Rozmowa z Tomaszem Sipakiem, Sołtysem Zamku Bierzgłowskiego i Radnym Gminy Łubianka, o tym, jak samorząd może realnie chronić zwierzęta i dlaczego większość gminnych programów opieki nad zwierzętami bezdomnymi to wciąż gaszenie pożaru, oraz co każdy z nas jako mieszkaniec, sołtys czy radny może konkretnie zrobić, by to zmienić.
Piotr Subotkiewicz, Witryna Wiejska: Dlaczego zająłeś się kwestią opieki nad zwierzętami w swoim sołectwie?

Tomasz Sipak: Świadomość społeczna w tej kwestii zmienia się na naszych oczach. Coraz więcej ludzi rozumie, że zwierzę to nie jest rzecz — to istota żywa, która czuje ból, stres, strach, cierpienie. I to, jak ją traktujemy, mówi bardzo wiele o nas samych jako społeczeństwie. Ochrona zwierząt to nie tylko pomoc — to budowanie empatii i odpowiedzialności. A te wartości są fundamentem lepszego społeczeństwa.
Jako sołtys jestem na pierwszej linii frontu — najbliżej ludzi. I coraz częściej to do mnie zgłaszają się mieszkańcy z konkretnymi problemami: sąsiad trzyma psa na łańcuchu całą dobę, buda nie jest zadaszona, miska pusta. Ktoś inny widzi porzucone koty w stodole, ktoś pyta, co zrobić z bezdomnym psem. To sygnały, że świadomość rośnie, ale system wsparcia za nią nie nadąża.
Jak reagujesz, gdy trafia do Ciebie taki problem?
Zawsze zaczynam od rozmowy — bezpośrednio, w cztery oczy i dostosowuję podejście do człowieka, z którym rozmawiam. Inaczej rozmawiam z kimś, kto ma wysoki poziom empatii wobec zwierząt, inaczej na przykład z rolnikiem, który ma swoje wieloletnie przyzwyczajenia i realne problemy — dziki niszczące uprawy, zagrożenie ze strony wilków. Miałem taką sytuację: rolnik wziął psa ze schroniska i przywiązał go na długim łańcuchu przy polu, żeby odstraszał dziki. Zamiast go krytykować, powiedziałem wprost: jeśli chcesz zrobić z psa kolację dla wilka, zostawiaj go tam w nocy. Dotarło. Czasem trzeba mówić obrazowo, nie moralizować.
Czy zawsze udaje się dogadać?
Nie zawsze i nie od razu. Mam za sobą trudne doświadczenie z kołem łowieckim. Zaczęło się od tego, że mieszkanka zgłosiła mi, iż przy jej posesji odstrzelono jelenia — zaledwie 85 metrów od zabudowań, podczas gdy prawo łowieckie nakazuje minimum 150 metrów. Do tego polowanie nie było właściwie oznakowane: jeden drogowskaz przy dukcie leśnym, reszta nieoznakowana. Mieszkańcy wchodzili do lasu, nie mając pojęcia, że trwa polowanie. Prezes koła bronił się, że gmina umieściła informację na BIP-ie — ale kto z nas wchodzi jesienią na gminny BIP, żeby sprawdzić plan polowań?
Pojechałem do okręgowego związku łowieckiego w Toruniu, bo prezes i sekretarz koła mnie ignorowali. Ale zamiast rzucać paragrafami, zadałem proste pytanie: czy wy sami chcielibyście, żeby wasze żony i dzieci szły na spacer do lasu nie wiedząc, że akurat trwa polowanie? Czy żeby miały wybór — pójść gdzie indziej, nie narażać się? Zrozumieli. Od tamtej pory współpracujemy z kołem łowieckim – wszystkie polowania są oznakowane, dostaję informacje z wyprzedzeniem, publikuję je na fanpage’u sołectwa i na tablicach. Budowanie relacji przez rozmowę, a nie przez konflikt, naprawdę działa.
Mówisz o działaniach na poziomie relacji międzyludzkich. Ale czy są też narzędzia systemowe, które sołtys może uruchomić?
Tak i warto zacząć właśnie od nich. Każda gmina w Polsce ma obowiązek co roku uchwalić Program Opieki nad Zwierzętami Bezdomnymi i Zapobiegania Bezdomności Zwierząt — tak brzmi jego pełna nazwa. Musi być gotowy do końca marca. To dokument, który określa, na co gmina przeznacza środki: umowa ze schroniskiem, opieka weterynaryjna, koty wolno żyjące, usypianie ślepych miotów.
Sołtys może — i powinien — ten program przejrzeć. Można go znaleźć na BIP-ie gminy w zakładce z uchwałami, albo po prostu poprosić właściwy wydział urzędu o udostępnienie. Niektórzy preferują formalne pytanie w trybie ustawy o dostępie do informacji publicznej, ale w praktyce wystarczy zazwyczaj zwykła rozmowa z urzędnikiem.
Na pewno znasz takie programy, co z nich wynika?
Niewesoła prawda. Zgodnie z raportem Najwyższej Izby Kontroli z 2024 roku, w ponad 90 procentach gminnych programów dominują działania reaktywne — czyli odławianie, kastracja zwierząt trafiających do schroniska, umowy z weterynarzem na wypadek zdarzeń drogowych. To ważne i potrzebne, ale to gaszenie pożaru, nie zapobieganie mu. Na faktyczną profilaktykę, czyli walkę z bezdomnością u źródła, idą okruchy.
Co zatem powinno się w takim programie znaleźć?
Po pierwsze — bezpłatna kastracja i sterylizacja psów i kotów właścicielskich. To clou. W mojej gminie zamieszkuje około 8200 osób, co przekłada się na mniej więcej 3000 gospodarstw domowych. Statystycznie ponad 60 procent z nich ma psa lub kota. Tymczasem w ubiegłym roku do schroniska trafiło z całej gminy… kilka zwierząt. To nie znaczy, że problemu nie ma — to znaczy, że pracujemy jedynie na skutkach, nie na przyczynach. Udało mi się przekonać Panią wójt, by od 2026 roku do programu trafił zapis o bezpłatnej sterylizacji kotów właścicielskich — z limitem 5000 złotych. To krok, ale tylko pierwszy. Przy okazji zapytałem na sesji Rady Gminy, dlaczego nie uwzględniono psów. Usłyszałem: bo nikt się nie zgłaszał. No właśnie — bo nie było programu. Błędne koło, które trzeba przerwać.
Po drugie — znakowanie zwierząt. Polska jest jednym z nielicznych krajów Unii Europejskiej, który do tej pory nie wdrożył powszechnego systemu znakowania psów i kotów. Spośród 27 państw unijnych aż 24 mają go. Dlatego cieszy fakt, że ustawa o Krajowym Rejestrze Oznakowania wreszcie wejdzie w życie. Ale gminy mogą działać już teraz — finansując czipowanie w ramach programu opieki. Chip to nie wydatek, to inwestycja: zagubiony pies wraca do właściciela zamiast lądować w schronisku, łatwiej ustalić, kto znęca się nad zwierzęciem, łatwiej egzekwować odpowiedzialność.
Po trzecie — edukacja. I to od najmłodszych lat. Przy okazji festynów, Dnia Dziecka, Mikołajek, wakacyjnych biegów — wszędzie, gdzie są dzieci, można wpleść pogadankę o tym, że zwierzę czuje, że ma prawo do szacunku. My zapraszaliśmy pracowników Nadleśnictwa Toruń na Powitanie Lata. Organizacje prozwierzęce chętnie przyjeżdżają na takie spotkania — warto je włączyć do współpracy, bo to one mają wiedzę i doświadczenie, którego zazwyczaj brakuje urzędnikom.
Załóżmy, że ktoś przeczyta ten wywiad, sprawdzi swój gminny program i stwierdzi, że jest słaby. Co robić?
Zaczynam od najprostszego: rozmowy z wójtem lub burmistrzem. Najlepiej nie samemu, ale z grupką zaangażowanych mieszkańców. Tak właśnie zrobiłem — umówiłem spotkanie z Panią wójt razem z kilkoma mieszkankami gminy, które ten temat miały na sercu. Wójtowie i burmistrzowie mają pełno spraw na głowie, a temat zwierząt bywa traktowany marginalnie. Kiedy przychodzi kilka osób z konkretnymi danymi i propozycjami, trudniej to zbagatelizować.
Jeśli to nie wystarczy, są też narzędzia formalne. Sołtys może zgłosić wniosek w punkcie wolnych wniosków na sesji rady gminy — ten punkt jest na niemal każdej agendzie. Można zaangażować radnego ze swojej wsi, by złożył projekt uchwały lub przeforsował temat przez klub radnych. Można też skorzystać z inicjatywy obywatelskiej: w gminie do 5 tysięcy mieszkańców wystarczy 100 podpisów, powyżej — 200. W dzisiejszych czasach zebrać 200 podpisów wśród ludzi, którzy mają zwierzęta w domach, naprawdę nie powinno być trudne.
A kiedy najlepiej działać?
Harmonogram jest kluczowy. Program opieki nad zwierzętami musi być uchwalony do końca marca. Projekt budżetu gminy na kolejny rok jest przedkładany radnym do 15 listopada. Jeśli chcemy zwiększyć środki na profilaktykę, musimy do tego czasu mieć zielone światło od włodarza. Włodarze zazwyczaj odwiedzają wsie jesienią, przy okazji zebrań wiejskich i dyskusji o funduszu sołeckim. To idealna okazja, by przedstawić konkretny pomysł. Dlatego mówię wprost: nie czekaj do stycznia. Zacznij działać teraz, by jesienią mieć gotowy szkic zmian.
Czy jest gdzieś w Polsce gmina, która robi to dobrze?
Jest i polecam ją jako wzorzec: Gmina Miasto Aleksandrów Łódzki. Na 522 000 złotych zarezerwowanych w programie, ponad 300 000 — czyli przeszło 60 procent — przeznaczonych jest na działania profilaktyczne: kastrację, sterylizację, czipowanie, edukację, współpracę z organizacjami prozwierzęcymi. Reszta idzie na schronisko. Odwrotna proporcja niż w większości polskich gmin. Mieszkańcy Aleksandrowa mogą pogratulować swoim włodarzom odwagi i rozsądku.
Moja Gmina niestety przez lata była – i po części nadal jest – złym przykładem w zakresie realizacji zadań związanych z opieką nad zwierzętami. Program na 2025 rok niemal nie różni się od dokumentów przyjmowanych w poprzednich latach, mimo zmiany wójta i składu Rady Gminy. Na jego realizację przeznaczamy z budżetu kilkakrotnie mniej środków niż pozostałe samorządy powiatu toruńskiego. Co więcej, wydatkujemy je nieefektywnie – jedynie niewielki procent środków trafia na rzeczywiste działania ograniczające bezdomność zwierząt.
Jednocześnie współpracujemy ze schroniskiem w Grudziądzu, które znajduje się niemal trzykrotnie dalej od naszej Gminy niż schronisko funkcjonujące w Toruniu. Trudno oczekiwać, by mieszkańcy szukali zaginionych psów czy kotów właśnie tam. Odległość ma również bezpośredni wpływ na czas reakcji w przypadku interwencji dotyczących zwierząt poszkodowanych w wypadkach. Jest to szczególnie istotne, gdy uwzględnimy, że gabinet weterynaryjny współpracujący z Gminą do tej pory świadczył usługi jedynie od poniedziałku do piątku w godzinach 8.00–16.00.
Niestety, sam gabinet również pozostawia wiele do życzenia pod względem wyposażenia. Brakuje w nim podstawowego sprzętu diagnostycznego, takiego jak USG czy RTG. W praktyce oznacza to, że gdy przywieźliśmy potrąconego kota, weterynarz zaproponował jedynie skrócenie jego cierpienia. Nie skorzystaliśmy z tej „porady” i udaliśmy się do Torunia, gdzie zwierzę zostało uratowane na nasz koszt. Jest z nami do dziś.
Warto również wspomnieć o sytuacji kotów wolno żyjących. Jedyna oficjalna opiekunka takich zwierząt na terenie Gminy otrzymywała zaledwie około jednej czwartej potrzebnej ilości mokrej karmy. Zmuszona była korzystać ze wsparcia sąsiadów oraz organizacji społecznych, ponieważ pomoc ze strony samorządu była niewystarczająca. Podobnie wyglądała kwestia leczenia i kastracji kotów wolno żyjących. W dużej mierze ciężar tych działań przejęła sama karmicielka oraz Fundacja Kot, utrzymująca się przecież głównie z naszych darowizn.
Nawet pozornie proste i niemal bezkosztowe rozwiązania, takie jak stworzenie na stronie internetowej Gminy łatwo dostępnej zakładki informacyjnej, zawierającej wskazówki dotyczące postępowania w przypadku zauważenia potrąconego zwierzęcia, zwierzęcia dzikiego czy wałęsającego się psa, przez wiele miesięcy pozostawały poza zasięgiem możliwości urzędu – mimo moich licznych apeli.
Smutnym podsumowaniem funkcjonowania Gminy w tym obszarze jest również fakt, że urząd nie dopełnił obowiązku publikacji planu polowań w Biuletynie Informacji Publicznej, wynikającego z ustawy – Prawo łowieckie. Dokument został opublikowany dopiero po mojej interwencji.
Mając świadomość tych problemów, a jednocześnie pełniąc funkcję radnego Rady Gminy, podczas ubiegłorocznej sesji zaproponowałem, że sam przygotuję kompleksowy projekt nowego programu, opierając się na raporcie Najwyższej Izby Kontroli oraz sprawdzonych rozwiązaniach funkcjonujących w innych samorządach. I tak właśnie zrobiłem.
Dzięki spotkaniom z wójt Gminy, w których uczestniczyłem wspólnie z mieszkankami zaangażowanymi w pomoc zwierzętom, udało się wprowadzić do programu zapis dotyczący dofinansowania kastracji i sterylizacji kotów właścicielskich. Choć – co jest dla mnie niezrozumiałe – program obowiązywał jedynie przez miesiąc, cieszył się dużym zainteresowaniem mieszkańców. Początkowo zabezpieczona kwota 5 tys. zł pozwoliła na przeprowadzenie 19 zabiegów. Ostatecznie jednak, między innymi dzięki mojemu apelowi skierowanemu do Pani wójt, środki zostały zwiększone, tak aby wszystkie zgłoszone zwierzęta mogły zostać objęte programem. Skorzystały z niego 32 koty.
Od tego roku zmianie uległ również sposób świadczenia usług weterynaryjnych. Gabinet zapewnia obecnie całodobową opiekę przez siedem dni w tygodniu, a czas dotarcia do zwierzęcia poszkodowanego w wypadku został określony na maksymalnie 60 minut.
Ponadto podczas ostatniej sesji Rady Gminy uzyskałem zapewnienie od kierownika właściwego wydziału, że w najbliższym czasie na stronie internetowej Gminy pojawi się specjalna zakładka, zawierająca podstawowe i łatwo dostępne informacje dla mieszkańców dotyczące pomocy zwierzętom i zgłaszania interwencji.
Tomasz Sipak podkreśla, że nie uważa się za eksperta — sam cały czas się uczy. Ale zebraną wiedzę chętnie udostępni każdemu, kto chce coś zmienić w swojej gminie. Można się z nim skontaktować mailowo: tomasz.sipak@lubianka.pl, a także przez fanpage: Tomasz Sipak, Sołtys Zamku Bierzgłowskiego na Facebooku.








