-Jackowskiej.

 
Tablice informacyjne na Szlaku Ikon.

Dziś, dzięki działalności Bieszczadzkiego Towarzystwa Cyklistów z Ustrzyk Dolnych, Szlak obejmuje już niemal cały obszar Bieszczadów i Pogórza. Jego głównym walorem jest architektura cerkiewna, zwłaszcza drewniana oraz największe zbiory ikon cerkiewnych, znajdujących się w Muzeum Historycznym i Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku. Zainteresowanie tą tematyką szybko wzrastało, podobnie jak moda na drewnianą architekturę i ikony. Obecnie, w regionie istnieje bardzo wiele pracowni tworzących ikony i sztukę nimi inspirowaną.


Współczesne ikony.

Większość jest licznie odwiedzana przez turystów a ich dzieła cieszą się dużą popularnością. Najbardziej znani twórcy ikon w Bieszczadach to m.in. Zdzisław Pękalski, Janina Krogulecka, Adam Przybysz, Jerzy Wojtowicz, Jadwiga Denisiuk, Alicja Stodolak, Teresa Goździecka i inni. Większość z w/w stara się wiernie odtwarzać lokalne malarstwo ikonowe, natomiast Zdzisław Pękalski jest raczej przedstawicielem nurtu inspirującego się tą sztuką, zaś tworzącym według własnej koncepcji autorskiej.


Krywulki z Komańczy.

Oprócz wykonywania ikon na drewnie, powstają również wspaniałe, wyszywane ikony, których największy zbiór posiada Pani Daria Boiwka w Komańczy, właścicielka niewielkiego, prywatnego muzeum łemkowskiego, w którym oprócz wspomnianych ikon, możemy zobaczyć największy w regionie zbiór oryginalnej biżuterii łemkowskiej – krywulek, podobnych do wielkich kołnierzy zakładanych na bluzkę, wykonanych z malutkich, wielobarwnych koralików wielkości ziarenek maku, nanizanych na liczne, splecione sznurki, tworzących bardzo gęstą, niemal jednolitą płaszczyznę. Są w zbiorach pani Darii także i inne przykłady oryginalnej, łemkowskiej biżuterii. Można tu również zobaczyć autentyczne stroje Łemków komańczańskich z XIX i XX wieku.


Muzeum Darii Boiwki, Komańcza.

Wracając do ikon, są one wykonywane obecnie także na dużych, płaskich kamieniach, co przywodzi trochę na myśl bizantyjskie mozaiki. Ostatnio następuje również stopniowe powracanie do dawnej techniki wykonywania ikony na szkle. Produkty te cieszą cię dużym zainteresowaniem przyjezdnych, którzy chętnie je nabywają. 


Ikony na kamieniach.

Nie tylko ikony inspirują bieszczadzkich twórców, ale też same cerkwie. Coraz częściej są one tematem obrazów, akwarel, rysunków, miniatur, płaskorzeźb itp., wykorzystywanych szczególnie w pamiątkarstwie.

Odradza się hafciarstwo, które coraz częściej sięga do tradycyjnych, miejscowych, geometrycznych wzorów i kolorystyki. Po samym „Szlaku Ikon” oprowadzają również przewodnicy, zaś w większości obiektów jest to już na tyle dobrze zorganizowane, że osoby zarządzające świątyniami udostępniają je zwiedzającym, za co ci pozostawiają niewielkie datki na rzecz obiektu.

W sezonie w obiektach atrakcyjnych i dostępnie zlokalizowanych są nieraz rzesze turystów. Cerkwie zwiedzać można w ramach wycieczek tematycznych, na wybranych odcinkach, jako „Szlak Ikon”, lub też kilku wybranych, podczas wycieczek ogólno- krajoznawczych. Jest to aktualnie produkt będący w stałej ofercie wszystkich bieszczadzkich touroperatorów [ang. tour – wycieczka/ organizator turystyki].

Uświadomienie wartości poszczególnych obiektów oraz zainteresowania turystów przyczyniło się do poczucia większego związku miejscowej społeczności z tymi zabytkami, najczęściej pozostałymi po poprzednich mieszkańcach. Jest to przykład zrozumienia potrzeby poszanowania kultury i zabytków, jako uniwersalnego dobra wspólnego, przynależnego wszystkim, zarówno dawnym, jak i obecnym mieszkańcom regionu. Zrozumienia, że jest to zarówno „ich”, jak i „nasza” świątynia.

Oczywistym zaś wydaje się stwierdzenie, że posiadanie atrakcyjnego zabytku w swojej wiosce zwiększa atrakcyjność turystyczną samej wioski, a co za tym idzie dochody jej mieszkańców, działających w usługach turystycznych lub okołoturystycznych, w mniejszym lub w większym stopniu.
 

Sanocki Jarmark Ikon

Na koniec tych rozważań wspomnieć należy o organizowanym przez Sanok cyklicznym „Jarmarku Ikon”, który przyciąga rzesze zarówno artystów i wystawców, jak i odwiedzających i kupujących. Zobaczyć i nabyć można tu nie tylko ikony, ale także wszelkie inne obiekty regionalnej sztuki, rękodzieła oraz kulinaria.


Łyżkarz na Jarmarku Ikon.
 

„Szlak Przygód Dobrego Wojaka Szwejka”

Z innych, ciekawych szlaków kulturowych, znakowanych przez Bieszczadzkie Towarzystwo Cyklistów wymienić należy: „Szlak Przygód Dobrego Wojaka Szwejka”, nawiązujący do „pobytu” bohatera haszkowskiej powieści na naszych terenach. Na wyznakowanym szlaku pieszym i rowerowym możemy spotkać takie obiekty jak: „Restauracja u Szwejka”, gospodarstwo agroturystyczne „Wesołe Szwejkowo”. Organizowany jest rokrocznie międzynarodowy rajd rowerowy ze Lwowa, przez Przemyśl, Bieszczady, Słowację na Węgry. Organizowane są liczne imprezy w „szwejkowym” klimacie – szczególnie w Przemyślu, ale też w Sanoku, gdzie odbywa się co roku „Ogólnopolski Zlot Miłośników CK Monarchii” itp. Największą bodaj atrakcją szlaku jest sanocka ławeczka ze Szwejkiem, rokrocznie odwiedzana przez tysiące turystów, którą odsłonięto w 2003 roku. Kilka lat później atraktor Józefa Szwejka pojawił się również w Przemyślu.


Pamiątki ze Szwejkiem.

„Szlak Nadsańskich Umocnień”

Innym, ciekawym szlakiem kulturowym, powstałym w wyniku inicjatywy oddolnej jest „Szlak Nadsańskich Umocnień”, wykorzystujący pozostałości tajemniczych umocnień tzw. „Linii Mołotowa” i Umocnionego Odcinka Granicznego „Galicja”. Do niedawna były one kłopotliwym elementem krajobrazu, teraz zaś stały się atrakcją turystyczną, na którą popyt sukcesywnie wzrasta. Na szlaku tym są również organizowane rekonstrukcje historyczne, odtwarzające wydarzenia z tamtego okresu, które cieszą się również dużym zainteresowaniem. Podobnie rozwija się inicjatywa wykorzystywania historii bieszczadzkiego zbójnictwa, która przejawia się m.in. we wspomnianym już pomniku zbója Tołhaja w Orelcu, czy coraz częstszych imprezach nawiązujących do tego klimatu.

Szlak „Prawem i Lewem”

W ostatnim roku, muzeum historyczne wytyczyło również szlak „Prawem i Lewem”, nawiązujący do dziejów najsłynniejszych kondotierów polskich XVII stulecia, pochodzących z tych terenów, jak Jacek Dydyński, lisowczycy, oraz wydarzeń historycznych z tego okresu, ciekawych i oryginalnych, zaś bardzo mało znanych.

Doskonale wpisuje się w tę ideę „Kozacki Chutor” - stylizowany ośrodek wypoczynkowy ze stadniną koni w Łukowem, nawiązujący m.in. do wzmiankowanego w źródłach oddziału kozaków, stacjonującego w ziemi sanockiej dla ochrony granicy z Węgrami, zagrożonej przez zbójnictwo. Obiekt otwarty został w 2011 roku. Na szlaku tym planowana jest również organizacja wielu imprez tematycznych.

Z innych, ciekawych tego typu inicjatyw wymienić należy: „Szlak Przemysłu Naftowego” – wiodący przez wiele miejscowości, w których liczne są do dziś pozostałości dawnych kopalń ropy naftowej, czy koncepcja „Szlaku Podkarpackich Winnic”. Wprawdzie najwięcej upraw winorośli powstaje w rejonie Jasła i Krosna, ale funkcjonuje także prywatna winnica pod Sanokiem (w Olchowcach), a w Sanoku działa duży skład (piwnica) win węgierskich z rejonu Matry, dojrzewających i rozlewanych w butelki właśnie tutaj. Można zwiedzać ten obiekt, degustować na miejscu i zakupić gotowy produkt. Obiekt ten prowadzi lokalny przedsiębiorca Wiesław Jarosz.


Wina z piwnicy Wiesława Jarosza.

Pozostając w tematyce kulinarnej, podkreślenia godnym jest fakt podejmowania coraz liczniejszych prób przywracania regionalnego charakteru miejscowej kuchni. Wzrasta popyt na tradycyjne bojkowskie i łemkowskie receptury, a coraz więcej obiektów gastronomicznych i gospodarstw agroturystycznych serwuje przynajmniej jedną taką potrawę. Trzeba niestety stwierdzić, że jak na tak duży region ich liczba jest niezwykle mała i często spotyka się w menu nieśmiertelny „Placek po bieszczadzku”, który ma tyle wspólnego z Bieszczadami, co Izba Lordów z izbą wytrzeźwień – jak mawiał pewien nie żyjący już miejscowy regionalista.


Wypieki obrzędowe na wystawie gminy Sanok.

Ciekawym zjawiskiem jest wyrób lokalnych, wyśmienitych miodów pitnych, z których na czoło wysuwają się produkty z pasieki Zbigniewa Greli w Bandrowie Narodowym, miejscowości wspomnianej już przy opisie ekomuzeum.


Miody pitne z Bandrowa.

W odradzającym się gównie na potrzeby turystyczne lokalnym rzemiośle dominuje również bibułkarstwo, głównie za przyczyną Andrzeja Kusza - agrogospodarza z Bóbrki, którego talent i pasja „zaraziły” niemal całe Bieszczady. Bibuła jest także „specialite de la maison” [franc. specjalność domu] tego gospodarstwa agroturystycznego.

Takie właśnie „agroturystyczne gospodarstwa z duszą”, z których każde ma indywidualny genius loci [łac. duch opiekujący się jakimś miejscem], stają się szczęśliwie coraz częstszym zjawiskiem w tym regionie i wygrywają konkurencję o turystę.

Liczne są też pracownie garncarskie połączone z agroturystyką, jak „Carpe diem” Jankowce, czy galerią sztuki - „Galeria Barak” w Czarnej.

Wielu jest artystów rzeźbiarzy, pracowni gobeliniarskich itd. Powstaje coraz więcej zespołów wykonujących muzykę dawnych górali bieszczadzkich – Bojków i Łemków, co znajduje duży popyt wśród przyjezdnych.

 

Bieszczadzki Zespół Architektoniczno – Przyrodniczy przy Fundacji Bieszczadzkiej

Dużym problemem jest chaos i bezstylowość w powojennej architekturze regionu, czemu od lat przeciwdziała Fundacja Bieszczadzka: www.fundacja.bieszczady.pl, a w szczególności działający przy niej Bieszczadzki Zespół Architektoniczno Przyrodniczy. Dużą rolę odgrywa tu Arkadiusz Kryda, utalentowany architekt, zarazem pracownik Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku, który opracował wiele projektów architektury nawiązującej do tradycji bojkowskiej, i który promuje te rozwiązania od lat.

Fundacja Bieszczadzka zresztą od początku swego istnienia inspiruje i wspiera wszelkie inicjatywy, których celem jest zachowanie i właściwe wykorzystywanie dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego Bieszczadów. Jej członkowie inspirowali i współtworzyli wiele działań w regionie i w zasadzie niemal w każdej inicjatywie można dostrzec ich wyraźny udział. Fundacja wspierała, przeprowadzała i finansowała szereg prac związanych z inwentaryzacją walorów przyrodniczych i kulturowych (kultury materialnej i duchowej) regionu, udostępniając je zainteresowanym środowiskom. Jej członkowie dokonywali licznych opracowań tematycznych dla m.in. powstających ekomuzeów. Fundacja organizowała również wsparcie finansowe dla wielu kreatywnych środowisk, włącznie z przyznawaniem grantów na szereg działań lokalnych, w tym związanych z ekomuzeami. Wprowadziła również system certyfikacji obiektów turystycznych, funkcjonujących w rejonie jej działania. Inspirowała powstawanie ekomuzeum również poza terenem Bieszczadów (Frysztak, Zarszyn, Rakszawa), przeprowadziła szereg warsztatów i szkoleń o charakterze regionalnym – kulinaria, rzemiosło, sztuka, tradycja, etc. Działania te były szczególnie ważne, potrzebne i zarazem trudne, gdyż w przeciwieństwie do wielu innych regionów kraju, z powodu licznych zmian etnicznych, o czym była mowa wcześniej, zbieranie dorobku kulturowego w jedną całość, było zadaniem wyjątkowo niełatwym, z którym częstokroć poszczególne środowiska nie były sobie w stanie poradzić (np. gdy w wiosce nie mieszka już ani jeden autochton, zniszczeniu uległy zabytki kultury materialnej, nie zachowała się żadna, ogólnodostępna dokumentacja).

Fundacja podejmuje także szereg działań mających na celu promocję regionu, jako miejsca atrakcyjnego turystycznie, poprzez udział w targach, organizację studtourów [ang.tour – wycieczka/wyjazdy poznawcze], reklamę w mediach, wydawnictwach branżowych, publikacje własne etc.
 

Podsumowanie – ochrona dziedzictwa kulturowego wsi w Bieszczadach

Czas zatem na podsumowanie. Na czym polega fenomen kulturowy bieszczadzkiej wsi? Przede wszystkim na tym, że to, co dzieje się tutaj w ostatnich dwóch dekadach, bez wątpienia pod silnym wpływem przemysłu turystycznego, to odradzanie się dawnej kultury tych gór w nowym społeczeństwie, całkowicie dziś różnym etnicznie i religijnie od tego, które odeszło.

Mieszkańcy tych stron tworzą nową kulturę, wynikającą z własnych przeżyć i doświadczeń, ale inspirowaną starą, zakorzenioną przez lata tradycją. W ten sposób uratowana została zerwana niegdyś ciągłość historyczna, a kultura ludowa może rozwijać się ponownie, nie jako zupełnie nowy, sztuczny twór, ale jako kontynuacja, a zarazem wypadkowa wiedzy, doświadczeń i tradycji ludzi tu urodzonych i przybyłych w te góry z różnych krańców Polski, a nawet świata.

Autor żywi niepłonną nadzieję, że za kolejne dziesięć, dwadzieścia lat będzie można mówić śmiało o unikalnej kulturze regionu bieszczadzkiego, a nie o żenującej namiastce „Dzikiego Zachodu” w Polsce Wschodniej. Nadzieja ta jest o tyle uprawniona, że obserwowany obecnie entuzjazm, z jakim społeczność bieszczadzka kreuje swoje otoczenie, pozwala wierzyć, że tak kreatywne i otwarte, a przy tym konsekwentne społeczeństwo jest skazane na sukces.

Zdjęcia: autor

***

2 komentarzy

  • Janusz

    [(Kolonia Kazimierzówka_ 1943*) Lucyna Wiesława Zawadzka (Łacik/ Glinka) z domu Hunek (+2009_ Brzozów)]
    Dzieci nie miała.

    Janusz wtorek, 06, marzec 2018 11:05 Link do komentarza
  • Basia

    To ja byłam trzy dni w Orelcu a nic tak naprawdę nie zobaczyłam, bo nie wiedziałam! Niewiedza boli... dobrze, że powstała ta strona

    Basia czwartek, 26, luty 2015 13:39 Link do komentarza

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx