Na podstawie wystąpienia Małgorzaty Jagody – prezeski Stowarzyszenia Sołtysi Ziemi Lubuskiej, byłej sołtyski Letnicy w gminie Świdnica – podczas Ogólnopolskiego Spotkania Aktywni w Sołectwach w Cedzynie.

Małgorzata Jagoda.
Są w Polsce sołtysi, którzy wiedzą, co to znaczy być zdanym wyłącznie na siebie. Wichura, która w 2017 roku przetoczyła się przez Rytel, powaliła drzewa, zerwała linie energetyczne i odcięła wieś od świata. Przez trzy doby nie dojechała żadna pomoc z zewnątrz. Sołtys improwizował na własną rękę – i dał radę, bo znał swoich ludzi i wiedział, kto ma ciągnik, a kto może wziąć szpadel i ruszyć z pomocą.
Ale ile razy ten scenariusz może się skończyć dobrze bez żadnego przygotowania?
To pytanie postawiła Małgorzata Jagoda podczas Ogólnopolskiego Spotkania Aktywni w Sołectwach w Cedzynie, gdzie przedstawiła projekt Sołeckich Planów Bezpieczeństwa – praktycznych, sporządzanych oddolnie dokumentów, które mają sprawić, by każde sołectwo wiedziało, co robić, zanim dotrze pomoc z zewnątrz.
Pierwsze 72 godziny. Czas, który decyduje o wszystkim
Wyobraź sobie, że dzwonisz na 112, a w słuchawce nie słychać nic. Albo że słyszysz, że ratownicy i tak nie mogą dotrzeć, bo drogi są zablokowane, a helikopter nie wystartuje przez wiatr. Taka sytuacja, może się pojawić w naszym sołectwie, szczególnie w dobie zmian klimatycznych, kiedy coraz częściej mamy do czynienia z gwałtownymi zjawiskami atmosferycznymi. Pierwsze 72 godziny po poważnej katastrofie to międzynarodowy standard. W tym czasie lokalna społeczność jest zasadniczo sama.
– Powiem, co usłyszałam od jednego z prelegentów Dnia Sołtysa w Zielonej Górze. Kiedy Łukasz Ossowski – który był sołtysem Rytla w czasie wichury stulecia w 2017 r., przyznał wprost: mieliśmy dokładnie to, czego nie powinniśmy mieć, czyli brak planu. Że sobie poradziliśmy, to zasługa szczęścia i dobrych ludzi, nie systemu – mówiła Małgorzata Jagoda. – Dlatego właśnie zajmujemy się tymi planami. Na pytanie ze strony sołtysa Rytla, czy Łukasz Dudzic, główny twórca koncepcji sołeckich planów bezpieczeństwa bazował na jego doświadczeniach? Odpowiedź brzmiała: NIE. Tutaj teoria spotkała się z praktyką zupełnie naturalnie.
Sołecki plan bezpieczeństwa to – jak mówią twórcy projektu – instrukcja obsługi sołectwa na trudny czas. Nie kolejny dokument do urzędowej szuflady, lecz żywy wspólnie tworzony „podręcznik”, który odpowiada na konkretne pytania: kto będzie dowodził, jak będziemy się komunikować bez prądu i internetu, skąd weźmiemy wodę, komu trzeba będzie pomóc jako pierwszemu.
Sołtys szefem sztabu – choć prawo o nim zapomniało
W polskim prawie jest pewien paradoks. Kiedy w gminie wybucha kryzys, mieszkańcy instynktownie idą pod dom sołtysa. On jest pierwszą osobą, do której się zwracają. Tymczasem ustawa o ochronie ludności w zasadzie pomija sołtysa milczeniem. Nie ma tam zapisanej jego roli, nie ma uprawnień, nie ma obowiązków.
– Zapytałam uczestników szkolenia: ilu sołtysów w waszej gminie wie, kto jest gminnym urzędnikiem ds. zarządzania kryzysowego? Można było ich policzyć na palcach jednej ręki. A to właśnie z taką osobą każdy sołtys powinien być w kontakcie. Niestety, większość nie wie nawet, że takie stanowisko istnieje – mówiła Małgorzata Jagoda.
Ten strukturalny brak można jednak zagospodarować od dołu. Sołecki plan bezpieczeństwa nie czeka na ustawę – tworzy się go na poziomie wsi, przy stoliku, w gronie kilku osób, które chcą wziąć odpowiedzialność.
Jak podkreśla Małgorzata Jagoda: nie chodzi o to, żeby rzucać na sołtysa kolejny ciężar. Chodzi o to, żeby był przygotowany – bo tak czy inaczej, w chwili kryzysu to on stanie się centrum dowodzenia.
Co jest w planie?
Plan nie jest grubą książką. To kilkanaście stron, które odnoszą się do siedmiu konkretnych obszarów życia wsi.
Alarmowanie i komunikacja. Jak dowiemy się o zagrożeniu? Jak poinformujemy mieszkańców, gdy nie będzie internetu i sieci komórkowej? Tu pada zawsze trudne pytanie: czy ktoś z waszej wsi ma krótkofalówkę? I czy wie, jak jej użyć?
Energia, woda, ogólne zasoby. Kto ma agregat? Kto ma studnię? Kto ma ciągnik i piłę spalinową? Brzmi banalnie, ale Małgorzata Jagoda mówi wprost – połowa sołtysów, z którymi rozmawia, nie ma pojęcia o zasobach swoich sąsiadów. A w kryzysie ta wiedza jest bezcenna.
Kapitał ludzki. Czy we wsi jest lekarz, pielęgniarka, ratownik medyczny? Czy jest weterynarz – który ma wiedzę i sprzęt? To zasoby, których nikt nie wpisuje do urzędowych rejestrów, a mogą ocalić życie.
Grupy wrażliwe. Kto we wsi wymaga pomocy w pierwszej kolejności? Osoby starsze, niepełnosprawne, samotne. Pacjenci, którzy potrzebują zasilania urządzeń medycznych. Ta część planu jest szczególnie delikatna – zawiera dane wrażliwe, którymi nie można się nieostrożnie dzielić.
Zarządzanie i role. Kto dowodzi? Kto go zastąpi, jeśli go nie będzie? Plan musi odpowiadać nie na pytanie „co robimy”, lecz „kto to robi”. Bez wyznaczonych ról każdy czeka na instrukcje i nikt nie rusza się z miejsca.
Miejsce zbiórki. Jedno z góry ustalone, bezpieczne miejsce. Najczęściej świetlica wiejska z możliwością podłączenia agregatu. Tu mieszkańcy wiedzą, gdzie się zgłosić, gdy wszystko inne zawiedzie.
Plan rodzinny. Najlepszy plan sołecki nie zadziała, jeśli poszczególne rodziny są nieprzygotowane. Dlatego w dokumencie jest również krótki schemat do wypełnienia w domu: numer telefonu sąsiada, zapas wody na trzy doby, podstawowe leki, latarka z nowymi bateriami.
Poufność – plan to nie post na Facebooku
Małgorzata Jagoda mocno akcentuje jeden wątek, który często bywa bagatelizowany. Plan może zawierać dane wrażliwe – kto działa w organizacjach, kto ma ciężki sprzęt, kto jest przewlekle chory, kto mieszka sam. Taka wiedza w rękach niepowołanych osób może być użyta przeciwko mieszkańcom, nie dla ich dobra.
– Nie publikujemy planu na Facebooku. Nie wywieszamy w świetlicy. Dokument trafia do sołtysa i rady sołeckiej, jest przechowywany w bezpiecznym miejscu i używany wyłącznie wtedy, gdy naprawdę tego potrzebujemy – podkreśla.
Najtrudniejszy krok – zebranie mieszkańców
Nie samo pisanie planu jest najtrudniejsze. Najtrudniejsze jest zebranie ludzi. Wielu sołtysów, którzy mówią o bezpieczeństwie, napotyka na jedną przeszkodę – mieszkańcy boją się, że przyjdą na spotkanie o katastrofach i wyjdą z niego przerażeni. Dlatego Małgorzata Jagoda radzi: nie należy organizować zebrania w sprawie zagrożeń. Należy zorganizować zebranie w sprawie tego, jak zadbać o naszą wspólnotę.
– Odporność wspólnoty porównuję do liny z wielu nitek – mówi.
– Każda rodzina, która ma latarkę i wiedzę, do kogo dzwonić, to jedna nitka mocniej skręcona. Nawet jeśli kilka nitek pęknie w kryzysie, cała lina wytrzyma. A bez przygotowania – pęka natychmiast.
Cenne jest również to, co dzieje się przy okazji tworzenia planu: mieszkańcy poznają się na nowo. Plan bezpieczeństwa staje się przy okazji katalizatorem więzi sąsiedzkich.
Plan żywy – testuj, aktualizuj, nie chowaj na półkę
Dokument stworzony raz i zapomniany jest bezwartościowy. Ludzie się przeprowadzają, sprzęt się psuje, numery telefonów się zmieniają. Dlatego rekomendowana jest jego aktualizacja co najmniej raz do roku – najlepiej przy okazji zebrania wiejskiego dotyczącego funduszu sołeckiego, bo to spotkanie zawsze się odbywa.
Ważniejsze są jednak ćwiczenia praktyczne. Sprawdzenie, czy agregat odpala, czy paliwo nie jest stare, czy krótkofalówki działają na całą wieś. Wzorem krajów skandynawskich można raz w roku przeprowadzać „tydzień gotowości”, podczas którego każda rodzina sprawdza swój domowy plan awaryjny.
– Chodzi o to, żeby ludzie mieli poczucie sprawczości – mówi Małgorzata Jagoda.
– Kiedy razem ćwiczymy, przestajemy się bać. Nie dlatego, że zagrożenie nie istnieje, ale dlatego, że wiemy, co będziemy robić. To wielka różnica.
Lubuski pilotaż i plany na przyszłość
Projekt był już wdrażany pilotażowo w województwie lubuskim. Obejmował szkolenia z pierwszej pomocy, zarządzania kryzysowego i komunikacji w trudnych sytuacjach, a także wsparcie merytoryczne przy tworzeniu planów w konkretnych sołectwach. Efekty potwierdziły, że koncept działa, ale skala wymaga finansowania.
Istnieje program, który przygotowuje Narodowy Instytut Wolności – z budżetem 10 milionów złotych. Lokalne społeczności będą mogły ubiegać się o granty do 30 tysięcy złotych na tworzenie planów, szkolenia i doposażenie – zakup agregatów, krótkofalówek, apteczek.
Materiały – gotowe scenariusze spotkań z mieszkańcami, karty zasobów, poradnik bezpieczeństwa – są dostępne.
– To, co was blokuje, to nie wiedza i nie narzędzia. To tylko jedno zebranie, które trzeba zwołać – mówi Małgorzata Jagoda.
Do kogo zapukasz, gdy telefon będzie milczał?
Kończy swoje wystąpienie pytaniem, które powinno być punktem wyjścia dla każdej sołtyski i sołtysa.
– Wiecie do kogo zapukać, gdy Wasz telefon przestanie działać?
***