Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

"Nie pochwalam dawnego". Wspomnienia kobiet wiejskich Wyróżniony

„Rola przeorana, dom piękny” to jedna z trzech części dzieła pt. „Wspomnienia kobiet wiejskich”. „Wspomnienia” zawierają pamiętniki i listy nadesłane na konkurs ogłoszony w 1970 roku przez Instytut Rozwoju Wsi i Rolnictwa Polskiej Akademii Nauk, Centralny Związek Kółek Rolniczych, Radę Główną Kół Gospodyń Wiejskich, CRS „Samopomoc Chłopska” oraz fachowe czasopisma rolnicze. Na konkurs nadesłano 1200 prac. W trzech tomach: „Rola przeorana, dom piękny”, „Czyste wody moich uczuć” i „Być w środku życia” opublikowano 56 wspomnień.

Jak pisała redaktorka „Wspomnień” Eugenia Jagiełła-Łysiowa zebrany materiał pamiętnikarski stanowi bogate źródło wiedzy o mechanizmach dojrzewania kobiet żyjących na wsi, zmianach w sposobach pracy, kształtowaniu się stosunków w rodzinie, w wychowywaniu dzieci, w spełnianiu przez nie zarówno tradycyjnych, jak i nowoczesnych zadań, stojących przed gospodarstwami i rodzinami chłopskimi.

Za zgodą wydawnictwa „Książka i wiedza” publikujemy kilka najciekawszych według nas pamiętników. Zapraszamy do lektury!

***

 pranie w rzece 1

Powyżej: kobiety piorące w rzece [1937 r.]. Narodowe Archiwum Cyfrowe.

***

Gospodyni z Lubelszczyzny, ur. w 1905 r. pamiętnik nr 867.

Urodziłam się 19 stycznia 1905 r. w chałupie mojego dziadka, bo mój ojciec dopiero po 7 latach, jak się ożenił, dostał od swojego ojca część majątku, jaka tam na niego przypadała, postawił sobie chałupę i poszedł na swoje.

Mój ojciec pochodził z licznej rodziny, bo było ich dziesięcioro żyjących, a ojciec był najstarszy, więc musieli oboje pracować przez siedem lat na młodsze rodzeństwo. ja prawdopodobnie urodziłam się za 3 lata po ślubie, a siostra najmłodsza mojego ojca była tylko o parę miesięcy ode mnie starsza, ale była moją ciotką. Razem żeśmy się bawiły, ganiały, biły itd. Mnie lepiej było, bo ja miałam szmaciane lalki, które mi mama uszyła. Była jedna duża, to był ojciec, mniejsza to była matka, a ze cztery małe to były dzieci. Ta mała ciocia Adelcia, bo tak jej było na imię, bardzo mnie lubiła i była mi wdzięczna, że jej pozwalam bawić się tymi lalkami, a ja byłam dumna, że mam te lalki. Nasze inne zabawki to były stare pudełka po pomalinie — bo tak się nazywała jak teraz pasta — kasztany nazbierane w jesieni, stare guziki —to były nasze pieniądze drobne, a cięte papiery — to były już grubsze. A jakie były naczynia? Dziurawy kubek. Z dyni robiliśmy miski, z patyków łyżki, z kartofli wyrabialiśmy kieliszki i wiele takich rzeczy, co się już zapomniało, ale to była wspaniała gospodarka. Tańczyliśmy z kijami, bo nieraz bawiliśmy się w wesele i na jarmark żeśmy szli co kupić, w ogóle naśladowaliśmy starszych, i tak dzieciństwo szło.

W 1908 roku przyniósł mi bocian braciszka. Na początku byłam bardzo uradowana, że mam braciszka, chociaż bym wolała siostrzyczkę. Ale mnie babka pocieszała, że mi jeszcze bocian przyniesie. No i musiałam czekać.

Kiedy tylko widziałam bociana, to krzyczałam, żeby mi przyniósł siostrzyczkę, ale już nie przynosił. Ale w chałupie się zmieniło, bo mama musiała pójść z nami do alkierza. To było drugie mieszkanie, tylko trzeba było przejść przez dziadkowe. Tak – to wszystko było po staremu. Starsi jedli z jednej miski na stołkach, a ja i ciocia, i mały stryjek na ziemi, bo nie było podłogi.

Jednego razu mama kazała mi pilnować braciszka, że jak będzie płakał, to żeby ją wołać, bo wszyscy poszli do roboty w pole do krów paść, a mama musiała obrządzać. Więc siedzę i słucham czy nie płacze. Ale patrzę, a mój braciszek jest owinięty w moją chustkę, którą dostałam od swojej chrzestnej. Nie namyślając się wiele ściągnęłam z łóżka na stołek, rozwinęłam go, chustkę zabrałam, a jego położyłam na ziemi, bo bałam się, żeby nie zleciał i się nie zabił, bo mi było go żal. Ale chustka to było coś droższego. Była czerwona, miała taką piękną, kratkę żółtą i szarą; ciotka takiej nie miała. Kiedy wróciła, to dziecko darło się co sił, a ja, mając chustkę, poszłam do lusterka przeglądać się, a o Józiu zapomniałam zupełnie. Dopiero się przelękłam, jak zobaczyłam mamę. Nie mogę powiedzieć, że mnie biła, ale mi tyle nagadała, natłumaczyła, że mogłabym go przełamać, przeziębić, bo to ziemia jest zimna. Mówi: — Ty masz krzywe nogi, Adelcia ma krzywe nogi, bo siadacie na ziemi. Ja się rozpłakałam, bo rzeczywiście miałam krzywe nogi i mam do dzisiaj nie najprostsze. Ale po co było mi zabierać moją chustkę, i to jeszcze prezent od chrzestnej?

Kiedy mój braciszek miał już ze 4 miesiące, to dla mnie życie się zmieniło. Moja ciotka bawiła się moimi lalkami, a ja musiałam siadać w nogi w kołyskę i hyhrać, aż kołyska mało się nie wywracała, bo nie chciał spać bez kołysania. A nieraz to i ja zasnęłam na jego nogach.

A ile było radości, jak mi mania kazała polecieć się bawić! Nie wiedziałam, co mam robić: czy się bawić lalkami, czy w chowanego, czy się ganiać? Ale raczej wolałam się ganiać, bo lalki to mi się wydawały żywe dzieci, które trzeba kołysać w pudełku, a nie bardzo już mi się chciało kołysać. Nie powiem, bo mi czasami ciotka towarzyszyła, ale to rzadko. Wolała bawić się z dziećmi innymi, a ja musiałam. Płakałam nieraz, ale co było robić? Widziałam, jak mama też nieraz całowała mnie i płakała, jak nie było nikogo w mieszkaniu, a nieraz w nocy słyszałam, jak płakała i mówiła: — Słuchaj, Michał! Czy nas Pan Bóg już nigdy nie wybawi z tej katorgi? Ale ja nie rozumiałam, co to znaczy. Spałam blisko łóżka na stołkach i na zgrzebnym sienniku. W 1909 r. mój braciszek zaczął chodzić. Miał też krzywe nogi, brzuszek duży, ale był ładniutki na buzi, tak że go lubiłam, chociaż nieraz dałam mu szturchańca, bo wszędzie się przyczłapał, wszystko ruszył; co było pod ręką, to było jego, tak że nie można go było na moment zostawić samego. A rodzice musieli iść do roboty, bo było co robić, gospodarka była duża, 50 mórg, a to wszystko żęli na sierpy, kopali motykami, młócili cepami, tak że w zimie to mało co ojca widziałam w chałupie, tylko kręcił kijem nad głową z młodszymi braćmi. Sieczkę dla bydła, obrok dla koni trza było rżnąć rękami, bo nie było kieratu jeszcze wtenczas. A bydła było kilkanaście sztuk, parę i ogier. Przyjeżdżali gospodarze z kobyłami, nas, małych, zaganiała mama albo babcia do alkierza, nie było okna na podwórze i nic nie mogliśmy zobaczyć, po co przyjeżdżają. Babcia to mówiła, że chcą kupić małe źrebiątko, a mama to krzyczała, że na co nam wiedzieć mamy lalki, to powinniśmy się bawić, a nie trza być ciekawą.

To mnie jeszcze większą pędziło ciekawość, ale posłuch musiał być. Bo inaczej to pasy od ojca, jakby się nie posłuchać mamy. Bo co prawda mamy się nie bałam, ale ojca to jak ognia, bo musiało tak być jak on chciał. Nie pamiętam mu tego, bo już nie żyje, ale naprawdę nieraz to wcale nie miał racji, ale tak musiało być.

W 1910 roku poszliśmy do swojej chałupy. Rodzice byli tacy uradowani, rozmawiali swobodnie, nie szeptem, ale ja nie mogłam pojąć, czego, bo mnie to aby cieszyła ziemia, taka równiuteńka, żółciuteńka, że aż się chciało biegać. Mebli nie było, tylko łóżko, stół, 2 ławki, i do ściany przybita była półka — to był cały kredens. Dla mnie tej radości to było krótko, ziemia się powyrypywała kosiorami od kołyski, sczerniała za tydzień i po wszystkim. Ale przykrzyć — to mi się przykrzyło bardzo, co dzień płakałam i chciałam iść do dziadka, a najbardziej do ciotki, chociaż ona często przychodziła do mnie, a ja mało, bo musiałam brać Józia, a on mi dokuczał. A to zrobił siku, a to co więcej. Tak że wolałam być w domu niż się tam mordować. A był silny, wysoki a ja byłam mizerna, drobna, mała, nie mogłam mu nieraz dać rady.

Długo nie mogłam się przyzwyczaić do takiej pustki, jaka panowała w tym nowym domu, bo u dziadka zawsze było gwarno. (…)

W tym samym roku 1910 przyniósł mi bocian drugiego braciszka. I znów musiałam kołysać, bawić i tego małego, a było mu Franek, i pilnować tego starszego jeszcze gorzej. Bo mały jak był niegłodny i nie miał za bardzo mokro, to spał jak go kołysałam. A ten to pchał się do kołyski, a to chciał mu oczy wyjmać, a tu mu w buzię pchał jakie papiery, a to gałganem nakrywał go z głową rąk że raz mało nie udusił. Ale co było robić? Nie miał kto, trza było mnie się mordować. Nie było nic do gadania.

- Jesteś najstarsza - mówiła mama - to trzeba pomagać; sama się nie rozerwę, żebym mogła wszystko zrobić i was bawić. Bawcie jedno drugiego.

Bawienie, kołysanie to jeszcze nic, ale jak mial 2 lata i jeszcze nie chodził, lekarz kazał mu siedzieć w gorącym piachu po pas. To dopiero była dla mnie męczarnia! miał też krzywe nogi, brzuch duży, był ciężki jak kloc, ale z piachu wyłaził na czworaka i darł się, aż się rozlegało. I ja też często płakałam, bo nie mogłam mu dać rady. My, starsze, chociaż z krzywymi nogami, ale byliśmy żwawe. Ja podobnież chodziłam za rok, Józio za rok i coś tygodni, a ten niezdara chodził za 4 lata, a przez ten czas trza było się z nim mordować.

W chałupie też była bieda, niedostatek. Dostatek był u bogatych, ale ich we wsi było może trzech, a tak to prawie wszędzie było jednakowo: dzieci miały krzywe nogi, a na głowie kołtunki, bo my tożeśmy chociaż tego świństwa nie mieli.

Nie zawsze wszystko dobrze się układa. W 1911 r. piękny był dzień, słonko grzało, bo był maj, ojca nie było w domu, mama została z Frankiem, a nam kazała trocha polatać. My dawaj lecieć do babki, do Adelci, bo z nią prawie najlepiej żeśmy się bawili. Poszliśmy do stodoły i dawaj skakać z belki w zapole, gdzie było trochę słomy. Józio skakał z drabiny nie bardzo wysoko, ale skakaliśmy dość długo. Później sprzykrzyło nam się skakanie, dawaj się ganiać, aż żeśmy poustawali. Poszliśmy w sad, pokładli żeśmy się na ziemi i odpoczęli. Przyszliśmy do domu, Józio zaraz chciał spać – na drugi dzień nie wstał, gorączka ogromna, ale nikt nie mierzył, bo nie miał czym. Trza jechać do lekarza. Pojechali. Doktor powiedział, ze jest przeziębiony, dał jakieś smarowanie, kazał naparzyć kwiatu lipowego i więcej nic. Na drugi dzień nic nie lepiej, na czwarty jeszcze gorzej, ale sąsiadki mówiły, że się choroba przesila. Ale znów pojechali do doktora innego, bo może się tamten nie poznał, do Lublina, a z Michałowic do Lublina daleko, bo moja wioska Michałowice.

Doktor powiedział, że za późno, zapalenie płuc, nie ma ratunku. 6 czerwca Józio zmarł. Płakaliśmy wszyscy, mama chodziła co niedziela do Rębowa, bo tam była parafia, chodziła na cmentarz i na wieczór dopiero wracała do domu. Ja też chodziłam jak głupia, bo rzeczywiście nie byłam mądra.

Na Przemienienie Pańskie, to jest 6 sierpnia, pojechaliśmy na odpust do Rębowa – a z Michałowic do Rębowa 10 km – poszliśmy na cmentarz. Ja płakałam, prosiłam ojca, żeby Józia odkopał i zabrał do domu, bo mi się bardzo przykrzyło. Wtenczas dopiero zaczęłam pojmować jaki on był dobry, miły, kochany i drogi. Zdawało mi się, że już bym go nigdy nie uderzyła, nie przezwała, wszystko bym mu dała, żeby tylko wstał, ale niestety próżne były moje myśli i marzenia. Chociaż ten smutek podziałał na mnie dużo, Franusia pilnowałam jak oka w głowie, bo mi się zdawało, że też może umrzeć. A o sobie to nigdy nie myślałam, że umrę.

Ale w małym wieku prędko się wszystko zapomina, bawiliśmy się nazad wesoło, lataliśmy, ale mieliśmy i smutek, umierały nam lalki, chowaliśmy ich, robiliśmy im mogiłki, stawialiśmy krzyże, sadziliśmy kwiaty, modliliśmy się za ich dusze, bo nie wiedziałam, że one nie mają – taka byłam głupia. Ale i moje koleżanki nie były mądrzejsze ode mnie, bo kiedyś naprawdę była głupota i ciemnota na wsi. Ale nie można się dziwić, nikt nie umiał czytać ani pisać, żyło się jak buraki w dole.

Odróżniał się pan dziedzic i jego dzieci, i służba pokojowa, bo fornale i czeladź to też nie mieli rozkoszy. Musieli iść o wschodzie słonka i pracować do zachodu, a mieszkali w tych czworakach jak w chlewie, ale co było robić, trza było się dobrze starać, żeby dziedzic nie odprawił.

Rok 1912 był bez żadnej tragedii. Wyszła za mąż najstarsza siostra mojego ojca, a moja ciotka. A ja nie moglam pojąć, dlaczego ona zawsze płacze. Jeszcze przed ślubem przychodziła do mojej mamy i płakała, ze sobie śmierć zrobi, bo wcale nie ma serca do tego kawalera. A kawaler był bogaty, jedynak, więc dziadek ją zmuszał. Ale mnie to nic nie obchodziło, obie z ciotką Adelcią wyglądałyśmy wesela. No i doczekaliśmy się w zapusty. Mróz może 30°, a ciotka jedzie do ślubu do Rębowa. Przyjechały furmanki na saniach, muzykanty grają, a ciotkę co wsadzą na sanie, to ta płacze i ucieka do komory. I tak uciekała dwa razy, ale ja myślałam, że to należy do obrzędu weselnego, bo widziałam, jak wiły rózgę. Starszy drużba dwa razy przynosił koślawe kije, dopiero za trzecim razem przyniósł właściwą rózgę. Ale za trzecim razem, jak ciotka uciekła, poszedł dziadek za nią do komory i już więcej nie uciekała. Wyszła bardzo zapłakana, aż mnie się na płacz zbierało, ale muzyka grała, weselni tańczyli, prędko zapomniałam o płaczu. Wesele było huczne, bo tak słyszałam od sąsiadek, jak z mamą rozmawiały.

Na wiosnę w tym samym roku, co ciotka wyszła za mąż, powstała taka potajemna szkoła. Przyjeżdżał taki pan z Lublina dwa razy na tydzień, a czasami trzy razy na tydzień i do dziadka do tego alkiera, gdzie my żeśmy byli, schodziły się takie stare kawalery, a nawet i żonate, jak kto chciał płacić. Bo jak nie płacił, to się nie uczył. Ale musiała być warta, żeby strażniki nie zjechały, bo była duża kara i więzienie. Mój ojciec często trzymał tę wartę, za to go nauczył ten pan podpisać się i trochę drukowanego. Pamiętam, raz ojciec nam kazał z ciotką pilnować, że jak będzie kto obcy szedł albo jechał, to żeby dać znać do tego alkierza tym chłopom. Pilnujemy, ale ciotka mówi: Patrz, jadą, we trzech! — i dawaj pędzić dawać znać. Nie mogę sobie do dzisiaj wyobrazić, że w minucie czasu wszyscy gdzieś znikli i nauczyciel z nimi. Ale okazało się, że jechały Żydy do dziadka za jałówką, a my tyle żeśmy narobiły strachu.

W 1913 r. ożeniło się dwóch stryjków nie było to mnie nic ciekawego, bo żenili się daleko, nijakich obrzędów nie było. Odbywały się u panny młodej. W lutym żeniły się stryjki, a 13 marca jeszcze bociany nie przyleciały, przyleciała maleńka siostrzyczka Kasia. I znów trza było kołysać.

Ale tak długo nie kołysałam. 3 listopada 1913 r. powstała prawdziwa szkoła. Pan dziedzic Chacięcki Piotr odstąpił 2 pokoje i tam zaczęłam chodzić do szkoły. Ale nie wszystkie moje koleżanki chodziły. Kto opłacał nauczyciela, ten posyłał swoje dziecko a kto nie chciał, przymusu nie było. Mój ojciec się godził na tę opłatę i żebym chodziła. A mama płakała, że jestem mała, zimno będzie w zimie, mogę się przeziębić. Ale ja, jak mama nie widziała, łapałam ojca za szyję całowałam, żeby mnie posłał do tej szkoły. Ojciec powiedział, że będę chodziła, bo nie muszę być takim głąbem jak mama, co się podpisać nie umie ani nie zna żadnej litery.

Chodziłam do szkoły bardzo zadowolona, nie przeziębiłam się, a nawet byłam jeszcze zdrowsza jak w chałupie z tymi dziećmi. Nauczyciel był chłopski syn, Jan Krawczyk z Gościnnego. Był bardzo srogi, bałam się go jak nie wiem kogo.

Chociaż ja nigdy nie dostałam, ale widziałam jak brał przeważnie chłopaków, kładł na krzesło i bił takim harapem albo w łapę. Uczył nas rosyjskiego i polskiego. Pisaliśmy na tabliczce rysikiem; zeszytów w pierwszym oddziale nie było.

W 1914 r. maju skończyłam pierwszy oddział. Bo nikt nie mówił: klasa, tylko oddział, nawet napis nad drzwiami był „Czterooddziałowa szkoła w Michałowicach”. Skończyłam z wynikiem bardzo dobrym, dostałam książkę od pana Chacięckiego, bo on był inspektorem i nas egzaminował. Ja musiałam rozwiązać zadanie z rachunków na tablicy, przeczytać czytankę z rosyjskiego i wierszyk. Wszystko poszło mi jak z płatka. Wtenczas musiał być ktoś z rodziców na egzaminie, więc ode mnie był ojciec. Pan dziedzic pogratulował ojcu, że ma zdolną córkę, a ja byłam taka dumna, że mi się zdawało, że większa urosłam. Ale nie, byłam mała.

Niedługo trwała ta radość. W 1914 r. wybuchła pierwsza wojna światowa. Był wielki strach. Chłopów pozabierali na wojnę. Mój ojciec nie poszedł, bo miał jakiś tam czerwony bilet, ale stryjki poszły — oba żonate - zostały małe dzieci. Mój ojciec, chociaż nie był na wojnie, ale nie miał spokoju ani dnia, tylko go pędziły strażniki na furmankę. Dopiero przyjechał, już przyszli — i zabieraj się z powrotem na okopy, tak że mało co był z nami. Pamiętam przeddzień, jak mieli wkroczyć Austriacy w piętnastym roku. Przyszli strażniki i pędzą ojca na furmankę. U nas wszystko było spakowane na wóz: pościel, żywność, odzież, a nawet i młynarza rzeczy, bo nie miał konia. Mieliśmy uciekać, bo naokoło paliły się wioski. Zdawało się, że koniec świata. Ojciec zaczął się tłumaczyć, że dopiero przyjechał, że musi uciekać z dziećmi, bo może będzie się palić. Ale nie było tłumaczenia. Kazali wszystko pozdejmować i pojechali na całą noc. Mama płakała, my żeśmy płakali, ale oni ojca poturbowali, i to dobrze, i musiał. Mama nas pozapędzała do mieszkania, kazała nam się kłaść spać, a sama klęknęła przed obrazem i tak się modliła, żebyśmy chociaż razem wszyscy zginęli. Czy to od kuli, czy przez spalenie, aby razem. Taka była mądra i rozsądna.

Wojska rosyjskie całą noc uciekały, całe tabory, armaty, piechota, ale my żeśmy nic nie słyszeli. Ojciec uciekł, a może i co dał strażnikowi, że go puścił, tego nie wiem, ale przyjechał w nocy.

(…)

W październiku poszłam do szkoły, ale już Jana Krawczyka nie było. Był nowy nauczyciel i jego córka. Był to człowiek już starszy, miał koło sześćdziesiątki, ale energiczny, wesoły, dobry, tak że go polubiłam od pierwszego razu. Jego córka też była ładna, miła, dobra, nazywaliśmy ją „paniusiu". Nigdy w moim życiu nie było mi tak wesoło i radośnie jak wtenczas, kiedy chodziłam do szkoły. Mieliśmy różne rozrywki, pan umiał grać na skrzypcach, tańczyliśmy krakowiaka, robiliśmy kółeczko, to znów tam skoczne przyśpiewanie, to bawiliśmy się w fanty. I tak czas leciał jak błyskawica. Na Boże Narodzenie mieliśmy choinkę. Jakież to było oczekiwanie, bo nikt z nas nigdy nie widział choinki, nawet u bogatych nie było! Bo każden bogacz to rozdzierał mordę tylko na morgi, a o rozrywki i przyjemności nie dbał.

Rok 1915 był dla mnie tragiczny. W marcu, a było tylko 2 miesiące do zakończenia II oddziału, zaczął mi się na twarzy robić wrzód koło ucha. Babki kreśliły, kadziły, smarowały, co kto doradził, nic nie pomagało. Przed Wielkanocą wrzód pękł, zaczęło mi cieknąć, do szkoły już nie chodziłam. Ale mój pan, któremu nigdy nie zapomnę przychodził do mnie, a miał dobry kilometr drogi. Przynosił mi książki, zadawał mi rachunki, zawsze nakazywał koleżankom, żeby mi powiedziały co się uczyły, bo ciotka nie chodziła — dziadek mówił, że babom szkoła niepotrzebna – chodziło dwóch stryjków od niej starszych. Ja pomimo że chodziłam do szkoły, ale umiałam wszystko, może od niektórych nawet lepiej, co chodziły. Skoczyłam 2 oddziały, dostałam świadectwo z wynikiem bardzo dobrym, chociaż na egzaminie nie byłam. Byłam bardzo zapuchnięta, całą głowę miałam owiniętą tak, ze sam pan nie kazał przychodzić, tylko kazał przyjść ojcu, że pomówi z dziedzicem; on zagwarantuje, że sobie dam radę w III klasie, i jakoś tam dalej będzie.

Moja twarz się nie goiła, pojechaliśmy po lek ostatniego maja. Lekarz dał lekarstwa, maści, ale nic nie pomagało. 24 czerwca pojechaliśmy do drugiego lekarza, ten powiedział, że gruźlica kości, trzeba iść na operację. Zaraz zostałam tego dnia, a była niedziela, w szpitalu Dzieciątka Jezus. Dziś jest tam klinika dziecięca. Zaraz w środę miałam operację, dali mi na sen na 2 godziny. Leżałam 3 tygodnie w szpitalu, a na opatrunki jeździłam od czerwca do grudnia, tak się nie chciało goić. Z początku ojciec mnie woził, a później to chodził, dowiadywał się, kto jedzie do Lublina, i ja z nim jechałam. Wie-działam już, gdzie mam iść, a po opatrunku czekałam, aż przyszedł ten, komu byłam powierzona. Szkoła zaczęła się 1 października, ale ja nie chodziłam, bo wyglądałam tak samo jak i na wiosnę, a nawet gorzej. Byłam bardzo mizerna, nie mogłam jeść, bo mnie bolało. Do szkoły poszłam w styczniu, ale przez te 3 miesiące mój kochany i drogi pan przychodził do mnie jak i poprzednio, tak samo mi zadawał, przynosił mi książki do czytania, liczydła do rachowania, tak jakbym była w szkole, tylko że się nie bawiłam nie tańczyłam jak moje koleżanki , przykrzyło mi się bardzo. Parę razy przychodziła i paniusia, przynosiła mi cukierki, ciastka, jakich nigdy nie widziałam w domu. Ojciec i mama krępowali się, mieszkanie jedno, a dzieci było nas już czworo, bo w piętnastym roku jeszcze bocian siedział w gnieździe, przyniósł mi braciszka.

W domu nie było za dobrze. Nieraz widziałam, jak ojciec dziękował, a miał łzy w oczach:

— Kochany panie, kiedy ja się panu odwdzięczę za pana fatygę i dobre serce?

Ale on odpowiadał:

— Nic nie szkodzi. Gorzej, jakby się takie zdolne dziecko marnowało, dobrze, że pan posłał do szkoły, może kiedyś pana wnuki doczekają lepszego.

Ja też za każden raz całowałam go w rękę, bo nie mogłam wymówić słowa, tak mnie coś ściskało za gardło i na płacz mi się zbierało. Mało kiedy powiedziałam: „Bóg zapłać", choć tak ojciec kazał. Chociaż pan w szkole uczył nas, że jak nam kto co da albo zrobi, to trza mówić: dziękuję, ale w domu trza było tak mówić, jak ojciec kazał. Nigdy nie powiedziałam „ja", tylko „jo", nie „daj", tylko „doj”, bo jak powiedziałam tak jak w szkole, to ojciec krzyczał:

—Jo ci dum paniu!

Zawsze po odejściu mojego pana brałam książeczkę od nabożeństwa i się modliłam za niego. Nie wiedziałam wcale, o co mam Boga prosić. Zdawało mi się, że mu jest dobrze. Ładnie ubrany, w mieszkaniu miał jak u dziedzica, nieraz na przerwie jedli kanapki, co ja na święta takich nie miałam. A jednak zdawało mi się, że jak ja nie mam mu co dać, czym wynagrodzić, to chociaż może Bóg wysłucha mojej modlitwy, żeby był zdrowy, żył długo i całe życie żeby był w Michałowicach, bo myślałam, że to najważniejsze.

W 1917 r., ostatniego maja, skończyłam 4 oddziały, bo więcej nie było. Ale nie przestałam chodzić do swego Pana, on naprawdę był nauczyciel, do dzisiaj nie ma takiego, żeby się młodzieżą pozaszkolną interesował tak jak on. Organizował różne imprezy, komedie, tańce, przedstawienia jak ,,Świt", ,,Łobzowianie”, „Żyd w beczce”, „Łakomca”, „Doktor”, „Kasiu, psyt!” i wiele innych, co zapomniałam tytuły. Ja w każdej sztuce brałam udział, chociaż byłam marna dziewczynina, ale miałam role podług siebie, bo najgłówniejsze role to odgrywała Marysia Łopuska; ona była prawdziwa artystka, a ja – to jak było trzeba śpiewać to już dla mnie. Wszystek dochód z naszego przedstawienia był przeznaczony na bibliotekę szkolną. Za każden raz, kiedy było przedstawienie, zawsze pan nam kazał iść prosić pana dziedzica Chacięckiego i i rzadcę Olafsona. No i raz poszłam ja i moja koleżanka Jagodzińska do dziedzica, mówimy mu, że go prosimy na nasze skromne przedstawienie. A on pyta nas po ile po ile bilet, bo on by chciał pójść z całą rodziną, a miał dzieci ośmioro i ich dwoje, to dziesięcioro. My mówimy, że 50 gr.

- A to może mnie będzie stać zapłacić za wszystkich - i uśmiechał się do nas.

Jak się później okazało, to pan Chacięcki dał dziesięć razy więcej jak cała publiczność ze wsi na książki do biblioteki, tak że do dzisiaj spotyka się książki z pieczęcią „Piotr Chacięcki, Michałowice".

Po ukończeniu szkoły czteroodziałowej nauczyciel niektórych kierował do Lublina do gimnazjum, do nas też przychodził, żeby mnie ojciec dał. Ale ojca nie stać było mnie dać, a i ci, co poszli, pobyli po roku i przyszli krowy paść. Ja też pasałam krowy bez rocznego gimnazjum. Radowałam się, że umiem czytać, pisać, rachować. Chodziłam do biblioteki szkolnej po książki i jak tylko miałam wolną chwilę, to już czytałam, bo lubię czytać bardzo. Nawet teraz – jestem stara, ślepa, ale w okularach jeszcze przez zimę przeczytam kilka książek. Tylko teraz jest biblioteka wiejska.

W 1918 r. założyli gospodarze ze swoich składek spółdzielnię wiejską. Był to taki mały sklepik, nie było towaru dużo, ale było wszystko. Dziedzic odstąpił 2 mieszkania w czworaku, jedno na spółdzielnię, drugie na mleczarnię. Nauczyciel nastręczył za sklepowego jednego ze swoich uczni, Piwnickiego, ale ten pobył parę miesięcy, zrobił manko i odszedł. Nikt nie chciał być sklepowym. Przyszedł mój pan i zaczął mnie namawiać, żebym poszła, i ojcu mówił, że sobie dam radę. Chociażem jeszcze dziecko, ale on będzie miał nade mną nadzór, bo mieszkał w tym samym czworaku. Tylko że on miał kuchnię, pokój, spiżarkę, korytarzyk; nie mieszkał tak jak fornal. Ojciec się zgodził, a ja musiałam i poszłam, ale to trza było być cały dzień. Franuś mi przynosił obiady w wieczór po mnie przychodził. Chodziłam od września do lutego. Był kasjer, przychodził co wieczór, zabierał pieniądze, a mnie kwitował, a mój sąsiad Dec dostarczał towar. A jak przywiózł towar, to po mnie już nikt nie przychodził w ten dzień, bo on mnie przyprowadzał pod sień, a nieraz to jeszcze i zaszedł do nas. Nauczyciel też przychodził prawie co wieczór, zawsze mi napowiadał, żebym sobie wszystko pisała, co sprzedam przez cały dzień, i czy w wieczór się zgadza.

W 1922 r. ogłosili mnie do żeniaczki i że mam 12 mórg majątku. Zaczęły przyjeżdżać kawalery, ale ja byłam panna marna. Życie miałam w sobie, nie byłam ostatnia ciamajda. Miałam te 17 lat, nigdy sobie nie pomyślałam, że ojciec dla mnie chce źle. I rzeczywiście nie chciał, bo mnie najlepiej lubił, tylko był ciemny, głupi, a do tego uparty: co postanowił, musiało tak być. Mój mąż przyjechał do mnie na zaręczyny przy ostatku października, a 18 listopada braliśmy ślub; tyle było naszego zapoznania. Bo kiedyś tak było: na jarmarku stare pogadały, a młode musiały się łączyć. Mój mąż przyniósł majątku 2 000 000 marek. Ojciec odpisał nam pospołu z mężem te 12 mórg, a sam wziął te 2 000 000, oddał sobie trochę długu.

(…)

Mój mąż przyprowadził krowę na wiano, a mnie ojciec dał starą szkapinę. Za czepiec, bo tak kiedyś było, kupiliśmy sobie łóżko, dwoje prosiąt i za resztę mój mąż oddał sobie kawalerski dług. Od listopada do maja byliśmy jeszcze razem u ojca, to mój mąż był wróbel w pawich piórkach. [W czerwcu] poszliśmy na to swoje gospodarstwo po stryjku, do starego mieszkania po dziadku, ale to mieszkanie to była na nas połowa, a w drugiej połowie mieszkał stryjek bezdzietny i babka miała wypisaną posiedzialność u tego syna. Ale nie mogła zbyć i mieszkała w tym alkierzu, co należał do mojej połowy mieszkania. Babka miała 10 metrów zboża i 25 metrów kartofli tak zwanej ognarii i krowę w oborze, i opał. Jeden rok krowa była u nas i opał żeśmy dawali, a drugi znów stryjek.

Na tej nowej gospodarce mojemu mężowi zaczęły wyrastać rogi, bo nic nie było, tylko oborzyna-próchno, stodoła też, narzędzi nijakich nie było: ani woza ani powroza, żeby się powiesić ani siekiery, żeby sobie łeb uciąć. Za wszystkie braki ja ucierpiałam, że mnie ojciec tak wywianował. A o swoim to nie wspomniał, że ich było ośmioro i że ojciec go wypchał z domu jak najdalej, aż 22 kilometry z Chruślina do Michałowic. Dobrze by może było, żeby opływał we wszystkim, a tu trza się dorabiać od łyżki. Więc zaraz mi zaczął wygadywać, że on się ze mną nie żenił, że na mnie nie mógł patrzeć, tylko liczył, że będzie mu dobrze. Przyszedł na ziemię nie taką jak w Chruślinie, bo tam piachy, a tu i tak nic nie ma, i co on będzie robił. Ja młoda, podobał mi się, kochałam go, był ode mnie osiem lat starszy, nadskakiwałam, jak tylko mogłam, pracowałam ponad moje siły, aby żeby był zadowolony. Ale gdzie tam, jak kto taki, to trudno mu palcem trafić.

Za jedenaście miesięcy po ślubie urodziłam syna, żył 2 tygodnie i zmarł. Nie miałam nikogo, jedyną pociechą moją była ta babka. Zawsze mi mówiła:

— Nie płacz, moje dziecko. Każda kobieta to jest niewolnica, to i ty nie będziesz wybrana.

I jak tylko żeśwa co robili obydwie, czy w polu, czy przy kądzieli, to mi opowiadała swoje przeżycie, które mnie pokrzepiało w moim smutku. Mówiła mi tak: — Moja kochana wnusiu! Ty nie masz rozkoszy, ale i ja cierpiałam niemało. Pochodziłam z licznej rodziny, bo nas było dwanaście, a ojciec miał tylko 12 mórg ukazowe, bo odrabiał pańszczyznę i tyle mu dali. A mój mąż, twój dziadek, był jedynak. Raz mi opowiadała, jak pojechali do chrztu z dzieckiem. Rębów była parafia duża, należało do niej kiedyś 30 wiosek, więc na każdą niedzielę chrzciło się kilkoro dzieci. Przy kościele niedaleko była karczma gdzie zajeżdżali z końmi, bo było duże podwórko. W karczmie można było posiedzieć, zagrzać się, popić, dziecko przewinąć itp. Dzieci nie chrzciło się w betach, tylko róg zwykłej poduszki był wepchnięty, dziecko było skrępowane powijakiem. Kładli w tę poduszkę, kuma okręcała się grubą chustką, dziecko brała na lewą rękę. Jak siadła z prawej strony kuma, to chociaż się wysunęło – bo to było sztywne od tego powijaka – to upadło na wóz albo w sanie. Ale jak się zapomniała albo była pijana, bo to najwięcej się trafiało, to się dziecko wysunęło na ziemię. I właśnie babci jedno dziecko zgubili jakieś 4 km od domu, jak jechali od chrztu. Przychodzi kuma do chałupy, rozkręca się z tej chustki, dziecka nie ma. W krzyk, bo to był mróz, więc trzeba nawracać końmi i jechać szukać. Za nimi szedł gospodarz w długim kożuchu i widział, jak to dziecko wypadło, wziął zaraz w kożuch i krzyczał co sił, że dziecko zgubili, ale oni podpici, wcale nie słyszeli, co się za nimi dzieje. Gospodarz był z drugiej wsi, wcale ich nie znał, ale szedł za śladem i kogo spotkał, to się pytał, skąd te ludzie przed nim jechali, bo zgubili dziecko. I dopiero jakaś znajoma powiedział, że to z Michałowic. Dobry chłop niósł może 3 km, aż dopiero nadjechali ci, co szukali. Bez przymus zabrali go na chrzciny, wynagrodzili, bo byłoby umarło. Drugie dziecko znów zamienili. Pojechali do chrztu. Dzieci zawsze było sporo, to się chrzciło razem, a później kumy szły na rozgrzewkę do karczmy. Dzieci pokładły na wyrko, a same piły. Jakoś te kumy nie zauważyły po tych poduchach i przywieźli babci dziewczynkę z Jagodzina, a chłopca zawieźli tamci kumowie. Zobaczyli w domu. Później jeździli ci i tamci, dowiadywali się, skąd się dzieci chrzciły, i dopiero na drugi dzień się odnaleźli.

I bieda była, że nie wiem. Przednówek był już od marca a nieraz i częściej. Dzieci nie miały chleba, a miałam ich wszystkich pięcioro – trzech synów i dwie córki. Ostatni syn z 1935 roku. Wtenczas była najgorsza bieda. Kawę robiłam na burakach, bo cukier kosztował złoty kilo. Tarło się buraki, wyciskałam sok i tym słodziłam, ciasto się piekło, a jak kupiłam sacharyny, to już była uroczystość. Dzieci miałam dobre, posłuszne, zostawały same, a jak które cośkolwiek mogło pomóc, to już mi pomagało. Ja musiałam wszystko robić. I sieczkę rżnęłam, i obrok, i drzewo musiałam sobie urąbać, a nawet i żyta owirzchować i zanieść na wiatrak na plecach czy ospy dla świń. A mąż chodzil, od jednego pożyczał, drugiemu oddawał. Tak się wpił do tego chodzenia [po chałupach], że i 2 dni go nie było. A ja? Cały dzień mi się zeszło koło obrządku jak zimową porą, a wieczór siedziałam i przędłam. Dzieci nie miały ubiorów, trza było wieczór uprać, na piecu wysuszyć i rano ubrało się do szkoły, jak już chodziły, bo w domu to jak popadło. A do szkoły chodziły nieraz połatane, ale czyste było, nigdy mi nauczyciele nie zwracali uwagi, że dziecko brudne. A ja się starałam jak tylko mogłam, chociaż mi było bardzo ciężko. Ale chciałam, żeby się uczyły. Cieszyłam się nimi, kochałam ich nad życie, sama nieraz nie zjadłam, a dzieci podzieliłam jak mogłam. Ale najsampierw trza było męża napaść, bo był zły, jak głodny, a jeszcze gorszy jak nie miał co palić, tak, że ja jajka dzieciom nie dałam, a jemu na palenie musiało być.

Nie może mi się w głowie pomieścić, żeby opisać swoją biedę i niedostatek. Ale byli tacy, co szli kilkanaście kilometry i żebrali kawałek chleba. A było ich masa, po dziesięć nieraz na dzień przychodziło i prosiło tego kawałka chleba albo jaką garsteczkę mąki. Pamiętam, raz przychodzi mężczyzna ładnie ubrany jak na tamte czasy i prosi, żeby dać mu jeść. Ja ugotowałam klusek z reczanej mąki z olejem lnianym. Te kluski na smak nie były takie złe, ale na wygląd to jak z popiołu. Dałam dzieciom w misce, takiej dużej, skorupianej – i jadły, były małe. Cała piątka obstąpiła i jedzą, a on prosi tego obiadu, bo widział, że już niektóre odchodzi od tych klusek, a trocha zostaje. Ja nigdy nie myślałam, że on by jadł te kluski, bo to jak dziecko – i usmarkało się, i brudne na buzi nieraz było. I mówię, ze nie mam co mu dać, a on mówi, że mam te kluski.

- Chyba, że jeszcze ma pani kogoś, co nie jadł.

Ja mówię, żeśmy już wszyscy jedli, tylko w tej misce dzieci się babrały. On mówi:

- Głodny jestem, nie mam pieniędzy, bo nie mam pracy.

Ja zaraz te kluski zgarnęłam na patelnię, podlałam trochę oleju, odgrzałam i kubek kawy mu dałam. Nie mogę opisać, jak mi dziękował.

Raz, pamiętam, w sam Nowy Rok 1937 przyszła do mnie moja kuzynka z Lublina i mówi tak:

- Kochana kuzynko Zosiu, przyszłam do ciebie, żebyś mi dała kartofli parę, bo mi dzieci umierają z głodu. I zaczęła mówić: - Panowie dzisiaj całą noc się bawili, obchodzili Sylwestra. Ja struchlałam. Proszę ją, żeby sobie siadała, i mówię, że dam jej trochę mąki, bo mąż spytlował przed święty. Nie była to mąka sama pszenna, tylko się brało pół pszenicy i pół żyta albo jęczmienia, bo pszenica była 8 zł droższa, a to było dużo. Kartofle przecież ciężkie, ileż możesz wziąć. A mąki to ja ci dam ze dwa kilo, stryjek może ci da z kilo, może jeszcze tam kto ci dosypie i będziesz miała na zacierkę parę razy. I tak zrobiłam. Ja dałam, stryjek jej coś dał, wujenka coś tam też wsypała tej mąki. Ona to zatachała do Lublina. Takie było życie w mieście, jak nie miał pracy.

Zaraz na drugi dzień przyszedł ksiądz po kolędzie, bo u nas w 1930 założyła się parafia i mieliśmy już swojego proboszcza. Powiedziałam mu ten noworoczny fakt, a on mówi mi tak:

- Jeżeli wierzycie w Boga, to przecież Bóg powiedział: „Błogosławieni ubodzy, albowiem ich jest królestwo niebieskie”.

Po odejściu księdza coś mi w głowie wirowało, nie mogłam pojąć, dlaczego panowie nie chcą być ubogie, żeby zasłużyć na to królestwo. Ale zaczęłam się modlić do Anioła Stróża, żeby mi odsunął złe myśli.

Jeszcze muszę opisać, ile było postów. Cztery tygodnie Adwentu – post ścisły, siedem tygodni Wielkiego Postu – piątek i sobota każdego tygodnia post ścisły, a wszystkie wigilie do każdego święta trza było pościć, to też ludzie sobie przyszykowywali na te posty. Suszyło się dużo owoców, jak gruszek, jabłek, śliwek, wiśni, bo soku z wiśni mało kto robił, bo go nie było stać na cukier. Kupowało się to co najpotrzebniejsze, jak sól, nafta, zapałki, a paczka jedna kosztowała dwa jajka, mydła jaką tabliczkę.

Albo to pranie jak sobie wspomnę, to aż ciarki po mnie przechodzą. Mydło było drogie. Kupiło się tabliczkę – to wszystko. Tylko się robiło tak zwany ług z popiołu, bo proszków ani innych chemikaliów nie było. A gotować – to nie było kotłów do bielizny, tylko były takie potoki drewniane na trzech nogach. A jaka była bielizna! To tylko piszę, że była bielizna. Dziś mam worki na mąkę ładniejsze. A pierw kalesony zgrzebne, płachty zgrzebne. Koszule lniane. To samo pranie, siedzieć w zimie na desce w tej zamarzniętej wodzie i tłuc tą kijanką, aż się w głowie coś strząchało, ręce w kostkach puchły, a to trza było walić i walić, żeby wyprać, ale wraz nie było wyprane, bo za tydzień już były w koszuli wszy. Dziś dzieci nie znają wszy, chyba, że z obrazka, a nas jadły żywcem. Ale nie tylko u mnie, wszędzie tak było. U panów, u księży, u magnatów było czysto. A nawet u bogatych gospodarzy gościły wszy i pchły.

Dziś każden śpi jak dziedzic. Chodzi każda dziewucha jak hrabianka, chłopak każden ma garnitur jak się patrzy, koszule niemnące. Nie pochwalam dawnego i niech nigdy te czasy nie wracają.

O jakbym się cieszyła, żebym miała z tysiąc złotych na doktora, jak zachoruję a jeszcze więcej trzeba jak umrę. Jakby mi było radośnie umierać, jakbym miała swoje pieniądze na pochowanie siebie, chociaż nikt na wierzchu nie leży i ja może nie będę, ale ile się spotyka jak się dzieci kłócą, gdy trza starych pochować. Dzieci wedle ludzi muszą wszystko załatwić, ale mają pretensje, że stare nawet na pogrzeb sobie nie uskładały. Ja swoich dzieci nie posądzam o to chociaż im nic nie pomogłam, ale mi nic nie wymawiają, okazują zawsze dobre serce dla mnie. A każdy ma dzieci i znów by chciał mieć coś dla siebie, bo tak życie idzie, tylko że jednym nie idzie, a płynie jak z prądem, dobrobyt i wszystko im się układa pomyślnie, a drugim sunie się jak pod falę, i zawsze jeszcze coś się rwie, i nie można związać. I właśnie moje życie takie było, chociaż wiosłowałam, co tylko sił starczyło, i już nigdy nie stanę na właściwym lądzie.

***

Wkrótce opublikujemy kolejny pamiętnik. Zapraszamy do odwiedzania naszej Witryny Wiejskiej!

1 poprawione

 

 

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx