Od sześciu lat zmienia niewielkie Broniki w miejsce coraz bardziej przyjazne mieszkańcom. Wspólnie z grupą zaangażowanych osób stworzyła przestrzeń do spotkań, pozyskała środki zewnętrzne, zorganizowała dziesiątki wydarzeń integracyjnych i doprowadziła do wielu inwestycji infrastrukturalnych. Za swoją działalność została w tym roku uhonorowana tytułem „Sołtysa Roku” w konkursie organizowanym przez Gazetę Sołecką. O tym, jak wyglądała jej droga do funkcji sołtyski, co udało się osiągnąć w Bronikach i jakie ma plany na przyszłość, rozmawiamy z Agnieszką Walczak.
Przemysław Chrzanowski, Witryna Wiejska: Zostałaś sołtyską w 2019 roku, ale to nie był pierwszy start w wyborach.

Agnieszka Walczak, sołtyska wsi Broniki: – To prawda. Kandydowałam już wcześniej. Mieszkałam wtedy w Bronikach od około roku, zaczęły się tworzyć pierwsze relacje sąsiedzkie i poszłam na zebranie wiejskie. Ktoś zapytał mnie wtedy, czy nie chciałabym kandydować. Nieco zaskoczona odpowiedziałam, że chcę. Wystartowałam i zabrakło mi zaledwie dwóch głosów.
Dziś wiem, że tamta porażka była bardzo potrzebna. Wykorzystałam kolejne cztery lata na przygotowanie się do tej funkcji. Wtedy właściwie nie wiedziałam, czym naprawdę zajmuje się sołtys. Wiedziałam oczywiście, kim jest, bo wychowałam się na wsi, ale nie znałam jego kompetencji, obowiązków ani możliwości działania. Przez te cztery lata zdobywałam wiedzę, poznawałam przepisy i zasady funkcjonowania samorządu. Kiedy kandydowałam ponownie w 2019 roku, robiłam to już całkowicie świadomie.

To przygotowanie pomogło później na starcie?
– Bardzo. Dzięki temu początki nie były dla mnie trudne. Wiedziałam już, jak zwoływać zebrania wiejskie, jakie są procedury i jakie możliwości daje fundusz sołecki. Nie dostałam jednak żadnego „pakietu startowego”. Od poprzedniego sołtysa nie otrzymałam żadnych dokumentów, segregatorów, sprawozdań czy wskazówek. Wszystkiego musiałam dowiadywać się sama w urzędzie gminy.
Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, było zwołanie zebrania wiejskiego w sprawie zmiany przedsięwzięć w funduszu sołeckim. Wiedziałam, że jeśli chcemy coś zmieniać, potrzebujemy środków. Drugim ważnym krokiem było podpisanie z gminą umowy użyczenia budynku po OSP na dziesięć lat. Dzięki temu dawny budynek remizy stał się świetlicą wiejską i mogliśmy inwestować w niego środki z funduszu sołeckiego. To otworzyło przed nami ogromne możliwości.

Jak wyglądały pierwsze działania po objęciu funkcji?
– Scenariusz był podobny jak w wielu wsiach. Przez lata niewiele się działo. Kiedy zostałam sołtyską, miałam jednak obok siebie grupę bardzo zaangażowanych ludzi. Spotykaliśmy się wcześniej i często rozmawialiśmy o tym, że chcielibyśmy coś zmienić. Gdy objęłam funkcję, zaczęliśmy działać. I nagle okazało się, że pomysłów jest mnóstwo.
Organizowaliśmy festyny, warsztaty, ogniska, spotkania dla dzieci z harcerzami, wydarzenia integracyjne dla mieszkańców, przyjmowaliśmy rajdy rowerowe. Robiliśmy zarówno duże imprezy dla ponad stu osób, jak i mniejsze spotkania tylko dla naszych mieszkańców. Każda z tych inicjatyw była potrzebna, bo budowała więzi społeczne.

Broniki są niewielką miejscowością. Mamy niespełna osiemdziesięciu mieszkańców uprawnionych do głosowania. To nie jest armia ludzi gotowych do działania. Ale jest grupa około dziesięciu osób, która od lat angażuje się w kolejne przedsięwzięcia. To właśnie dzięki nim udało się tak wiele zrobić.
W pewnym momencie powstało również Koło Gospodyń Wiejskich.
– Tak. Założyłam je w 2021 roku. Chciałam, żebyśmy mogli sięgać po środki zewnętrzne i realizować projekty, których nie dałoby się sfinansować wyłącznie z funduszu sołeckiego. To była bardzo dobra decyzja. Dzięki osobowości prawnej mogliśmy aplikować o dotacje i organizować jeszcze więcej wydarzeń.

Brałyśmy udział między innymi w pilotażowej edycji programu „Danie Wspólnych Chwil” Fundacji Biedronki. Byłyśmy jednym ze stu kół w Polsce zaproszonych do tego programu. Później uczestniczyłyśmy również w kolejnych edycjach. Organizowaliśmy bale karnawałowe dla dzieci, spotkania integracyjne dla seniorów, wydarzenia dla mieszkańców całej gminy. Udało się nawet współorganizować dożynki gminno-parafialne dla ponad pięciuset osób. Dla tak małej miejscowości było to ogromne wyzwanie.
Często mówi się, że sołtys jest wart tyle, ilu ludzi potrafi zgromadzić wokół siebie. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem?
To prawda, ale tylko do pewnego stopnia. Sołtys rzeczywiście potrzebuje ludzi, bo bez zaangażowanych mieszkańców nie da się budować aktywnej społeczności ani realizować wielu inicjatyw. Wsparcie innych jest niezwykle ważne. Z drugiej strony sołtys musi być także liderem, który potrafi podejmować decyzje i brać za nie odpowiedzialność. Nie może opierać się wyłącznie na tym, co powiedzą inni. Przez lata miałam wokół siebie grupę osób, na które mogłam liczyć, ale wiele spraw organizowałam samodzielnie. Pomagała mi w tym dobra organizacja pracy, umiejętność planowania i konsekwencja w realizacji celów. Dlatego uważam, że skuteczny sołtys powinien umieć zarówno współpracować z mieszkańcami, jak i samodzielnie wyznaczać kierunek działania. Jedno bez drugiego nie wystarczy.

Spodziewałaś się tytułu „Sołtysa Roku”?
– Nie. Oczywiście wiele osób mówiło mi, że powinnam zgłosić swoją kandydaturę i że mam szanse, ale sama nie byłam tego taka pewna. Formularz konkursowy był wymagający. Przygotowywałam zgłoszenie praktycznie w ostatnim tygodniu przed terminem, bo wcześniej pochłaniały mnie inne obowiązki. Wysłałam dokumenty i po prostu czekałam.
Jak zareagowałaś na telefon z informacją o wygranej?
– Byłam ogromnie zaskoczona i bardzo szczęśliwa. Jestem osobą, która stara się robić swoje, nie oczekując nagród. Jeśli coś ma przyjść, to przyjdzie. Dlatego telefon z informacją o zwycięstwie był dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Zwłaszcza że jestem sołtyską niewielkiej miejscowości i rywalizowałam z osobami mającymi znacznie większe doświadczenie oraz wiele kadencji za sobą. To nagroda nie tylko dla mnie. To sukces całej społeczności Bronik i wszystkich ludzi, którzy przez lata działali razem ze mną.

Jak Broniki zmieniły się przez lata twojego sołtysowania?
– Zmieniły się przede wszystkim pod względem infrastruktury. Kiedy zaczynałam swoją pierwszą kadencję, wiele rzeczy wymagało uporządkowania i stworzenia praktycznie od podstaw. Dziś mamy utwardzone drogi prowadzące niemal do wszystkich posesji, trwa budowa ścieżki pieszo-rowerowej przez całą miejscowość aż do szkoły, pojawiło się nowe oświetlenie w ważnych punktach wsi. Udało się też pozyskać środki na drogę dojazdową do gruntów rolnych i zamontować dodatkową lampę w newralgicznym miejscu.
Ogromną przemianę przeszło również centrum życia społecznego wsi. Budynek, który niegdyś pełnił funkcję remizy, dzięki podpisanej z gminą umowie stał się świetlicą wiejską, co otworzyło możliwość jego systematycznego rozwoju. Zagospodarowaliśmy teren wokół świetlicy, stworzyliśmy miejsce spotkań mieszkańców, rozbudowaliśmy plac zabaw, postawiliśmy wiatę, doposażyliśmy sale i krok po kroku tworzyliśmy Bronikowski Zakątek Kreatywności. Obecnie kończymy wyposażanie kuchni, dzięki czemu cały obiekt został już kompleksowo zagospodarowany i służy mieszkańcom jako nowoczesna przestrzeń integracji oraz aktywności społecznej.

Nasze działania zostały docenione także poza miejscowością. Za pomysł Bronikowskiego Zakątka Kreatywności otrzymaliśmy nagrodę w wysokości 5000 zł w konkursie „Działania proekologiczne i prokulturowe w ramach Strategii Rozwoju Województwa Wielkopolskiego”. Zdobyliśmy również wyróżnienie na szczeblu wojewódzkim w konkursie „Fundusz Sołecki – Najlepsza Inicjatywa” za rozwój zakątka i organizację warsztatów dla mieszkańców. Nasza aktywność została także zauważona w konkursie „Aktywna Wieś Wielkopolska”, organizowanym przez Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego, w którym również otrzymaliśmy wyróżnienie.
Ale równie ważne jak inwestycje były dla mnie zmiany społeczne. Bardzo zależało mi na tym, żeby mieszkańcy zaczęli ze sobą rozmawiać, spotykać się i wspólnie działać. I to się udało. Przez lata organizowaliśmy festyny, warsztaty, spotkania integracyjne, wydarzenia dla dzieci i seniorów. Dzięki temu nawiązały się relacje, które trwają do dziś. Nawet jeśli mieszkańcy nie uczestniczą już tak licznie we wszystkich inicjatywach, to te więzi pozostały.

Czy wszystkich mieszkańców udało się zachęcić do aktywności?
– Nie. I po kilku latach nauczyłam się to akceptować. Szczególnie starsza część mieszkańców pozostała raczej bierna. Próbowaliśmy różnych sposobów – organizowaliśmy spotkania, przygotowywaliśmy zaproszenia, osobiście zachęcałam ludzi do udziału w wydarzeniach. Z czasem zrozumiałam jednak, że nie da się nikogo zmusić do aktywności. Niektórzy po prostu nie mają takiej potrzeby. Najważniejsze jest dla mnie to, że udało się zbudować grupę osób, które chcą działać i którym zależy na tej miejscowości.
Patrząc na to wszystko, z czego jesteś dziś najbardziej dumna jako sołtyska?
– Chyba właśnie z tego, że udało się połączyć rozwój infrastruktury z budowaniem społeczności. Można wyremontować budynek, postawić wiatę czy wybudować drogę, ale najtrudniej jest sprawić, żeby ludzie chcieli się spotykać i działać razem. Kiedy dziś patrzę na świetlicę, wydarzenia organizowane przez mieszkańców i na to, jak bardzo zmieniło się nasze otoczenie, mam poczucie, że ten wysiłek miał sens.

Dziś mówisz, że wiele najważniejszych inwestycji jest już zrealizowanych. Czy to oznacza, że przed Bronikami stoją zupełnie nowe wyzwania?
– Trochę tak. Paradoksalnie po kilku latach intensywnego działania największym problemem zaczyna być nie brak pieniędzy, ale brak kolejnych pilnych potrzeb. W małym sołectwie, takim jak nasze, udało się już zrealizować bardzo wiele – wyposażona jest świetlica, zagospodarowane zostało jej otoczenie, wspólnie z samorządem Rychwała poprawiliśmy drogi i bezpieczeństwo mieszkańców. Dlatego teraz jeszcze większego znaczenia nabiera wspólne planowanie przyszłości i rozmowa o tym, jak mieszkańcy wyobrażają sobie rozwój Bronik w kolejnych latach.
Jesteś znana z tego, że chętnie dzielisz się doświadczeniem i wspierasz innych sołtysów oraz koła gospodyń wiejskich. Skąd bierze się taka postawa?
Bo nie rozumiem, dlaczego miałabym postępować inaczej. Czasem słyszę pytania, po co dzielę się swoją wiedzą i doświadczeniem. Niektórzy uważają, że wypracowane rozwiązania powinno się zachować dla siebie. Ja patrzę na to zupełnie inaczej. Sama pamiętam, jak trudno było mi na początku, kiedy wielu rzeczy musiałam uczyć się metodą prób i błędów. Skoro ja przeszłam tę drogę, to dlaczego miałabym utrudniać start innym?
Jeżeli mogę komuś podpowiedzieć, jak napisać wniosek, zdobyć dofinansowanie, zorganizować wydarzenie czy rozwiązać jakiś problem, to po prostu to robię. Współpraca i wymiana doświadczeń sprawiają, że wszyscy stajemy się skuteczniejsi. Dzięki temu rozwijają się nie tylko pojedyncze sołectwa czy koła gospodyń, ale całe lokalne społeczności. I właśnie o to w tym wszystkim chodzi.

Agnieszka Walczak za dziesięć lat – nadal sołtyska?
– Nie wiem. Już teraz myślę o tym, kto mógłby mnie kiedyś zastąpić. Uważam, że odpowiedzialny lider powinien przygotowywać następców. Jest osoba, która od początku angażuje się w działania społeczne i widzę w niej potencjał. Jeśli kiedyś zdecyduje się kandydować, z pewnością przekażę jej całą wiedzę i będę służyć pomocą. Tak powinno to wyglądać.
A prywatnie?
– Nadal chcę inwestować w siebie. Uczestniczę w szkoleniach, konferencjach, rozwijam kompetencje miękkie i administracyjne. Coraz częściej prowadzę warsztaty i prelekcje. Czuję, że jestem na to gotowa. Mam też kolejne plany. Na razie jeszcze o nich nie mówię, ale za jakiś czas same staną się widoczne. Jednego jestem pewna: nadal chcę działać dla ludzi i lokalnych społeczności.
***
Zdjęcie otwierające – źródło Senat RP.