Ponad trzy dekady pracy na rzecz lokalnej społeczności, setki spotkań z mieszkańcami i nieustanne poszukiwanie sposobów na ich integrację – tak w skrócie można opisać działalność Reginy Piątkowskiej, sołtyski wsi Byszewy w gminie Nowosolna. Jej doświadczenie pokazuje, jak bardzo zmieniła się polska wieś, szczególnie ta położona w sąsiedztwie dużego miasta. Dziś to już nie tylko wspólnota „od pokoleń”, ale także przestrzeń, w której spotykają się różne style życia, oczekiwania i poziomy zaangażowania. W rozmowie opowiada o wyzwaniach współczesnego sołtysa, zaniku tradycyjnych więzi oraz o tym, jak mimo wszystko budować lokalną wspólnotę.
Przemysław Chrzanowski, Witryna Wiejska: Ma Pani imponujący staż w służbie sołectwu. Jak długo pełni Pani funkcję sołtysa?

Regina Piątkowska, sołtyska wsi Byszewy: – W tym roku mija 31 lat.
To ogrom czasu. Jak przez te lata zmieniła się Pani praca i sama społeczność?
– Zmieniło się właściwie wszystko. Gdy zaczynałam, znałam każdego mieszkańca – wiedziałam, do kogo wejść, gdzie otworzyć furtkę, który pies może ugryźć, a który nie. Jeśli kogoś nie było w domu, zostawiało się decyzję podatkową u sąsiada i miało się pewność, że ją przekaże. Informacje o zebraniach przekazywano bardzo prosto – jedna kartka przy sklepie, druga w obiegu i wszyscy wiedzieli. Dziś to wygląda zupełnie inaczej. Korzystam z Facebooka, mam bazę numerów telefonów, wysyłam SMS-y. Staram się docierać do mieszkańców różnymi kanałami, ale mimo to aktywność społeczna jest znacznie mniejsza niż kiedyś.
Z czego to wynika?
– Moja gmina – Nowosolna – leży tuż przy Łodzi i w dużej mierze pełni funkcję jej „sypialni”. Społeczność jest mocno podzielona na tzw. „starych” mieszkańców, czyli tych żyjących tu od pokoleń, i „nowych”, którzy się osiedlili. Tych drugich jest coraz więcej i to oni zaczynają dominować. Ale to nie jest tylko kwestia podziałów. To szersze zjawisko społeczne – ludzie coraz mniej angażują się w życie wspólnoty.
Czy nowi mieszkańcy wiedzą w ogóle, kim jest sołtys?
– Różnie z tym bywa. Zdarzało mi się stać pod furtką z decyzją podatkową i mieć poczucie, że jestem traktowana jak inkasent czy ktoś od spisywania liczników. Bywało, że ktoś podpisywał dokument na płocie i zamykał rozmowę. A z drugiej strony – wchodzę do starszych mieszkańców, często na terenach popegeerowskich, i tam spotykam ogromną serdeczność. Pamiętam sytuację, gdy zmarznięta dostałam talerz gorącej zupy od starszej pani. To są dwa różne światy.
Czy mimo to mieszkańcy angażują się w życie sołectwa?
– W wydarzenia – tak. Organizujemy pikniki rodzinne, Dzień Seniora, Mikołajki dla dzieci. Działamy też aktywnie w kole gospodyń wiejskich, realizujemy różne projekty, m.in. we współpracy z Fundacją Biedronki. Na takie inicjatywy mieszkańcy przychodzą chętnie. Natomiast problemem są zebrania i wybory. W sołectwie liczącym około 600 mieszkańców w ostatnich wyborach uczestniczyło zaledwie… 17 osób.
To musi być frustrujące po tylu latach pracy.
– Jest to przykre, bo naprawdę się staram. Szukam pomysłów, żeby integrować mieszkańców, żeby się poznawali, żeby chcieli być razem. Ale jednocześnie staram się nie oceniać. Raczej zastanawiam się, jak do nich dotrzeć i co zrobić, żeby chcieli się bardziej otworzyć.
Jak zmieniła się sama wieś? Czy nadal jest „wsią” w tradycyjnym sensie?
– Coraz mniej. Ja pochodzę z gospodarstwa rolnego i byłam nauczona ciężkiej pracy. Dziś rolnictwo w mojej gminie praktycznie zanika. Małych gospodarstw jest coraz mniej, dominują wielkoobszarowe areały dzierżawione przez większych rolników. W moim sołectwie jest chyba tylko jedna krowa – u sąsiadki. I zdarza się, że przychodzą mamy z dziećmi, żeby ją zobaczyć. Na tym przykładzie widać jak bardzo zmieniła się wiejska rzeczywistość.
A tradycje? Czy udaje się je zachować?
– Staram się bardzo. Przygotowujemy wieńce dożynkowe, organizujemy warsztaty. Dziś patrzę na zboże zupełnie inaczej niż kiedyś – jako na coś cennego, niemal symbolicznego. Nawet słomę traktujemy jak materiał do dalszego wykorzystania, nie wyrzucamy jej.
Uczestniczy Pani w spotkaniach i konferencjach dla sołtysów. Co one Pani dają?
– Bardzo dużo. Właśnie dlatego zapisałam się do Stowarzyszenia Sołtysów w Ziemi Łódzkiej – brakowało mi wymiany doświadczeń, zweryfikowania, jak to wygląda gdzie indziej. Takie spotkania są bardzo budujące. Uświadamiają mi, że jestem liderką, ale jednocześnie pokazują, jak ważne jest mieć ludzi wokół siebie – takich, którzy będą chcieli działać razem.
Ma Pani takie wsparcie?
– W dużej mierze tak – szczególnie we wspomnianym Kole Gospodyń Wiejskich. Bardzo zależało mi na jego reaktywacji na nowych zasadach, żeby nie zatracić tego dorobku, który był budowany przez ponad 80 lat. To dla mnie ważne, żeby była ciągłość – żeby to, co wypracowały poprzednie pokolenia, nie zniknęło. Udało się stworzyć zespół, w którym są naprawdę zaangażowane osoby. To są kobiety, które mają swoje obowiązki, pracę, domy, a mimo to znajdują czas, żeby działać. I widzę, że to ma sens – że to będzie się rozwijać. To wsparcie jest dla mnie bardzo cenne, bo daje poczucie, że nie jestem sama. Natomiast jeśli spojrzymy szerzej, na całe sołectwo, to nadal brakuje większego zaangażowania mieszkańców.
Myśli Pani o tym, żeby kiedyś przekazać funkcję komuś innemu?
– Oczywiście. Każdy etap kiedyś się kończy. Mam tego pełną świadomość, dlatego tak bardzo zależy mi na budowaniu społeczności i szukaniu osób, które będą chciały się zaangażować, a w przyszłości przejąć tę rolę. Funkcja sołtysa nie jest „na zawsze” – to odpowiedzialność, którą w odpowiednim momencie trzeba komuś przekazać. I to jest dziś jedno z największych wyzwań – znaleźć osoby, które nie tylko chcą coś zrobić, ale także czują odpowiedzialność za innych i za miejsce, w którym żyją.
Co po 31 latach daje Pani największą satysfakcję?
– Przede wszystkim kontakt z ludźmi. Te wszystkie sytuacje, kiedy widzę, że udało się kogoś zintegrować, że ludzie zaczynają się znać, spotykają się, rozmawiają – to jest największa wartość. Czasem to są naprawdę drobne rzeczy – życzliwość, rozmowa, gest, który pokazuje, że ktoś docenia tę pracę. Dla mnie to właśnie te relacje są najważniejsze. Bo mimo wszystkich trudności i tego, że ta wieś bardzo się zmieniła, to nadal najważniejszy jest człowiek.
***