Żywa ziemia

zperspektywykota

Kiedy ostatni raz uklęknąłeś przy ziemi? Nie po to, żeby coś posadzić. Nie po to, żeby wyrwać chwast. Po prostu po to, żeby się jej przyjrzeć.

Tuż pod naszymi stopami

Kilka dni temu odsunąłem dłonią warstwę ściółki przykrywającą warzywnik. Nie wydarzyło się nic spektakularnego. Żadnego wielkiego odkrycia. Żadnego rzadkiego gatunku. Zwyczajny skrawek ogrodu. Garść ciemnej ziemi. A jednak po chwili miałem wrażenie, że zaglądam przez uchylone drzwi do świata, który od zawsze istniał obok mnie, tylko nie nauczyłem się go dostrzegać. Coś błysnęło między drobinami próchnicy. Maleńki chrząszcz zniknął pod kawałkiem spróchniałej gałązki. Skoczogonki rozbiegły się we wszystkie strony z szybkością, której trudno spodziewać się po stworzeniach mniejszych od ziarenka piasku. Między nimi przesuwał się cienki nicień, a wij cierpliwie przeciskał się przez szczelinę. Spod wilgotnego liścia wychynęła dżdżownica. Pomyślałem wtedy, że człowiek potrafi przejechać pół Polski, żeby zobaczyć stado żubrów albo usłyszeć rykowisko jeleni. Tymczasem największy tłok życia panuje kilka centymetrów pod naszymi stopami. Przechodzimy nad nim codziennie. Depczemy. Orzemy. Przekopujemy. Opryskujemy. Bardzo często nie mając pojęcia, komu właśnie przerywamy pracę.

W garści zdrowej gleby żyją miliardy bakterii i mikroorganizmów, grzyby i drobne zwierzęta

Bo gleba nie jest magazynem składników pokarmowych ani brązowym proszkiem, do którego wsadza się sadzonki. To żywy ekosystem. W jej porach, kanalikach i cienkiej warstwie wilgoci toczy się życie setek gatunków organizmów. Oddychają, rozkładają martwą materię, budują próchnicę, przekazują sobie składniki pokarmowe i tworzą sieć zależności, od której ostatecznie zależy każda kromka chleba i każde jabłko zerwane z drzewa. Kiedy patrzymy na sarnę, nie mamy wątpliwości, że jest częścią przyrody. To samo czujemy wobec bociana, jeża czy pszczoły. Z ziemią jest inaczej. Łatwo zapomnieć, że również ma swoich mieszkańców. Tymczasem w jednej garści zdrowej gleby żyją miliardy bakterii i innych mikroorganizmów, setki gatunków grzybów oraz niezliczone drobne zwierzęta. Większości z nich nigdy nie zobaczymy gołym okiem. Nie znaczy to jednak, że są mniej ważne od bociana na łące czy jeża w sadzie. Każdy wykonuje niewielką część ogromnej pracy. Mikroorganizmy rozkładają związki organiczne i udostępniają roślinom składniki pokarmowe. Grzyby mikoryzowe zwiększają powierzchnię chłonną korzeni, pomagając im pobierać wodę i minerały. Roztocza, skoczogonki i inne drobne stawonogi rozdrabniają opadłe liście oraz resztki roślin. Dżdżownice mieszają materię organiczną z cząstkami mineralnymi i tworzą korytarze, którymi do głębszych warstw wnika woda oraz powietrze.

Żaden z tych organizmów nie działa w pojedynkę. W glebie niemal każda wykonana praca staje się początkiem pracy kogoś innego. To współpraca trwająca od setek milionów lat. Niewidoczna. Cicha. A jednocześnie podtrzymująca życie lasów, łąk, pól uprawnych, ogrodów i miejskich trawników. Jesienny liść leżący pod porzeczką nie jest bałaganem. To pierwszy rozdział długiej historii. Podobnie obumarłe korzenie po zbiorach, resztki łodyg, źdźbła traw czy cienkie gałązki. Dla nas bywają odpadem. Dla mieszkańców tego świata są zapasami żywności. Im większa różnorodność tego pokarmu, tym bogatsze staje się życie ukryte pod powierzchnią. Coraz częściej myślę więc nie o tym, jak uprawiać rośliny. Zastanawiam się raczej, jak nie przeszkadzać tym, którzy od milionów lat robią to znacznie lepiej ode mnie.

Idealna współpraca organizmów glebowych

Jednym z największych zaskoczeń było dla mnie odkrycie, że pod ziemią niemal nic nie dzieje się w samotności. Z zewnątrz wszystko wygląda nieruchomo. Garść ciemnej próchnicy. Kilka korzeni. Odrobina wilgoci. Tymczasem bardziej przypomina to tętniące życiem miasto. Korzeń rośliny często nie pobiera po prostu wody z otoczenia. Zazwyczaj towarzyszą mu grzyby mikoryzowe, których delikatne strzępki docierają tam, gdzie sam korzeń nigdy by nie sięgnął. W zamian za cukry wytworzone przez roślinę pomagają zdobywać wodę oraz składniki mineralne. Mikroorganizmy rozkładają martwe szczątki organizmów. Drobne stawonogi rozdrabniają liście na coraz mniejsze fragmenty. Nicienie polują na bakterie i grzyby albo żywią się korzeniami, zależnie od gatunku. Wszystko splata się w gęstą sieć zależności, której nie sposób sprowadzić do prostego podziału na „pożyteczne” i „szkodniki”. W świecie przyrody rzadko istnieją organizmy dobre albo złe. Znacznie częściej są po prostu na swoim miejscu. Nawet gatunki, które potrafią sprawiać ogrodnikom kłopoty, uczestniczą w procesach podtrzymujących życie całego ekosystemu. Problem zwykle zaczyna się wtedy, gdy człowiek naruszy równowagę i któryś z elementów tej układanki wymknie się spod kontroli.

Nic nie jest odpadem

Ta podziemna społeczność nie kończy się na ogrodzie. Dokładnie takie same procesy zachodzą pod starym lasem, górską łąką, nad brzegiem rzeki i na miejskim trawniku. Zmieniają się gatunki, wilgotność, odczyn gleby czy ilość materii organicznej, ale zasada pozostaje ta sama. Życie buduje życie. Dlatego coraz mniej przekonuje mnie określenie „ziemia do uprawy”. Brzmi tak, jakby pod naszymi stopami znajdował się bierny materiał czekający na człowieka. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. To my próbujemy korzystać z pracy społeczności, która istniała na długo przed pojawieniem się pierwszych pól i ogrodów. Widać to szczególnie jesienią. Liście opadają z drzew i wielu z nas odruchowo sięga po grabie. Chcemy zrobić porządek. Tymczasem dla mieszkańców gleby każdy liść jest początkiem długiej podróży. Najpierw zasiedlają go grzyby i bakterie. Potem pojawiają się drobne bezkręgowce, które rozdrabniają tkanki roślin. Kolejne organizmy wykorzystują ich pracę, aż po miesiącach pozostaje ciemna, pachnąca próchnica. Nic się nie marnuje. To, co dla jednych jest końcem, dla innych staje się początkiem. Być może właśnie dlatego przyroda tak rzadko zna pojęcie odpadu. W zdrowym ekosystemie niemal wszystko wraca do obiegu. Obumarłe drzewo staje się domem. Opadły liść staje się pokarmem. Martwy korzeń zamienia się w źródło życia dla organizmów, których nigdy nie zauważymy. Im dłużej patrzę na ten proces, tym częściej myślę, że największym wynalazkiem natury nie jest konkurencja. Jest współpraca.

Szpadel i „miasto gleby” przewrócone do góry nogami

Przez wiele lat wydawało mi się, że dobry ogrodnik powinien zostawić po sobie idealny porządek. Równo przekopane grządki, ani jednego chwastu, ani jednego liścia. Świeżo odwrócona ziemia pachniała pracą. Im głębiej wszedł szpadel, tym większą czułem satysfakcję. Dzisiaj ten sam widok budzi we mnie inne skojarzenia. Wyobrażam sobie miasto, które w ciągu kilku minut zostaje przewrócone do góry nogami. Ulice trafiają pod ziemię. Piwnice lądują na dachach. Mieszkańcy budzą się w miejscach, których nie znają. Zostają przerwane połączenia budowane przez długi czas. Dla wielu organizmów głębokie przekopanie oznacza właśnie taką nagłą katastrofę. Nie chodzi o to, że szpadel jest naszym wrogiem. Są sytuacje, gdy przekopanie gleby ma uzasadnienie, zwłaszcza podczas zakładania nowego ogrodu albo tam, gdzie ziemia została wcześniej silnie zdegradowana. Warto jednak pamiętać, że każda taka ingerencja zmienia warunki życia. Organizmy przyzwyczajone do chłodniejszej, wilgotniejszej warstwy trafiają bliżej powierzchni. Te, które żyły płytko pod ściółką, zostają zakopane głębiej. Sieć zależności musi budować się od nowa. Podobnie działa ugniatanie gleby. Często nie zwracamy na nie uwagi. Przechodzimy wielokrotnie tą samą ścieżką, wjeżdżamy taczką, kosiarką albo ciężkim ciągnikiem. Z czasem przestrzenie wypełnione powietrzem stają się coraz mniejsze. Woda trudniej wsiąka, korzenie mają mniej tlenu, a mieszkańcom podziemnego świata coraz trudniej się poruszać. Czasami największe szkody nie powstają od jednego gwałtownego działania, lecz od setek drobnych czynności, które wydają się zupełnie niewinne.

Życie buduje życie

Coraz większą popularność zdobywają więc metody ograniczające ingerencję w życie gleby. Zamiast odwracać całe warstwy ziemi, wielu ogrodników wybiera jedynie jej płytkie spulchnianie. Pozostawia korzenie w gruncie po zbiorach, przykrywa powierzchnię ściółką, wysiewa rośliny okrywowe i regularnie dodaje kompost. Nie dlatego, że są to modne rozwiązania. Dlatego, że próbują współpracować z procesami rozwijanymi przez naturę od setek milionów lat. Ta zmiana sposobu myślenia dotyczy zresztą nie tylko ogrodów. Na całym świecie gleby znikają szybciej, niż potrafią się odtworzyć. Erozja zabiera najżyźniejszą warstwę, intensywna uprawa przyspiesza ubytek próchnicy, a kolejne drogi, parkingi i place przykrywają ziemię warstwą asfaltu lub betonu. Pod taką powierzchnią życie nie znika od razu, lecz z czasem cichnie. Zamyka się dopływ wody i powietrza, ustają naturalne procesy, które przez tysiące lat tworzyły żyzną glebę. Być może właśnie dlatego coraz częściej mówi się o ochronie gleby nie tylko jako o zadaniu rolników. To jedno z najważniejszych wyzwań naszych czasów. Trudno chronić lasy, rzeki czy bioróżnorodność, jeśli zapominamy o świecie, na którym wszystko to wyrasta.

Najpierw dżdżownica

Najłatwiej polubić dżdżownicę. Jest duża, powolna i zna ją każde dziecko. Gdy zapytamy, jakie zwierzę mieszka w ziemi, właśnie ona najczęściej pojawi się jako pierwsza. I trudno się dziwić. To jeden z najbardziej pracowitych mieszkańców podziemnego świata. Kopiąc korytarze, szuka pożywienia i schronienia. Przy okazji rozluźnia glebę, ułatwia wnikanie wody i powietrza, a jej tunele chętnie wykorzystują później korzenie roślin oraz wiele innych organizmów. Zjada opadłe liście, fragmenty obumarłych roślin i cząstki gleby. Wszystko przechodzi przez jej przewód pokarmowy, gdzie miesza się z mikroorganizmami i enzymami. To, co wraca na powierzchnię lub pozostaje w glebie, ma zupełnie inne właściwości niż materiał połknięty kilka godzin wcześniej. Jest bogatsze w związki łatwiej dostępne dla roślin i staje się miejscem intensywnego życia kolejnych mikroorganizmów. Dżdżownica nie jest jednak samotnym bohaterem tej historii. Jej korytarze szybko zamieniają się w drogi dla innych mieszkańców. Wnika nimi deszczówka. Rosną w nich korzenie. Strzępki grzybów wykorzystują je, by docierać do nowych źródeł pokarmu. W glebie niemal nic nie należy wyłącznie do jednego gatunku.

Kilka centymetrów dalej żyją stworzenia, których większość ludzi nigdy świadomie nie zauważy. Gdy odgarniam ściółkę, czasem wydaje mi się, że między drobinami próchnicy poruszył się pył. Dopiero po chwili dostrzegam maleńkiego skoczogonka. Przez moment stoi nieruchomo. Dotyka czułkami podłoża. Nagle znika jednym sprężystym skokiem. To właśnie ruch zdradza jego obecność. Gdyby nie on, łatwo byłoby uznać go za drobinę ziemi. Tymczasem takich maleńkich zwierząt mogą być tysiące na powierzchni jednego metra kwadratowego zdrowej gleby. Zeskrobują glony, zjadają grzyby, rozdrabniają materię organiczną i uczestniczą w przemianach, dzięki którym opadły liść stopniowo zamienia się w próchnicę. Każdy z nich wykonuje niewielką pracę. Razem tworzą proces, bez którego las, ogród ani pole nie mogłyby funkcjonować.

Geosmina – zapach niewidzialnego świata

Po deszczu ten ukryty świat przypomina o swoim istnieniu w jeszcze jeden sposób. Nie tylko wygląda inaczej. Pachnie. To zapach, który większość z nas zna od dzieciństwa. Świeża ziemia po letnim deszczu. Trudno go pomylić z czymkolwiek innym. Dzisiaj wiemy, że jedną z jego przyczyn jest geosmina, związek wytwarzany między innymi przez promieniowce. Po opadach łatwiej unosi się w powietrzu i dociera do naszych nosów. Dla naukowców jest substancją chemiczną. Dla wielu z nas pozostaje zapachem, który mówi, że świat odetchnął. Być może właśnie dlatego tak trudno mi nazwać glebę martwym podłożem. Nie jest biernym materiałem, na którym rosną rośliny. Jest żywą wspólnotą organizmów połączonych tysiącami zależności. Większości z nich nigdy nie zobaczymy. A jednak każdego dnia pracują na nasz chleb, owoce, lasy i łąki.

Pod ziemią trwa życie

Nie wiem, czy można nauczyć się szacunku do gleby z książek. Można przeczytać o bakteriach, grzybach i dżdżownicach. Zapamiętać, czym jest próchnica, mikoryza albo geosmina. To cenna wiedza. Sam lubię rozumieć świat. Mam jednak wrażenie, że najważniejsza lekcja zaczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek uklęknie i odgarnie dłonią ściółkę. Nie potrzeba mikroskopu ani laboratorium. Wystarczy kilka minut cierpliwości. Po chwili zaczynamy dostrzegać ruch. Potem zależności. Jeszcze później pojawia się coś znacznie trudniejszego do opisania. Znika przekonanie, że ziemia jest tylko tłem dla naszego życia. Okazuje się, że sami jesteśmy częścią świata, którego wcześniej prawie nie zauważaliśmy. Od tej chwili inaczej patrzy się na ogród. Inaczej na las. Inaczej na pole. Nawet miejski trawnik przestaje być tylko zieloną powierzchnią. Pod nim również trwa życie. Nie oznacza to, że odtąd przestaniemy kopać, sadzić czy zbierać plony. Jesteśmy częścią przyrody i od tysięcy lat korzystamy z jej darów. Być może warto jednak robić to z większą pokorą. Wiedząc, że każda garść żywej ziemi jest wspólnym dziełem niezliczonych organizmów, które od milionów lat wykonują swoją cichą pracę.

Lekcja w garści ziemi

Przez tysiące lat mówiliśmy o podboju przyrody. O podporządkowaniu rzek. O ujarzmianiu lasów. O zdobywaniu nowych terenów. Tymczasem żaden człowiek nie potrafi stworzyć garści żywej gleby. Możemy ją zniszczyć w ciągu kilku lat. Jej odtworzenie często trwa dziesiątki, setki, a czasem tysiące lat. To wystarczy, by spojrzeć na nią z większym szacunkiem. Kiedy więc następnym razem będziesz w ogrodzie, na leśnej ścieżce albo na polnej drodze, spróbuj na chwilę uklęknąć. Odsuń liście. Weź do dłoni odrobinę ziemi. Być może nie wydarzy się nic niezwykłego. A może zobaczysz największą społeczność, z jaką spotkałeś się w życiu. Tak blisko, że przez całe lata przechodziłeś nad nią, nawet o tym nie wiedząc.

***

Fot. Monika Mazurczak-Kaczmaryk

O autorze:

Leśnołaz – mieszkaniec wsi, wędrowiec, miłośnik przyrody i bloger. Prowadzi nietypowe życie towarzyskie: spotyka się z borsukami, podsłuchuje rozmowy sójek i od lat próbuje ustalić, czy kuny rzeczywiście mają poczucie humoru. Jest czytelnikiem starych śladów: dziupli, zwierzęcych ścieżek, próchniejącego drewna, grzybni ukrytej pod ściółką, tropów zwierząt przy babrzysku. Pisze o świecie, w którym człowiek nie jest centrum wydarzeń. W którym równoprawne miejsca zajmują drzewa, grzyby i owady. Gdzie drobne historie zapisują porosty, ptaki i skoczogonki. Opowiada o tym świecie z czułością i szacunkiem.

Książki autora:
Leśnołaz, Stary las. Zapiski z nauki uważności, tom I
Leśnołaz,Stary las. Sztuka obecności, tom II
Leśnołaz,Stary las.Lekcje z leśnych ścieżek, tom III

 

Artykuł powstał w ramach projektu „Aktywni w sołectwach”

 

Projekt „Aktywni w sołectwach” korzysta z dotacji w wysokości 1 215 927 € od Islandii, Liechtensteinu i Norwegii w ramach Funduszu Społeczeństwa Obywatelskiego EOG finansowanego ze środków Funduszy EOG i Funduszy Norweskich. Celem projektu jest wzmocnienie społeczeństwa obywatelskiego oraz zwiększenie udziału obywateli w życiu publicznym na obszarach wiejskich w Polsce poprzez rozwijanie kompetencji, odporności i współpracy sołtysów oraz wiejskich organizacji społecznych. Projekt będzie trwał od maja 2026 do maja 2031 roku.

Facebook
Twitter
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!