Był Chłopem Roku i Rolnikiem Roku. Jest sołtysem, przewodniczącym koła gospodyń wiejskich, szefem Świętokrzyskiej Izby Rolniczej i człowiekiem, który na kilku hektarach słabej gleby uprawia roślinę, o której mało kto słyszał. Szymon Płusa, sołtys Skarżyska Kościelnego opowiada o topinamburze, ludowych przyśpiewkach, sporze o wiejską świetlicę i o tym, dlaczego – mimo wszystko – nie zamierza odpuszczać.
<
— Zacznijmy od tytułu, który zwrócił moją uwagę. Dostał pan tytuł Chłopa Roku – to chyba niemałe wyróżnienie?

Tytuł Chłopa Roku to jest siedem konkurencji. Trzeba przedstawić swój region, zaśpiewać przyśpiewkę, zatańczyć z partnerką. Do tego dochodzi rzucanie do kosza i pchanie dużej opony na czas – takie próby, które pokazują wszystkie cechy prawdziwego mężczyzny. Dzierżyłem ten tytuł przez trzy lata, a potem przyszła pandemia i konkursu po prostu nie było.
— A skąd przyśpiewka i strój, w którym występuje Pan na zdjęciu?
To nasz oryginalny strój świętokrzyski. Przyśpiewkę śpiewałem w tym stroju regionalnym, z partnerką. U nas, niedaleko Wąchocka, jest znana przyśpiewka o tamtejszych okrągłych domach – podobno budowano je tak, żeby ludzie nie chowali się po kątach. Rolnika Roku dostałem z powiatu za uprawę, konkretnie za topinambur.
Roślina, która przetrwa minus 50 stopni
— Topinambur to roślina, którą niewiele osób zna. W sklepach praktycznie się go nie kupi.
W marketach zaczyna się już pojawiać, ale rzeczywiście nie jest to roślina szeroko znana. A ma właściwości prozdrowotne i dobrze rośnie na słabych glebach – nie trzeba mieć jakiejś super ziemi.

— Skąd w ogóle wzięła się ta uprawa u Pana?
To zaczęło się w ogródku mojej babci. Jak byłem mały, moim zadaniem było zbierać kurze odchody z grządek pod topinambur – wtedy nazywało się to słonecznik bulwiasty. Babcia z dziadkiem wykopywali bulwy jesienią, suszyli je na zapiecku, potem mielili w maszynce do mięsa i robili z tego coś w rodzaju herbaty. Dziadek zawsze mówił: napij się, wnusiu. Szczerze mówiąc, nie smakowało to za dobrze. Do samej uprawy wróciłem, kiedy zobaczyłem w internecie hodowcę, który zachwalał tę roślinę – że nie potrzeba do niej dobrej gleby. A u mnie akurat jest szósta klasa, czyli słaba.

— Jak wygląda sama uprawa?
To roślina wieloletnia, sadzi się ją jak ziemniaki – zresztą topinambur bywa nazywany ziemną gruszką. Ja mam dwie odmiany: Albik, bardziej podłużny i Rubik, o bulwie mniej foremnej. Sadzi się jesienią, zbiera na wiosnę, choć to zależy od tego, kto jak chce – cały cykl to około pół roku, od maja właściwie do jesieni. Sadzi się z bulw, dokładnie jak ziemniaki, tyle że w kolejnych latach już się tylko zbiera, bo roślina sama się odnawia. Małe bulwy, których nie zbierze kombajn, zostają w ziemi i wypuszczają pędy na następny rok. Niektórzy radzą też przełamywać łodygi jak cebulę – podobno wtedy wyrastają większe, choć przy dłuższym polu, jak u mnie, trudno to robić na każdej sztuce.
Roślina jest naprawdę wytrzymała – przetrwa mróz do minus pięćdziesięciu stopni. Kwitnie pod koniec października, na jednym pędzie potrafi być dwadzieścia, trzydzieści małych kwiatków, i wygląda to pięknie, kiedy jedzie się polem. Łodyga dochodzi do trzech metrów. Wprawdzie jest to roślina miododajna, ale pszczoły już wtedy nie latają, więc koledzy pszczelarze nie stawiają tam uli – boją się przymrozków. Łodygi po ścięciu rozdrabniam i zostawiam na polu jako nawóz, bo prowadzę uprawę ekologiczną.

— A co dokładnie robi się z bulwami i resztą rośliny?
Z bulw najczęściej wyciska się sok, robię z nich też kawę. Był kiszony na konkursach, był kandyzowany, a teraz przestawiam się głównie na liofilizowany, bo jest lekki, elegancki i zachowuje smak. Z liści robię herbatę, z kwiatów – miód, podobnie jak robi się miód z mniszka: zrywa się kwiaty i gotuje. Z bulw powstają też nalewki, o właściwościach prozdrowotnych i leczniczych.
Smak surowego topinambura przypomina trochę ziemniaka, a jedzony jak rzodkiewka – z solą, pieprzem i śmietaną – ma posmak orzecha laskowego. Najwięcej witamin ma na wiosnę. To wtedy zwykle go wykopuję, po przemarznięciu w ziemi.

— Był pan z nim nawet w telewizji.
Tak, w telewizji Bydgoszcz, w programie Kulinarne Potyczki, w odcinku pięćdziesiątym pierwszym. Robiliśmy tam kotlety z topinambura w sosie grzybowym, kawę z topinambura i rurki z kremem na słodko, z dodatkiem topinambura.
— A zdrowotne właściwości? Podobno to nie tylko ciekawostka kulinarna.
Topinambur zawiera unikalny kompleks węglowodanów, a do tego żelazo, krzem, cynk, magnez, potas, fosfor i witaminy z grupy B. Dobrze robi osobom z cukrzycą, podobno pomaga też przy raku jelita grubego. To roślina, która łatwo rośnie i ma mnóstwo prozdrowotnych właściwości.

— Sprzedaje pan bulwy?
Głównie wysyłam przez internet, zamówień powoli przybywa. Wysyłałem już pod Gdańsk, a nawet do Austrii – ludzie sadzili i byli zadowoleni. Próbowałem też wejść z topinamburem na targi w Niemczech, ale nie zostałem dopuszczony, bo prowadzę rolniczy handel detaliczny, a wpuszczano tylko zarejestrowanych przedsiębiorców. Tam zresztą chyba w ogóle nie bardzo wiedzą, co to za roślina.
Wiem, że wielu osobom pomógł. Kolega z pracy wyleczył sobie żylaki, smarując się sokiem z topinambura – pije się go po pięćdziesiąt gramów dziennie. Sam sok wyciskam w wolnoobrotowej maszynie, jak z marchewki, choć trwa to długo. W inkubatorze przedsiębiorczości, gdzie liofilizuję bulwy – najbliższy taki ośrodek jest ponad dwieście kilometrów od nas, w Gliwicach – używa się już pras.
— Dla kogoś, kto zastanawia się, co zrobić z kawałkiem słabszej ziemi, topinambur mógłby być pomysłem na start w rolnictwie?
Myślę, że tak. Skoro produkt ma tyle właściwości prozdrowotnych, nadaje się do jedzenia, to może być świetny sposób na wejście w rolnictwo dla kogoś, kto rolnikiem właściwie nie jest, ale ma kawałek ziemi piątej czy szóstej klasy i zastanawia się, co na niej posadzić.
Sołtys, śpiewak, działacz
— Poza uprawą topinambura ma Pan jeszcze kilka innych ról – społecznych.
Jestem sołtysem – to moja pierwsza kadencja. Jestem przewodniczącym koła gospodyń wiejskich, przewodniczącym Świętokrzyskiej Izby Rolniczej powiatu skarżyskiego, a do tego działam w Związku zawodowym rolnictwa Samoobrona. Ten związek ma swoją siedzibę w Brukseli, więc zdarzają się wyjazdy.
— To wszystko oprócz gospodarstwa, rodziny i pracy zawodowej.
Właśnie dlatego nie ma czasu się nudzić. Do tego dochodzą jeszcze wyjazdy kulinarne i występy artystyczne – śpiewamy trochę z zespołem, tańczymy. Mam koło gospodyń wiejskich, w którym kiedyś mieliśmy własny zespół, ale wójt zabrał nam świetlicę i teraz zespołu nie ma.

Świetlica, którą zbudowali sami, a wójt zamknął
— Wspomniał pan o świetlicy. Co się właściwie stało?
To ewenement na skalę kraju. Świetlicę adoptowaliśmy po Banku spółdzielczym w Wąchocku i Kółku Rolniczym, obudowaliśmy sami, własnymi rękami. Wójt nam ją zabrał i teraz stoi pusta – nie jest udostępniana mieszkańcom. Sprawa trafiła już do wojewody, a teraz jest w Strasburgu. Zobaczymy, jak się to rozstrzygnie.
Jako klub sportowy mieliśmy tam kiedyś sekcję szachową, bilardową, tenisa stołowego, wyjeżdżaliśmy na turnieje. Wszystko to upadło. Mam jeszcze trzydzieści szachownic, które podarował nam Janusz Korwin-Mikke, gdy u nas bywał, jest stół do bilarda z marmurową płytą, dwa stoły do tenisa, nagłośnienie – ale wszystko zamknięte.
— Jak to się zaczęło – ta świetlica powstała jeszcze za innego wójta?
Najpierw budynek służył jako klub sportowy. Potem ówczesny wójt zaproponował, żeby przekształcić go w świetlicę wiejską, bo można było dzięki temu pozyskać pieniądze. Tak zrobiliśmy – dostaliśmy między innymi cztery komputery, ludzie przychodzili na naukę obsługi komputera. Do dziś formalnie widnieje jako świetlica środowiskowa, na tej podstawie pozyskiwaliśmy kolejne środki. Mieliśmy tam własne nagłośnienie, około sześćdziesięciu talerzy i wszystko, co potrzebne, bo to sołtysi odpowiadali za organizację zajęć w soboty i niedziele. Teraz to wszystko stoi puste.
— A obecny wójt tłumaczy się z tego jakoś?
Nie rozumiem tej postawy. Nawet kiedy organizowaliśmy wyjazd na konkurs Miss Wdzięku 45 Plus do Warszawy, na Narodowy, nie dostaliśmy nawet busa. Myślę, że po prostu brakuje mu tej siły, którą ma nasza społeczność – że ludzie się wokół czegoś gromadzą i coś razem robią.
W innym budynku powstał za to gminny ośrodek kultury, z dwoma pomieszczeniami. Kiedy tamtejszy dyrektor pochwalił się w internecie turniejem tenisa stołowego z ośmioma zawodnikami, nie mogłem się powstrzymać, żeby mu nie przypomnieć, że w naszej świetlicy na trzech stołach grywało nawet sześćdziesięciu zawodników, od piętnastej do dwudziestej pierwszej. Nie ma porównania.
— Jak pan to wszystko znosi – ta walka musi być wyczerpująca.
Wierzę, że takie rzeczy w końcu wracają do człowieka – że prędzej czy później każdy poczuje na własnej skórze skutki tego, co robi innym. Liczymy na to, że Strasburg jeszcze coś zmieni.
Życie toczy się dalej
— Mimo tego sporu, wasze życie towarzyskie chyba nie stanęło w miejscu?
Zrobiłem na własnym terenie, pod lasem – altany i tam się teraz spotykamy, na łonie natury. Bywa u mnie po siedemdziesiąt, osiemdziesiąt osób, rekord to sto dwadzieścia. Mamy własne bryczki i sanie na kółkach, mieszczą osiemdziesiąt osób naraz – odpalam ciągnik i jedziemy sobie spokojnie, z jednej strony topinambur, z drugiej zielona natura i świeże powietrze. To jest życie.



— A jakie są koszty prowadzenia takich spotkań w gminnym ośrodku kultury?
Koło gospodyń wiejskich miało w zeszłym roku podpisaną umowę na dwie godziny miesięcznie za darmo, za resztę trzeba płacić – w weekend pięćset złotych, w tygodniu nieco ponad sto. Kiedy sami mieliśmy świetlicę, wójt pytał, jak to utrzymamy. Odpowiedziałem, że jedna rada sołecka da dziesięć tysięcy, druga pokryje media, a sprzątaliśmy sami, więc nie trzeba było zatrudniać nikogo. Jakoś sobie radziliśmy.
Zespół, muzyka i sztuczna inteligencja
— Wspominał pan o zespole i piosenkach.
Wszystkie teksty piosenek są nasze, własne. Grał u nas akordeonista, perkusista i skrzypaczka, ale niestety wszyscy odeszli – jeden dostał udaru, drugi się przewrócił i uderzył w głowę, skrzypaczka zmarła nagle, z dnia na dzień. To już osoby po sześćdziesiątce, czas robi swoje. Teraz zaczynamy nagrywać z podkładem tworzonym przez sztuczną inteligencję – wpisuje się tekst i program generuje muzykę. Trzeba korzystać z narzędzi, które są dostępne.

— A młodzi ludzie? Nie garną się do takich inicjatyw?
Niestety nie, młodzież w większości wyjechała za granicę. U nas w Skarżysku zamykają się kolejne zakłady pracy, choć kiedyś było ich tu najwięcej w regionie. Moja siostra ma troje dzieci i wszystkie wyjechały do Anglii. Z moich trzech synów jeden jest we Wrocławiu, drugi w Krakowie, a trzeci właśnie dostał kontrakt do Anglii. Każdy idzie tam, gdzie są pieniądze – trzeba z czegoś żyć.
— A rolnictwo – da się dziś z niego wyżyć?
Ceny są takie, że trudno. Ropa kosztuje osiem złotych, a zboże osiemset za tonę – jeszcze niedawno pszenica szła po tysiąc czterysta, teraz nie ma komu jej kupić. Nawet koledzy ze stu hektarami mają dziś pod górkę, bo susza robi swoje. Do tego zamykają linie kolejowe, zastępuje je komunikacja autobusowa, a modernizacja, dopóki się nie zakończy, ma trwać kolejne kilka lat.
Kiedy pytam Szymona Płusę, jak daje radę przy tylu obowiązkach i przy sporze, który ciągnie się już od czterech lat, odpowiada:
– Życie jest krótkie, więc jak ktoś chce działać, to niech działa, a jak ktoś nie chce, niech chociaż nie przeszkadza.
Plantator ekologicznego topinamburu – kontakt – szymonplusa@o2.pl
Foto: Facebook Szymona Płusy