O tym, jak w praktyce wygląda współpraca sołectw z gminą i czy da się wprowadzać nowe pomysły do gminnego kalendarza rozmawiam z Krystianem Połomskim, który od lat pracuje z lokalnymi społecznościami, między innymi przy realizacji projektu „Nasza Przestrzeń”.
Piotr Subotkiewicz, Witryna Wiejska: Mówiłeś, że trudno zaproponować zupełnie nowe działanie, bo w gminach rządzi zasada „co było, to będzie”. Skąd się to bierze?
Krystian Połomski, Fundacja Wspomagania Wsi: Wyjście z nową propozycją zawsze kosztuje sporo energii, bo zmiana jest dla wszystkich wyzwaniem. Każda gmina ma swój sposób działania, swoje imprezy i wydarzenia, które były, są i będą. Zawsze znajdą się na nie pieniądze. Proponowanie czegoś nowego to właśnie ta zmiana, a niechęć do niej wynika często z obawy o poziom nowego projektu – czy będzie odpowiedni i czy nie przyniesie gminie wstydu.
Wiele gmin deklaruje, że zaprasza mieszkańców do wspólnego działania. Czy to wystarczy?
Od deklaracji do realizacji jest długa droga. Samo stwierdzenie, że chcemy razem działać, niczego nie gwarantuje. Zawsze czujemy, czy faktycznie jesteśmy zaproszeni do współdziałania, gdzie możemy zgłaszać swoje pomysły i czy mają one rzeczywistą szansę na realizację.
Nie jest tak, że wszystko jest możliwe. Są struktury, harmonogramy, ludzie, którzy już działają. Role są już podzielone.
Wchodząc z nowymi pomysłami do środowiska, w którym te role już istnieją, trzeba się jakoś wpasować, jeśli chce się zaistnieć. Nie trzeba wszystkiego wymyślać od początku.
Jak w takim razie skutecznie zaprezentować swój pomysł gminie?
Trzeba się dobrze zaprezentować, żeby oferta w oczach gminy była atrakcyjna – żeby wójt pomyślał: „fajne, jak to puszczę, że to jest z mojej gminy, to ja będę miał plus”. Ale to duże wyzwanie, bo to, co atrakcyjne dla pomysłodawcy, niekoniecznie jest atrakcyjne dla urzędu gminy czy dla osób w nim pracujących, a zupełnie inaczej może to wyglądać z perspektywy ludzi, którzy przyjdą na wydarzenie jako jego odbiorcy.
To zawsze jest pewne wpasowanie pomysłu w ramy, które już istnieją – a jeśli pomysł się w nie nie zmieści, może po prostu zostać odrzucony. Dlatego warto sięgać po tak zwany klucz zadań własnych gminy: sprawdzić, w jaki sposób nasz projekt wpisuje się w zadania, które gmina i tak musi realizować. Jeśli jest zrobiony atrakcyjnie, ciekawie, przyciąga uwagę – gmina ma dodatkowy argument, żeby spojrzeć na niego przychylnie.
Jakie zadania własne gminy mogą tu pomóc?
Gmina ma szereg takich zadań m.in. wszystko, co związane z kulturą i integracją mieszkańców, ale też z rozwojem kultury fizycznej. To obszary, w których wszyscy chętnie działają: festiwal muzyki jazzowej na wsi, zajęcia sportowe dla młodzieży, i wcale nie tylko piłka nożna – mogą to być różne dyscypliny. Skoro mamy korty do tenisa, dlaczego dzieci nie miałyby się uczyć gry w tenisa?
Można też pomyśleć o pomysłach bardziej dopasowanych do dzisiejszych czasów. Na przykład zawody droniarskie, bo dzieci i młodzież uczą się programowania, a takie umiejętności na pewno przydadzą się w życiu. Takie propozycje można też wpisywać do dokumentów strategicznych gminy, choćby do gminnego programu współpracy z organizacjami pozarządowymi.
A pieniądze? Czy gminy mają środki na wspieranie takich inicjatyw?
Nie w każdej gminie są na to duże środki – często są one bardzo ograniczone i przeznaczane głównie na działalność bibliotek, bo ludzie czytają, wypożyczają książki, szczególnie starsze kobiety.
Myślę jednak, że najważniejsze jest budowanie atmosfery współpracy – wysyłanie ze strony urzędu gminy sygnału, że naprawdę chcemy z mieszkańcami współpracować. Bo ludzie to wyczuwają. To nie musi być dużo. Ta współpraca w praktyce wygląda po prostu tak: udostępniamy salę, udostępniamy przestrzeń na wystawę, wpuszczamy nowe organizacje. Choć trzeba przyznać, że nie każda gmina jest jeszcze na to gotowa.
Wspominałeś też o zjawisku „wymiany elit”. Co masz na myśli?
To problem stary jak świat. Ludzie aktywni w kulturze czy działalności społecznej naturalnie są brani pod uwagę w wyborach. To nigdy nie działa tak, że ktoś budzi się pewnego dnia i mówi „zostanę wójtem” – to wynika z poczucia, że ma się poparcie społeczne. W wyborach samorządowych w 2024 roku, aż 412 wójtów, burmistrzów, prezydentów nie miało konkurencji. To nie jest dobry sygnał. Zawsze będzie potrzeba nowych ludzi i świeżych pomysłów.
Ale właśnie dlatego chciałbym, żeby w tej rozmowie wybrzmiało, że warto dopuszczać nowych ludzi do głosu – nawet jeśli ich propozycje są dziwne, niestandardowe, nieszablonowe. Warto wspierać grupy, które z czymś przychodzą, bo to może w rezultacie doprowadzić do świetnej imprezy czy wydarzenia, z którego dana gmina będzie korzystać przez lata. To, że coś jest nowe, nie oznacza, że się nie sprawdzi – każdy uczy się krok po kroku i z czasem jest coraz skuteczniejszy.
Niektórzy włodarze obawiają się takiej konkurencji, ale dobra współpraca i korzystanie z umiejętności, pomysłów i energii mieszkańców jest istotą samorządu i działa w dłuższej perspektywie na korzyść wszystkich, również obecnego wójta czy starosty.
Z rozmów z sołtysami i sołtyskami często słychać, że imprez i wydarzeń jest już za dużo…
I dlatego nie chodzi o to, żeby robić ich jeszcze więcej, tylko żeby je koordynować. Zamiast robić to samo co zawsze, zaproponujmy coś świeżego, dopuśćmy kogoś. Warto mieć na uwadze, że grupy początkujące mogą wymagać dużego wsparcia.
Jeśli ktoś nigdy w życiu nie organizował imprezy w gminie, a teraz chce to zrobić, pomoc urzędu – ta czysto administracyjna – jest wręcz niezbędna. To, co zainwestujemy na początku, procentuje w kolejnych latach mniejszą liczbą problemów. Jednym słowem: dopuszczajmy nowe pomysły, nowych wykonawców, nowe organizacje, nowych sołtysów – bo to jest rozwój. Jeśli będziemy trzymać się tylko tego, co już robimy, nie będziemy się rozwijać, nie będziemy szukać nowych sposobów integracji – i zrobi się po prostu nudno.
Dlaczego to jest aż tak ważne?
Bo jeśli dużo fajnych rzeczy dzieje się wokół, ludzie chcą tam mieszkać, nie chcą się wyprowadzać, a nawet ściągają znajomych: „przyjedźcie, zobaczcie, jak u nas jest fajnie, ile rzeczy robimy”. To może być takim zastrzykiem, który rozwinie daną gminę albo stworzy w niej jakieś centrum kulturalne.
To w ogóle początek szerszego rozwoju – jak ludzie zaczynają się spotykać, powstaje jakiś ferment, a wokół niego zaczynają tworzyć coś nowego. Jeśli odrzucamy wszystkie nowe rzeczy i bazujemy tylko na starych pomysłach, to pozbawiamy się szansy na taki nagły rozwój, na dopływ świeżych pomysłów, ludzi, biznesów. A wszystko zaczyna się od dopuszczenia kogoś do głosu i realizacji jego pomysłu.
Możesz podać jakiś przykład takiej „niewidocznej pracy”, o której mówisz?
Ktoś przychodzi z pomysłem, którego finałem jest na przykład sześć tablic o historii naszej miejscowości albo o architekturze wsi. Można wzruszyć ramionami „Ot sześć tablic”. Ale za nimi stoi ogromna praca: rozmowy z mieszkańcami, dokumentacja, praca z ludźmi. Taka praca jest niewidoczna, trudno się nią pochwalić. Nie powstaje nic stałego, bo to nie jest budynek, fragment drogi, chodnik.
A jednak to właśnie ona później procentuje, bo ludzie się poznają, poznają swoje wspólne dziedzictwo i korzenie. Na takie inicjatywy warto reagować pozytywnie – dać im scenę na imprezie, salę w urzędzie gminy, dofinansowanie na spotkanie ze starszymi mieszkańcami.
A ludzie, którzy wyjechali ze wsi na studia. Jak ich włączyć w to działanie?
To w ogóle jest świetny pomysł! Jeśli w naszej miejscowości są osoby, które wyjechały na studia, warto utrzymywać z nimi kontakt i pytać, co mogłyby zrobić dla swojej wsi. Można np. zorganizować „zjazd absolwentów naszej wsi” – dla tych, którzy mieszkają dziś gdzie indziej, ale to tutaj jest ich ojcowizna, tutaj mają sentymenty i korzenie.
Na pewno przyjadą, jeśli takie wydarzenie się odbędzie, i na pewno wezmą w nim udział. A to może być zaczynem kolejnych działań, bo każdy z nich jest gdzieś zahaczony w innym środowisku, ma jakieś umiejętności, znajomych, już swoją, nową rodzinę.
Na koniec – jak zachęcać ludzi, żeby w ogóle odważyli się zgłosić swój pomysł?
Warto otwierać się na nowe grupy, aktywnie ich szukać, zachęcać. To wcale nie musi być coś spektakularnego – czasem wystarczy dobre nastawienie. Bo jeśli ktoś przychodzi z jakimś pomysłem, pełen zapału, i od razu słyszy „w ogóle to nie ma sensu”, to w tym momencie cały jego zapał zostaje zgaszony.
Zamiast tego można powiedzieć: „nie wiem, może to będzie fajne, masz tu salę, możesz się spotykać ze znajomymi trzy razy w tygodniu, porozmawiajcie o tym, a za miesiąc przyjdźcie i pokażcie, co wymyśliliście”. Tak to powinno działać – żeby nie przycinać rosnących pomysłów przy samej ziemi, tylko dać im chwilę, żeby nabrały kształtu.
Bo wiele naprawdę dobrych rzeczy zaczyna się od zwykłej rozmowy – kilka osób się spotyka, rozmawia, łączy myśli. I trzeba pamiętać, że grupy, które dopiero zaczynają, będą miały więcej trudności niż te, które działają od dawna – i to jest zupełnie normalne.
Współpraca sołectwa z gminą nie zaczyna się od wielkich pieniędzy, tylko od czegoś dużo prostszego – od otwartości i odrobiny zaufania do ludzi z nowym pomysłem. Jesień to dobry moment, żeby o tym pomyśleć: zanim ruszą prace nad przyszłorocznym budżetem, warto zapytać samych siebie, jaki pomysł od dawna chodzi nam po głowie – i komu w gminie moglibyśmy go w końcu zaproponować.
Zdjęcie otwierające: Sassy Silesian – pochodzi z książki: „Od pałaców po kurniki. Pięć gminnych historii z klimatem w tle”
Zainteresowała Cię ta rozmowa?
Chcesz poznać historie ludzi, którzy mieli pomysł i postanowili coś z nim zrobić? Zajrzyj do książki: „Od pałaców po kurniki. Pięć gminnych historii z klimatem w tle”.
To zbiór pięciu reportaży – historii lokalnych społeczności, w których mieszkańcy próbują zmieniać swoje otoczenie. Czasem we współpracy z samorządem, czasem poprzez spór i nacisk. Pokazują, że nowe pomysły i działania mogą realnie zmieniać najbliższe otoczenie, jeśli tylko ludzie dostaną przestrzeń, by je rozwijać i działać po swojemu.
Warto zajrzeć, bo znajdziecie tam inspirację do własnych działań.