W niewielkim, podpoznańskim ogrodzie mojej babci siadało się w upalne lato w przyjemnym cieniu rozłożystej papierówki. Dokładnie w samym środku wakacji można było z niej zrywać zielono-żółte, soczyste jabłka i albo je natychmiast zjadać, albo ugotować z nich aromatyczny kompot. Odpoczynek i przekąskę dawało nam drzewo posadzone przez pradziadka jako niewielkie, pełne nadziei drzewko, jeszcze w latach 50. XX wieku. Siadałyśmy pod tą wielką już jabłonią i popijałyśmy lekko osłodzoną, orzeźwiającą miętową herbatę, zaparzoną ze świeżo zebranych w ogrodzie listków mięty pieprzowej, pokrytych przyjemnym w dotyku meszkiem.
Ogród mojej drugiej babci, mimo że sporych rozmiarów, mieszczący i poletko z warzywami, drzewa owocowe, krzewy porzeczek, agrestu, zioła i kwiaty, najbardziej kojarzy mi się jednak z jej szklarnią. Z zapachem w tej szklarni. Wybudował ją dla babci mój dziadek, na południowej ścianie budynku gospodarczego, żeby od najwcześniejszej wiosny szklarnia wygrzewała się w pełni słońca, podobnie jak posadzona obok morela. Wchodząc do niej przenosiło się w jakieś bliskie równikowi tropiki, uderzało gorąco, wilgoć i ten zapach, dominujący zapach pomidorów. Babcia albo coś właśnie siała, podlewała, pieliła albo częstowała okrągłymi, chrupiącymi rzodkiewkami, które wyciągała lekko z żyznej, czarnej gleby i opłukiwała w deszczówce zebranej w wielkiej niebieskiej beczce.

Pomidory, papryka i kapusta w wiejskim ogrodzie warzywnym. Fot. M. Mazurczak-Kaczmaryk
Ogrody moich babć i nie tylko moich, żywiły i dzieci, i całą rodzinę. Żywiły pełnowartościowo ciała jak i nienachalnie, podświadomie dusze. Karmiące i zdobiące otoczenie domu, przyciągające rzesze ptaków (tych pospolitych jak sikorki i tych rzadkich jak wilgi) i owadów: motyli, pszczół, mrówek, które jako dzieci uważnie obserwowaliśmy.
Tojad mocny (Aconitum firmum L.), trujący. Potocznie nazywany Pantofelkami Matki Boskiej). Fot. M. Mazurczak-Kaczmaryk
W pamięci na zawsze zapisał się wielowymiarowy obraz intensywnych ogrodowych emocji i odczuć – zapachu, barw, światła, dotyku, dźwięków i smaków, który przywołany wyzwala przyjemne endorfiny, uskrzydla i osadza jednocześnie. Zaopiekowane i utrzymywane przez babcie z pasji, z miłości do kwiatów, umiłowania piękna, potrzeby samowystarczalności żywieniowej (jak dziś byśmy to nazwali), ale też wynikające z pewnego wrodzonego odruchu i oczywistości posiadania własnego ogrodu. Często też z konieczności wyżywienia się czy rozsądnej ekonomicznej kalkulacji. W rytmie sezonowości, od wiosennej sałaty, rabarbaru, przez kalarepę, marchewki, truskawki i wiele innych, aż po jesienne gruszki konferencje. Uprawiane według przekazanej wiedzy – wiedzy tradycyjnej – wypracowanej przez poprzednie pokolenia, takiej, o której często się nie wie, że się ją ma, nabytej naturalnie, w tym przypadku najczęściej od ich mam i babć, którym towarzyszyły, i które obserwowały podczas pracy w ogrodzie.
Aksamitka (Tagetes L.), potocznie nazwy: byczki, śmierdziuszki. Fot. M.Mazurczak-Kaczmaryk
Takie ogrody to są łączniki z przeszłością, pomosty między nami teraz, a naszymi przodkami. Dlatego, między innymi, są one jeszcze bardzo tradycyjne, bo istniejące w ciągłości miejsca, życia drzew albo przekazu wiedzy. Tradycyjne, czyli wielofunkcyjne: karmiące, zdobiące, leczące, jak i mocno zakorzenione i kulturowo spójne, czyli związane z potrzebami dnia codziennego, tradycjami kulinarnymi, ale też obrzędowością.
https://witrynawiejska.org.pl/wp-content/uploads/2026/05/floksifurczakgolabek.jpg
Floks (phlox) i motyl – fruczak gołąbek, dłużniec gwiaździk (Macroglossum stellatarum) – motyl z rodziny zawisakowatych (Sphingidae). Fot. M. Mazurczak-Kaczmaryk
Ogrody moich, naszych babć to relikty tradycyjnych ogrodów, uchylone okna do ich jeszcze bardziej barwnej, bioróżnorodnej i nie tylko użytkowej, ale i magicznej wersji. Naznaczone jednak często współczesnością, znacznym dodatkiem gatunków iglastych, które dawniej uważano za przynależne lasom, a nie ogrodom[1]. Jednocześnie też uboższe o gatunki, zwłaszcza te dzikie, które kiedyś rosły, z jednej strony z niemożności zapanowania nad każdym skrawkiem ogrodu – wynikającej z braku chociażby kosiarek, z drugiej strony pozbawione szeregu gatunków, które przestały naturalnie korespondować z prozą i świętem codziennego życia. Żeby szerzej otworzyć okno i zajrzeć dalej w przeszłość, w bogactwo ogrodów naszych praprababć i zrozumieć ich niezwykłość, pozostają nam opowieści rodzinne i źródła pisane.

Cynia (Zinnia L.). Fot. M. Mazurczak-Kaczmaryk
Ogrody przydomowe zawsze się w jakimś stopniu zmieniały, wpływały na nie panujące mody, historycznie często przychodzące z dworów i ogrodów klasztornych. Moim zdaniem, jednak szczególnie warto przyjrzeć się stosunkowo dobrze opisanym ogrodom XIX wieku[2] – czasu kiedy sposób rolniczego gospodarowania ziemią wyjątkowo sprzyjał na naszych terenach bioróżnorodności[3] i na pewno wspierały ją również przydomowe wiejskie ogrody, jeszcze zanim zaczęto stosować w nich syntetyczne środki do zwalczania chorób i szkodników jednocześnie rozregulowujące naturalne sieci i relacje ekologiczne w ogrodach i niszczące ich bioróżnorodność.
Taki tradycyjny przydomowy ogród miał i tak zwany przedogródek, i ogródek warzywny, i sad z łąką (lub polem) brzęczący wiosną pszczołami i trzmielami i nawet własny gaik – miejsce zarośnięte drzewami. Każda z tych przestrzeni była ważna. Otoczenie domu zaaranżowane było praktycznie i użytkowo. Ogród musiał wykarmić mieszkańców domu i być łatwo dostępny. Karmił przede wszystkim ogródek warzywny. Już w tamtym czasie uprawiano w nim nawet do kilkudziesięciu gatunków roślin, niektóre z nich pojawiają się w dzisiejszej ofercie ogrodniczej jako egzotyczna ciekawostka i nowość, którą, jak się często okazuje, znały już nasze przodkinie.

Ślazówka (Lavatera trimenstris L.). Fot. Monika Mazurczak-Kaczmaryk
W dziewiętnastowiecznych poradnikach znaleźć można wskazówki uprawy takich mało znanych gatunków jak salsefia, oberżyna (nazywana gruszką miłosną), roszponka, kard, karczoch (znany w Polsce od czasów Bony), endywia, wężymord czy szparagi. Natomiast do najstarszych uprawianych gatunków przez naszych przodków należy bób, groch, kapusta, soczewica czy mak. Każda kobieta wysiewała w swoim ogrodzie również zagon konopi siewnych jak i lnu, z których pozyskiwano niezbędne włókna do wytwarzania tkanin na ubrania czy użytkowych worków i lin z długich i mocnych włókien konopnych. Całym tym procesem od siewu po tkaninę zajmowały się kobiety, najczęściej pracując kolektywnie przy skomplikowanym procesie pozyskiwania przędzy, poświęcając temu długie jesienne wieczory.

Kwitnący len (Linum L.). Fot. Joanna Sucholas
Karmił również sad, w którym sadzono szereg gatunków, wśród nich przede wszystkim jabłonie, grusze, śliwy, wiśnie i czereśnie, czy w cieplejszych rejonach również brzoskwinie i morele. Przede wszystkim popularyzowano i uprawiano całą mnogość odmian tych gatunków, które dzisiaj nazywane są „odmianami tradycyjnymi”.
Sprowadzane, adaptowane do lokalnych warunków i wprowadzane do ogrodów przez dobrych kilka wieków, doczekały się ogromnej różnorodności (nawet kilkuset odmian w samej zachodniej Polsce)[4], stanowiąc dziś niezwykle ważną bazę genetyczną. Ich ochrona, zachowanie i wprowadzanie do upraw (również własnych ogrodów) zwiększa zarówno bezpieczeństwo żywnościowe jak i wspiera agrobioróżnorodność.
Naturalnie rosnące, koszone kosą albo wypasane przez zwierzęta hodowlane, łąki tradycyjnego sadu stanowiły oazę bioróżnorodności, a dziś są jednymi z najszybciej zanikających siedlisk, ze względu właśnie na zaprzestanie ich tradycyjnego, ekstensywnego użytkowania.

Kwitnąca jabłoń. Fot. Joanna Sucholas
Ciekawą strefę stanowił przydomowy „gaik”, w których rosły rodzime gatunki drzew, między innymi lipy, brzozy, jesiony, osiki. Opisywany jest jako pozostałość świętych gajów, w których dawniej czczono leciwe drzewa, przeniesiony do przydomowej strefy, również jako miejsce magiczne, miejsce odpoczynku. Lipę bardzo często sadzono przy domach, gdyż uważano, że jest drzewem dobrym i chroniącym domostwo[5]. Ludzie wręcz bali się ją wycinać, podobnie jak stare dęby w lasach, wierząc głęboko, że może im to przynieść nieszczęście. Prawdopodobnie dzięki temu respektowi wobec drzew naszych przodków, można jeszcze spotkać ich leciwe okazy w wiejskim krajobrazie czy lasach.

Stara lipa daje cień uprawom. (Tilia L.). Fot. Joanna Sucholas
Podobnym respektem darzono krzew o dość ponurych aczkolwiek leczniczych czarnych owocach – dziki czarny bez – nazywany w Wielkopolsce „hyćką”, który lubi spontanicznie wyrosnąć koło domostwa, a którego również starano się nie wycinać ani nie uszkodzić, żeby nie sprowadziło to na dom i jego gospodarzy „złego”. Natomiast drugim takim, w dużej mierze magicznym miejscem, był „przedogródek”. Niewielki ogródek zlokalizowany, jak sama nazwa wskazuje, przed domem, od strony drogi. Pieczołowicie zaopiekowany przez kobiety, stanowiący wizytówkę domu, ale też będący jego ochroną.

Malwa różowa (Alcea rosea L.), potocznie zwana malwą czarną. Fot. M. Mazurczak-Kaczmaryk
To właśnie w nim uprawiano całą mnogość barwnych i aromatycznych kwiatów, spośród których wymienić można chociażby floksy, cynie, róże, ostróżki, naparstnice, nagietki, aksamitki, kosmosy, lewkonie, dziewanny, malwy, dalie, astry, tojady, lilie, lewie paszcze, maciejkę, złocienie, wiesiołki, kosaćce, mieczyki, orliki, serduszka, niezapominajkę, płożący się barwinek czy krzewy takie jak jaśminowce, kalina i bzy lilaki.
Kocanki ogrodowe (Helichrysum L.). Potocznie zwane suchołuskami lub nieśmiertelnikami. Fot. M. Mazurczak-Kaczmaryk
Piękno wyrażone przez żywe kolory, od żółci, pomarańczy i czerwieni po róże, fiolety i niebieskości. Mnogość zapachów – można zamknąć oczy i spróbować wyobrazić sobie jak niesamowity zapach musiał unosić się nad takim ogródkiem i jak wiele zapylaczy wokół niego krążyło.
Floks (Phlox L.), nazywany też płomykiem. Fot. M. Mazurczak-Kaczmaryk
Tym bardziej, że również w „przedogródku” uprawiano zioła – rośliny aromatyczne, przyprawowe, lecznicze i magiczne. Do powszechnie uprawianych już wtedy ziół zaliczyć można lubczyk, szałwię lekarską, miętę, bylicę boże drzewko, złocień marunę, rutę, rumianek, wrotycz, piołun, estragon, hyzop, cząber czy majeranek. Zioła uprawiano również wśród warzyw w ogrodzie warzywnym. Wiele spośród tych ziół, odgrywało szczególną rolę w życiu kobiet, zarówno na co dzień jak i w ważnych uroczystościach. Barwinek uchodził za szczególny afrodyzjak, który miał wzbudzać miłość. Wraz z rutą był sztandarowym ziołem związanym z panieństwem, wykorzystywanym podczas wesel. To z barwinka między innymi wyplatano wieniec panny młodej czy przyozdabiano weselne potrawy.
Barwinek pospolity (Vinca minor L.). Fot. M. Mazurczak-Kaczmaryk
Obecność ruty w ogrodzie informowała, że w domu jest panna na wydaniu, jednocześnie chroniła domostwo przez złem. Podobnie wybitnie ochronne właściwości przypisywano bylicy boże drzewko, którą kobiety starannie i powszechnie hodowały w swoich ogrodach. Niepozorna kuzynka bylicy pospolitej, której uprawę, podobnie jak innych ziół, rozpowszechnili zakonnicy. Boże drzewko szczególnie służyło kobietom już zamężnym – jego miłosne właściwości wzmacniały i chroniły małżeńską miłość. Sięgały po nie szczególnie kobiety ciężarne i po porodzie. W otoczeniu domostwa również często występowała dziko rosnąca bylica pospolita, oprócz tego, że chroniła dom (nawet przed złodziejami), odgrywała szczególną rolę w obrzędach sobótkowych. Szereg innych, dzikich gatunków roślin miał swoją określoną rolę w życiu naszych babć i ich rodzin. Zbierały je z lasów, miedz, łąk i przydroży, ale też ze swoich ogrodów, w których rośliny te się spontanicznie pojawiały, i w których miały swoje należne miejsce.
Dalia zmienna (Dahlia pinnata L.). M. Mazurczak-Kaczmaryk
Można sobie tylko wyobrazić, jak bardzo bogate i bioróżnorodne były to ogrody. Przez swoją naturalność, obecność rodzimych gatunków, zarówno roślin zielnych, krzewów jak i drzew, tradycyjne ogrody naszych przodkiń musiały stanowić prawdziwe oazy dzikiego życia i bioróżnorodności. Kiedyś ta bioróżnorodność była często w dużej mierze niezamierzonym efektem naturalnych metod upraw i życia w bardzo bliskim kontakcie z naturą i światem roślin. Dziś świadome inspirowanie się takimi ogrodami, może być nie tylko ratunkiem dla zagrożonej i ginącej przyrody, ale też dla nas samych, pomagając nam, poprzez sadzenie papierówki, lipy czy bożego drzewka „zakorzenić się”, połączyć z przeszłością, ale też stworzyć przyjemne, żywiące, pełne smaków i zapachów miejsce do rozwoju i życia przyszłych pokoleń.
Zdjęcie otwierające: Ogród wiejski ze słonecznikami – Gustav Klimt.
[1] Zatek W. 2003. Przydomowy ogród wiejski – dawniej i dziś. Zeszyty Naukowe AR w Krakowie nr 402. 271-276.
[2] Jankowski E. Ogród przy dworze wiejskim. T. 1. (Ogród użytkowy). Warszawa, 1888
[3] Poschlod P., Bakker J.P., Kahmen. S. 2005. Changing land use and its impact on biodiversity. Basic and Applied Ecology
[4] Lubuskiego Centrum Starych Odmian Drzew Owocowych: https://leszekkulak.pl/stare-odmiany-drzew/stare-odmiany-drzew-owocowych/
[5] Kujawska M., Łuczaj Ł., Sosnowska J., Klepacki P. Rośliny w wierzeniach i zwyczajach ludowych. Słownik Adama Fischera. PTL. Wrocałw 2016
Dr Joanna Sucholas – etnobiolożka, zielarka, edukatorka i rolniczka agroekologiczna. Absolwentka biologii na UAM w Poznaniu. Stopień doktora nauk przyrodniczych otrzymała na Uniwersytecie w Ratyzbonie na podstawie badań nad tradycyjną wiedzą ekologiczna i przemian tradycyjnego rolnictwa na bagnach Biebrzańskich. Przez kilka lat związana z Uniwersytetem w Rottenburgu, prowadziła badania nad zrównoważonym zbiorem ziół z natury. W międzynarodowym projekcie badawczym ERICA na UAM kieruje szkoleniem lokalnej społeczności z obywatelskiego monitoringu środowiskowego. Prowadzi spacery i zajęcia edukacyjne z zakresu etnobotaniki, ziołolecznictwa, roślinnej ludowości oraz ochrony bioróżnorodności krajobrazu rolniczego. Związana z ruchem agroekologicznym, w jego duchu rozwija małe gospodarstwo we wschodniej Wielkopolsce uprawiając tam zioła, warzywa, stare odmiany drzew owocowych i odtwarzając zanikające siedliska wiejskiego krajobrazu biokulturowego.
Artykuł powstał w ramach projektu „Aktywni w sołectwach”

Projekt „Aktywni w sołectwach” korzysta z dotacji w wysokości 1 215 927 € od Islandii, Liechtensteinu i Norwegii w ramach Funduszu Społeczeństwa Obywatelskiego EOG finansowanego ze środków Funduszy EOG i Funduszy Norweskich. Celem projektu jest wzmocnienie społeczeństwa obywatelskiego oraz zwiększenie udziału obywateli w życiu publicznym na obszarach wiejskich w Polsce poprzez rozwijanie kompetencji, odporności i współpracy sołtysów oraz wiejskich organizacji społecznych. Projekt będzie trwał od maja 2026 do maja 2031 roku.
