Podczas Ogólnopolskiego Spotkania „Aktywni w sołectwach”, które odbywało się w Cedzynie w dniach 22-24 maja w jednym z paneli wystąpił Patryk Kokociński ze Stowarzyszenia na rzecz Ochrony Krajobrazu Śródpolnego „Życie na Pola” – rolnik, który prowadzi 180-hektarowe gospodarstwo w Snowidowie. Z wykształcenia jest biologiem. Poniżej prezentujemy wybrane wypowiedzi autora panelu.
Patryk Kokociński: Czym jest dla was bioróżnorodność? Bo kiedy mówimy o bioróżnorodności, zwykle pojawia nam się w głowie jakaś konkretna rzecz, jakieś skojarzenie.
Dzisiaj bioróżnorodność jest takim hasłem, które wciskamy wszędzie. Jeśli mamy projekt i chcemy zdobyć dofinansowanie, to zaznaczenie „bioróżnorodności” daje od razu mnóstwo punktów. Jest dziś ogromna presja — finansowa, społeczna i polityczna — żeby tę bioróżnorodność uwzględniać. I bardzo dobrze, bo bioróżnorodność to cała sieć zależności i mechanizmów funkcjonujących w środowisku, które wpływają na nasze bezpieczeństwo.
Problem polega jednak na tym, że często sprowadzamy ją do bardzo prostych haseł. Pszczoła. Zapylacze. Domek dla owadów. Jeśli w projekcie rewitalizacji pojawi się domek dla owadów, temat jest odhaczony. Możemy wcześniej zrobić totalną masakrę w krajobrazie, wyciąć wszystkie zadrzewienia i zlikwidować naturalne siedliska, ale domek stoi, więc wszystko się zgadza.
A przecież owady zapylające to nie tylko pszczoła miodna. Mamy trzmiele, motyle i setki innych gatunków. Samych gatunków dzikich pszczół jest w Polsce ponad 470. Tymczasem skupiamy się głównie na jednym gatunku — pszczole miodnej — która z punktu widzenia ekosystemu funkcjonuje trochę jak zwierzę gospodarskie. Ona również wywiera presję na środowisko i konkuruje z rodzimymi zapylaczami.
Dlatego nie chodzi o to, żeby stawiać ule wszędzie, tylko żeby wspierać siedliska. Pas pobocza. Miedzę. Pokrzywy. Zakrzaczenia. To są miejsca życia.
I niestety właśnie z tym mamy dziś największy problem.
Bo choć samo słowo rewitalizacja oznacza przywracanie życia, to współczesne rewitalizacje bardzo często mają z życiem niewiele wspólnego. Częściej są to po prostu dewitalizacje. Betonujemy rynki, wycinamy drzewa, porządkujemy przestrzeń tak mocno, że nie zostaje w niej miejsce dla natury.
Nie wiem, czy państwo znają przykład Janowa Podlaskiego. Był tam piękny, zadrzewiony ryneczek. Wszystko wycięto, zrobiono nową przestrzeń i podczas oficjalnego otwarcia jedynym miejscem, gdzie dało się wytrzymać z powodu upału, była wiata przystankowa. Usunięto wszystko, co dawało cień i chłód.
I ta moda trwa.
Pochodzę z Wielkopolski, z małej miejscowości. Mam 33 lata. W ciągu ostatnich 30 lat z polskiego krajobrazu rolniczego zniknęło 75% zadrzewień śródpolnych. Zostało co czwarte drzewo. I nie zrobił tego ktoś z zewnątrz. Zrobiliśmy to my sami — mieszkańcy, użytkownicy tych terenów, rolnicy.
Zadrzewienia to jedno, ale druga kwestia to pobocza przy drogach gminnych. W naszej gminie średnia szerokość pasa drogowego w ewidencji jest naprawdę duża. Co się jednak dzieje? Znika połowa pasa drogowego. Pobocza są zaorywane, wchodzimy coraz bardziej w przestrzeń, która kiedyś była miejscem życia.
A przecież krajobraz wiejski zawsze kojarzył się z mozaiką. Pola, miedze, zadrzewienia, cieki wodne, łąki. Bogactwo siedlisk. Tymczasem to właśnie krajobraz rolniczy jest dziś jednym z najbardziej zagrożonych ekosystemów Europy.
Szacuje się, że liczebność ptaków krajobrazu rolniczego spadła w ostatnich dekadach o około 60 procent. Kuropatwa — kiedyś pospolita — dziś staje się sensacją na grupach facebookowych. Kiedy ktoś ją zobaczy, od razu robi zdjęcie i wrzuca z podpisem: „Jeszcze są”.
My jesteśmy prawdopodobnie ostatnim pokoleniem, które pamięta kuropatwy jako coś normalnego.
I to jest nasza odpowiedzialność.
Bo bioróżnorodność nie jest czymś abstrakcyjnym. Ona bezpośrednio wpływa na nasze bezpieczeństwo — na wodę, temperaturę, jakość powietrza i odporność całego krajobrazu.
To, co dzieje się dziś w krajobrazie rolniczym, bardzo mocno wiąże się z retencją wody. Ten uproszczony krajobraz — bez zadrzewień, bez miedz, bez zakrzaczeń — traci funkcje ekosystemowe. Coraz trudniej zatrzymać w nim wodę. Powietrze się nagrzewa. Susza staje się coraz większym problemem.
Rolnicy często mówią dziś: „Jak to spada bioróżnorodność, skoro szkodników jest coraz więcej?”. Ale właśnie to jest objaw kryzysu. Jeśli pojawia się masowo jeden gatunek szkodnika, to znaczy, że wcześniej załamały się naturalne łańcuchy pokarmowe. Zniknęli jego naturalni wrogowie.
Przykładem jest szarek komośnik — chrząszcz, który w ostatnich latach zaczął wyrządzać ogromne szkody w uprawach buraka cukrowego. To nie jest dowód na bogate życie biologiczne, tylko efekt załamania równowagi w środowisku.
I my się dziś w tym wszystkim trochę gubimy.
Mam siedmioletniego syna i czasami zastanawiam się, czy on w ogóle będzie jeszcze chciał pracować w rolnictwie. A jeśli będzie chciał, to czy będzie miał szansę zobaczyć krajobraz, który ja pamiętam z dzieciństwa. Czy zobaczy kuropatwy? Czy zobaczy normalne pobocza pełne życia? Czy zobaczy jeszcze krajobraz wiejski jako mozaikę, a nie wielkie połacie uproszczonej przestrzeni? Bo dziś często bardziej zajmujemy się estetyką niż funkcjonalnością.
Szczególnie w Wielkopolsce mamy zakorzenione przekonanie, że porządek musi być. Trawnik przycięty na krótko. Pobocze wykoszone do ziemi. Żadnych chwastów. W Wielkopolsce ludzie potrafią w sobotę zamiatać liście na ulicy. I z jednej strony to jest piękne — gospodarność, dbałość o przestrzeń. Ale z drugiej strony czasami robi nam to krzywdę. Bo wszystko musi być uporządkowane.
A przecież te chwasty są często dużo cenniejsze dla przyrody niż modne dziś rabaty z lawendy, budlei czy egzotycznych bylin.
To, co ja nazywam instagramową ochroną przyrody, wygląda pięknie na zdjęciach — motyle na budlei, kolorowe rabaty, efektowne nasadzenia. Tylko że bardzo często nie ma to większego znaczenia dla lokalnego ekosystemu.
Budleja jest świetnym przykładem. Motyle piją z niej nektar, ale ich gąsienice nie są w stanie się na niej rozwijać. Tymczasem zwykła pokrzywa — roślina, którą większość ludzi chce usuwać — jest podstawą funkcjonowania wielu gatunków motyli.
Ale pokrzywa nie wygląda ładnie. Nie pasuje do estetyki nowoczesnej rewitalizacji.
Mieliśmy we wsi przepiękny pas pobocza — maki, chabry, mnóstwo życia. Ktoś wszystko opryskał herbicydem, bo były kleszcze. Nikt tego nie kazał robić. Ludzie sami uznali, że trzeba zrobić porządek.
I właśnie to jest największy problem — nie brak pieniędzy, tylko sposób myślenia.
Najlepszą rewitalizacją często nie jest kolejna inwestycja za miliony złotych, ale rozmowa i edukacja. Pokazanie ludziom, że pokrzywa nie jest wstydem. Że wysoka trawa nie oznacza zaniedbania. Że pas pobocza może być siedliskiem życia. Bo dziś najlepszym scenariuszem jest krótko wykoszony trawnik, a najgorszym — tak zwany ugór herbicydowy. Goła ziemia regularnie pryskana Roundupem. Zresztą samo słowo „roundupować” weszło już do języka potocznego.
A przecież badania pokazują, że pobocza koszone rzadziej dużo lepiej zatrzymują wodę, obniżają temperaturę i stabilizują drogę. Tymczasem dziś na autostradach i drogach krajowych pobocza są koszone po kilka razy w sezonie. Powstaje klepisko — powierzchnia, która nie zatrzymuje wody i nie daje schronienia żadnym organizmom.
Kiedyś normalnym elementem wsi były pasy zieleni, rowy, zakrzaczenia. Dziś uznajemy je za nieporządek.
A przecież to właśnie te miejsca są podstawą funkcjonowania całego krajobrazu.
Oczywiście są też sytuacje, kiedy aktywność człowieka jest potrzebna. Gatunki inwazyjne są realnym problemem. Na przykład nawłoć bardzo szybko tworzy jednolite płaty i wypiera inne rośliny. Monokultura nawłoci nie jest niczym lepszym od monokultury kukurydzy.
Tylko że my często nie odróżniamy gatunków problematycznych od rodzimych siedlisk, które po prostu wyglądają nieestetycznie.
To samo dotyczy pszczelarstwa. W Polsce coraz częściej mówi się wyłącznie o wspieraniu pszczoły miodnej, a zapominamy o dzikich zapylaczach. Tymczasem nadmierna liczba uli również może być problemem dla środowiska.
Nie chodzi więc o to, żeby wszędzie ustawiać ule, budki i hotele dla owadów. Chodzi o to, żeby zostawić miejsce dla życia. Dla pokrzywy. Dla miedzy. Dla pobocza. Dla krzaków. Dla naturalnego nieporządku. Bo jeśli wszystko wyczyścimy, wykosimy i wybetonujemy, to zostanie nam krajobraz może i estetyczny, ale martwy.
I dlatego chciałbym, żebyście Państwo patrzyli na bioróżnorodność nie jako na modny dodatek do projektu, ale jako na odpowiedzialność. Bo ta przestrzeń nie jest tylko nasza. Ktoś przyjdzie po nas i będzie w niej żył. I od nas zależy, czy będzie to krajobraz pełen życia, czy tylko uporządkowane, martwe przestrzenie.
***
Artykuł powstał w ramach projektu „Aktywni w sołectwach”

Projekt „Aktywni w sołectwach” korzysta z dotacji w wysokości 1 215 927 € od Islandii, Liechtensteinu i Norwegii w ramach Funduszu Społeczeństwa Obywatelskiego EOG finansowanego ze środków Funduszy EOG i Funduszy Norweskich. Celem projektu jest wzmocnienie społeczeństwa obywatelskiego oraz zwiększenie udziału obywateli w życiu publicznym na obszarach wiejskich w Polsce poprzez rozwijanie kompetencji, odporności i współpracy sołtysów oraz wiejskich organizacji społecznych. Projekt będzie trwał od maja 2026 do maja 2031 roku.