O tym, dlaczego sprzedaż pomidora z własnego ogródka jest w Polsce bardziej skomplikowana niż nam się wydaje

pomidzajawka

Część II rozmowy ze Sławomirem Białoboki, hodowcą starych odmian pomidorów, właścicielem gospodarstwa Pomidorlandia. Czytaj również Część I.

Sławomir Białoboki mówi o prawie nasiennym z precyzją kogoś, kto długo uczył się poruszać w tym labiryncie. Zastrzega, że część przepisów i praktyk urzędowych bywa interpretowana różnie przez różne inspektoraty. Ale ogólny obraz jest dla niego jasny: system stworzony z myślą o profesjonalnym rynku nasiennym bardzo słabo uwzględnia małych hodowców tradycyjnych odmian.

Paszporty, kwalifikacja i rejestr odmian

Na początku dobre wieści: same nasiona pomidorów, co do zasady, nie podlegają obowiązkowi paszportowania fitosanitarnego. Inaczej wygląda sytuacja z sadzonkami i roślinami przeznaczonymi do dalszej uprawy – tutaj obowiązki fitosanitarne są znacznie szersze, a naruszenia mogą skutkować bardzo wysokimi karami administracyjnymi, liczonymi nawet od jednostki handlowej.

– Drakońskie kary – kwituje nasz rozmówca. – Ktoś sprzedał dwadzieścia opakowań po pięć złotych i nagle okazuje się, że konsekwencje administracyjne mogą być wielokrotnie wyższe niż wartość całej sprzedaży. To bardzo szybko prowadzi do absurdów.

Ale problem z nasionami jest inny — głębszy. Ustawa o nasiennictwie przewiduje, że materiał siewny wprowadzany do profesjonalnego obrotu powinien spełniać określone wymogi jakościowe i odmianowe. Przez wiele lat system był praktycznie zamknięty dla tradycyjnych odmian heirloom, które często nie spełniają przemysłowych wymogów dotyczących wyrównania, trwałości i powtarzalności cech.

– Gdy zaczynałem swój spór prawny z państwem, w Polsce praktycznie nie funkcjonowały zarejestrowane odmiany amatorskie pomidorów – mówi Sławomir Białoboki. – Formalnie istniały pewne możliwości prawne, ale w praktyce system był skonstruowany pod profesjonalny rynek przemysłowy. Składałem własne wnioski rejestracyjne i wszystkie były odrzucane.

Dziś sytuacja częściowo się zmieniła. W krajowym rejestrze pojawiły się już pierwsze odmiany amatorskie, ale — jak podkreśla — dla małych hodowców system nadal pozostaje trudny, kosztowny i mało dostępny.

– Problem nie dotyczy wyłącznie samej sprzedaży. W prawie bardzo szeroko definiuje się pojęcie „wprowadzania do obrotu”. I właśnie tutaj zaczynają się największe spory interpretacyjne.

Interpretacja przepisów zależy od inspektora

W praktyce dużo zależy od regionalnego inspektoratu ochrony roślin i nasiennictwa. Część urzędów podchodzi do amatorskiej wymiany nasion dość liberalnie. Inne stosują przepisy literalnie.

– Nasze prawo zostało stworzone głównie dla rynku profesjonalnego – mówi wprost. – Dla wielkich producentów, dużych partii materiału siewnego i przemysłowego rolnictwa. Tradycyjne odmiany, lokalni hodowcy czy hobbystyczna wymiana nasion są w tym systemie gdzieś na marginesie.

Często słyszy się, że to wyłącznie kwestia rygorystycznych regulacji unijnych. Tymczasem — jak twierdzi — ogromne znaczenie ma także sposób interpretacji prawa na poziomie krajowym.

Dla kontrastu przywołuje Belgię i Niemcy. W części państw UE obrót nasionami kolekcjonerskimi, amatorskimi lub hobbystycznymi bywa traktowany znacznie łagodniej niż w Polsce, szczególnie wtedy, gdy nie dotyczy profesjonalnej produkcji rolnej na dużą skalę.

– Wszyscy jesteśmy w Unii Europejskiej. Często nie chodzi wyłącznie o sam przepis, ale również o sposób jego interpretacji i egzekwowania.

Sprzedaż bezpośrednia — szara strefa interpretacyjna

Istnieją sytuacje, w których sprzedaż bezpośrednia do odbiorcy nieprofesjonalnego jest przez część inspektoratów traktowana łagodniej niż klasyczny obrót handlowy. Szczególnie wtedy, gdy mówimy o lokalnej sprzedaży z własnego gospodarstwa, bez pośredników i bez profesjonalnego łańcucha dystrybucji.

– Problem zaczyna się najczęściej wtedy, gdy pojawia się sprzedaż wysyłkowa i internetowa – mówi Sławomir Białoboki. – W praktyce organy dużo częściej uznają wtedy, że mamy do czynienia z profesjonalnym wprowadzaniem materiału siewnego do obrotu, ze wszystkimi konsekwencjami wynikającymi z ustawy o nasiennictwie i przepisów fitosanitarnych.

Innymi słowy: hodowca może lokalnie funkcjonować przez lata bez większych problemów, ale sprzedaż internetowa bardzo szybko przenosi go w zupełnie inny reżim prawny i kontrolny.

Bioróżnorodność i kwestia kontroli

Sławomir Białoboki nie ukrywa, że widzi w tym konflikt interesów między wielkim przemysłem nasiennym a małymi hodowcami lokalnych odmian.

– Wielkie firmy nasienne inwestują miliony euro w hodowlę nowych odmian, logistykę i ochronę rynku. Mali hodowcy nie mają takich możliwości. Nas jest wielu, a możemy niewiele. Wielkich jest niewielu, ale mogą prawie wszystko. To odwieczny konflikt między małą lokalnością a wielkim przemysłem.

I dodaje:

– Ja wierzę w to, co robię i — cytując słynne „No pasarán” — po moim trupie przejdziecie. Tak mniej więcej.

Hasło „No pasarán” („Nie przejdą”) rozsławiła podczas hiszpańskiej wojny domowej Dolores Ibárruri „La Pasionaria”, stając się jednym z najbardziej znanych antyfaszystowskich sloganów XX wieku.

Argument ekologiczny wydaje się naszemu rozmówcy kluczowy. Uprawiając ogromne areały genetycznie bardzo podobnych roślin, zwiększamy ryzyko katastrofy w przypadku pojawienia się nowego groźnego patogenu. Bioróżnorodność działa jak naturalne zabezpieczenie systemu żywnościowego.

– Gdzie jest miejsce na bioróżnorodność? Robota nas, małych mrówek, polega na tym, że każda z tych mrówek niesie do swojego mrowiska nasionko własnej odmiany, własnej lokalnej genetyki. Siłą środowiska jest właśnie bioróżnorodność.

– Kto kontroluje nasiona, ten kontroluje żywność. Kto kontroluje żywność, ten kontroluje porządek społeczny – mówi, cytując tezę, którą powtarza na swoich wykładach.

– Posiadanie własnych nasion i niezależność małych gospodarstw to kwestia bezpieczeństwa. Nie tylko pod kątem bioróżnorodności, ale również bezpieczeństwa obywateli.

Wspomina też Deklarację ONZ o prawach chłopów i innych osób pracujących na obszarach wiejskich z 2018 roku (UNDROP), która mówi o prawie do zachowywania, używania, wymiany i utrzymywania własnych nasion. Podkreśla jednak, że deklaracja ma charakter kierunkowy i nie stanowi bezpośrednio obowiązującego prawa w Polsce.

Kreatywność po polsku i perspektywa zmian

W praktyce przez lata pojawiały się różne próby obchodzenia niejasnych regulacji — na przykład określanie nasion mianem „kolekcjonerskich”. Jak jednak podkreśla Sławomir Białoboki, z punktu widzenia organów kontrolnych kluczowe znaczenie ma nie sama nazwa produktu, ale jego rzeczywiste przeznaczenie.

– Urząd nie patrzy wyłącznie na etykietę. Jeżeli produkt realnie ma służyć do siewu, to właśnie tak będzie oceniany.

Według hodowcy problemem pozostaje przede wszystkim niejednolitość interpretacji prawa i brak wyraźnego rozróżnienia między rynkiem profesjonalnym a amatorskim.

W Polsce korzystanie z materiału siewnego reguluje przede wszystkim ustawa o nasiennictwie z 9 listopada 2012 roku, a nadzór nad obrotem i kontrolą fitosanitarną sprawuje Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa (PIORiN).

Na poziomie unijnym trwają obecnie prace nad reformą prawa nasiennego i przepisów dotyczących obrotu materiałem rozmnożeniowym roślin. Organizacje zrzeszające ogrodników i hodowców próbują uczestniczyć w tych konsultacjach.

– To pokazuje, jak dużym konfliktem interesów jest rynek nasion – mówi. – Profesjonalny rynek boi się utraty pozycji, choć amatorski nigdy nie będzie dla niego realną konkurencją.

I dodaje:

– Potrzebujemy po prostu mniej regulacji i większej swobody na małym, lokalnym poziomie.

Jego zdaniem jednym z naturalnych sposobów ochrony dawnych odmian pozostają prywatne sieci wymiany pomiędzy ogrodnikami, działkowcami i lokalnymi społecznościami.

– Moim zdaniem jedyne, co realnie pozostaje, to próba utrzymania normalności w tym wszystkim. Poznawanie innych ludzi zainteresowanych ogrodnictwem, tworzenie małych społeczności, wzajemna pomoc i wymiana doświadczeń.

Poza tym liczba małych gospodarstw rolnych w Polsce spada z roku na rok, ziemia trafia do coraz większych podmiotów, a młodzi ludzie uciekają ze wsi do miast.

– Gdyby mali rolnicy mogli łatwiej legalnie funkcjonować na lokalnym rynku, również internetowym, dla wielu z nich mogłoby to być dodatkowe źródło utrzymania przez część roku.

– Mniej regulacji, więcej swobody na małym, lokalnym poziomie – przekonuje nasz rozmówca. – I tyle. To jeden ze sposobów, żeby ludzie nie uciekali ze wsi.

Gdy uprawa staje się terapią

– Szczerze mówiąc, brakuje mi pomysłu na rozwiązanie jednego problemu: pomidor jest bardzo sezonowy — dojrzewa od czerwca do września, a później jest już trudno dostępny, tymczasem szkoły pracują przez cały rok. Bardzo chciałbym uruchomić projekt, który zaangażuje szkoły — nie tylko rolnicze.

– Właśnie rozpoczynamy współpracę z placówkami opiekującymi się młodzieżą z dysfunkcjami. Na początku września wybieram się do nich z owocami, żeby opowiedzieć o tym wszystkim i pokazać, jak to działa. Uważam, że jedną z ważnych misji naszego gospodarstwa jest odpowiedzialność społeczna — żebyśmy dzielili się nie tylko owocami naszej pracy, ale i wiedzą i zarażali tą wiedzą i pasją innych.

– Niedawno miałem przyjemność prowadzić wykład na konferencji naukowej poświęconej hortiterapii, czyli terapii opartej na obecności i bliskości roślin. Pomidor jest do tego idealny, bo daje szybki, wyraźny efekt: po kilku dniach mamy już kiełki, potem możemy je obserwować i pielęgnować, a cały proces trwa kilka miesięcy.

– Osoba, która szuka wyciszenia czy ukojenia, może je znaleźć właśnie w uprawie takich warzyw — bo efekty są namacalne i widoczne niemal od razu. Dla mnie hortiterapia była dużym odkryciem. Kiedy przygotowywałem materiały do konferencji, uderzyło mnie, że przecież ja robię to w praktyce od lat.

– To właśnie to, co — jestem przekonany — wymaga dziś znacznie szerszej popularyzacji.

Co roku, w maju, Sławomir Białoboki ma pełne ręce pracy. Rozmowę kończymy jeszcze w kwietniu. Przed nami sezon. Za chwilę namiot, sadzonki, klienci. I pomidory – brzydkie, nieregularne, różowe, prawie czarne, żółte w paski – które smakują tak, jak powinny smakować pomidory.

***

Foto: Grażyna Markiewicz

 

Sławomir Białoboki prowadzi gospodarstwo Pomidorlandia, specjalizujące się w uprawie i sprzedaży nasion oraz sadzonek starych odmian pomidorów i papryk. Kolekcja obejmuje prawie 700 odmian.

Czytaj również Część I

Warto odwiedzić:

https://pomidorlandia.pl/

Facebook
Twitter
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!