Ziołolecznictwo – wiedza i pasja – część II. Jak rozpoznawać zioła?

RutaKowalskaogrodksiazka

Rozmawiam z Rutą Kowalską – dyplomowaną i praktykująca zielarką z Pomorza Zachodniego, autorką dwóch tomów książki pt. „O czym szumią zioła” i wspaniałą edukatorką, prowadzącą warsztaty zielarskie. W drugiej części rozmawiamy o leczniczych właściwościach ziół i o nauce ich rozpoznawania.

Monika Mazurczak-Kaczmaryk: Podczas spacerów z moimi psami zauważyłam, że psy wiedzą, które rośliny są dla nich dobre i lecznicze. Przy tych się zatrzymują i je jedzą. One to wiedzą, ja natomiast muszę się uczyć, jak rozróżniać zioła, by dowiedzieć się, które mają właściwości lecznicze dla człowieka, a które są np. trujące. Czyli muszę zajrzeć do dobrych źródeł, żeby nauczyć się rozpoznawania ziół.

Ruta Kowalska: Nasze przodkinie i przodkowie żyli w głębokim przymierzu z roślinami: były dla nich pokarmem, lekarstwem, materiałem do budowania schronień, z ich włókien robiono ubrania, dawały ciepło jako opał. Jeżeli byśmy spojrzeli na ten aspekt głębiej – na poziomie pamięci komórkowej – to bycie blisko roślin jest w nas niejako zakodowane. Rozpoznawania ziół najlepiej uczyć się w terenie, pod okiem doświadczonych przewodników, najlepiej botaników oraz z dobrych publikacji do oznaczania roślin.


Bodziszek błotny (Geranium palustre L.) fot. Monika Mazurczak-Kaczmaryk

Zapytam Panią o praktyczną rzecz: jak rozpoznawać zioła, jak to robić w sensie takiego warsztatu pracy? Czy oglądać atlasy, ryciny, czytać opisy gatunków roślin? Jak to robić, żeby nie szkodzić ani sobie, ani przyrodzie? Wiemy przecież, że wśród roślin są też takie, które nam szkodzą, a które łatwo pomylić z tymi leczniczymi.

Najważniejszą dla mnie zasadą pozyskiwania ziół jest: zbieraj wyłącznie te rośliny, które dobrze znasz. W naszym kraju, pośród dziko rosnących roślin, ponad 350 gatunków uznawanych jest za trujące. Oczywiście, to nie jest tak, że się je zje i od razu się umrze. Choć są też i takie gatunki. Z reguły zatrucie ogranicza się do problemów żołądkowo-jelitowych. Szczególna ostrożność jest wskazana przy zbiorze roślin z rodziny selerowatych, dawniej zwanych baldaszkowatymi. W Polsce mamy ich ponad 70 gatunków, przy czym niektóre z nich są dla laików bardzo do siebie podobne. Część tych gatunków jest lecznicza, na przykład wszędobylski i chyba prawie wszystkim znany – podagrycznik. Natomiast inne są trujące np. szalej jadowity czy szczwół plamisty.


Szczwół plamisty
(Conium maculatum L.). Roślina trująca. Fotografie pochodzą z Atlasu Roślin 

Dlatego tak bardzo ważne jest prawidłowe rozpoznawanie roślin i tego moim zdaniem najlepiej uczyć się z dobrych atlasów do rozpoznawania roślin, ale też pod okiem obeznanych w swoim fachu botaników, czy innych znawców roślin. Najlepiej łączyć wiedzę książkową z tą zdobywaną w terenie.


Żywokost lekarski (Symphytum officinale L.) fot. Monika Mazurczak-Kaczmaryk

Natomiast unikałabym korzystania w tej materii z social mediów, chyba, że ma się tam jakąś zaufaną osobę, która podchodzi rzetelnie do tego, co publikuje. Często podawane są tam błędne informacje np. rumianek jest nagminnie mylony z maruną bezwonną albo rumianem polnym. Niekiedy zdjęcia roślin są generowane przez sztuczną inteligencję i też dość często z błędami.


Przetacznik ożankowy (Veronica chamaedrys L.) fot. Monika Mazurczak-Kaczmaryk

Mam poczucie, że w dobie zalewu informacji w mediach społecznościowych, w tym generowanych przez sztuczną inteligencję największą super mocą i sztuką jest oddzielanie prawdy od fałszu, może w przyszłości okaże się to największą umiejętnością.

To może wykorzystam ten moment, żeby przybliżyć temat, o którym się teraz dużo mówi, czyli gatunków inwazyjnych. Chodzi mi o nawłoć kanadyjską. Są organizowane na wsiach różne akcje, na przykład usuwania tej inwazyjnej nawłoci. Ale żeby się dowiedzieć, jak rozróżnić nawłoć pospolitą od późnej, zwanej też olbrzymią to jeszcze rozumiem. Natomiast bardzo trudno rozróżnić nawłoć późną od tej kanadyjskiej. W mediach społecznościowych pokazuje się bardzo dużo informacji mylących i mieszających nam w głowach.

Rodzaj nawłoć obejmuje około 100 gatunków i w Polsce, oprócz naszej rodzimej nawłoci pospolitej, w niektórych regionach kraju masowo występuje, pochodząca z Ameryki Północnej – nawłoć późna i nawłoć kanadyjska. Wprowadzono je do Europy mniej więcej w XVIII wieku jako rośliny ozdobne. Dość szybko wymknęły się poprzez furtki ogrodów i już w połowie XIX wieku zaczęły panoszyć się poza uprawami. A wszystko dzięki dużej żywotności i niewielkim wymaganiom. Nawłocie te za pomocą silnych kłączy rozrastają się bardzo szybko, ograniczając różnorodność i liczebność naszej rodzimej flory, w tym także swojej bliskiej krewnej, czyli nawłoci pospolitej. W efekcie przyczyniają się też do spadku różnorodności gatunkowej owadów i ptaków. Mamy do czynienia z efektem domina – jedna rzecz pociąga za sobą kolejne.

Nawłoć pospolita (Solidago virgaurea L.) na łące. Żółte kwiatostany z drobnymi kwiatkami. W przeciwieństwie do nawłoci kanadyjskiej nie tworzy gęstych łanów, jest raczej domieszką w zaroślach, lasach i na suchych łąkach. fot. Monika Mazurczak-Kaczmaryk

Jeżeli chodzi o rozpoznawanie, to nawłoć pospolitą łatwo odróżnić od gatunków inwazyjnych przede wszystkim tym, że nasz rodzimy gatunek jest niższy, dorasta mniej więcej do 1 metra wysokości. Tymczasem nawłoć kanadyjska dorasta do 1,5 metra, a późna przekracza nawet 2 metry wysokości. Mają też inne kwiatostany i liście.


Nawłoć kanadyjska (Solidago canadensis L.), roślina inwazyjna. fot. Monika Mazurczak-Kaczmaryk

Natomiast jeżeli chodzi o nawłoć kanadyjską i późną to tak naprawdę są to już bardziej szczegółowe różnice. Ale ta wiedza może nie jest nam aż tak potrzebna, ponieważ oba te gatunki – nawłoć kanadyjska i nawłoć późna – są inwazyjne.

W jaki sposób się ich pozbywać?

Po pierwsze nie wprowadzać ich do środowiska. Pamiętam z mojego dzieciństwa, że nawłoć kanadyjska była na potęgę wprowadzana do ogródków działkowych jako roślina ozdobna. Jeżeli już mamy je u siebie, to możemy działać na kilku frontach. Nie dopuszczać do ich kwitnienia i potem rozsiewania się nasion, czyli kosić w odpowiednim terminie. Szacuje się, że z jednego kwiatostanu powstaje nawet do 20 tysięcy nasion, które wraz z wiatrem rozprzestrzeniają się na spore odległości. I wtedy „hulaj dusza piekła nie ma”. Warto też wykopywać roślinę. Jest to dość karkołomne przedsięwzięcie, bo tak jak mówiłam, tworzą w glebie plątaninę trudnych do usunięcia kłączy. Warto też usuwać odrosty, bo to osłabia żywotność tej rośliny.

Bardzo mnie zaintrygowało to zdanie, które pani napisała w swojej pięknej książce pt. „O czym szumią zioła”, że to rośliny wybierają nas, a nie na odwrót i chciałabym prosić o wytłumaczenie tego, a przy okazji terminu „ziołuj lokalnie”. Dlaczego to, co rośnie blisko nas, najbardziej nam sprzyja?

To, że rośliny wybierają nas, a nie na odwrót, to taka przenośnia w kontekście tego, jak bogaty jest bank nasion w glebie, i jak dany gatunek na danym terenie pojawia się nagle, po wielu latach i często odpowiada dokładnie na nasze potrzeby zdrowotne. I choć może się wydawać, że trochę trąci to magią, doświadczyłam tego już kilkakrotnie.

Mam otwartość na to, co wymyka się naszemu racjonalnemu, zachodniemu umysłowi. I uważam, że są na świecie rzeczy, o których się filozofom nie śniło. Nauka ma sporo ograniczeń. Po pierwsze dlatego, że nasze narzędzia badawcze są ograniczone. Po drugie nasze postrzeganie świata także, chociażby poprzez ograniczenia naszych zmysłów. Tak naprawdę my nie mamy zielonego pojęcia o tym, jak na przykład świat postrzegają psy, które głównie „posiłkują” się węchem, czy na przykład, jak świat wygląda z perspektywy ptaków drapieżnych, które mają niesamowicie dobry wzrok. I oczywiście też o niektórych zmysłach nawet nam się nie śniło, chociażby o echolokacji, czy obecnym u niektórych zwierząt zmyśle elektrycznym. Do tego dochodzą ograniczenia naszego umysłu. Żyjemy w XXI wieku, w kulturze zachodniej. To też niesie pewne ograniczenia, bo kultura nas jakoś kształtuje. Z jednej strony podchodzę zdroworozsądkowo do wielu rzeczy, posiłkuję się nauką, ale z drugiej zdaję sobie sprawę, że nasze postrzeganie świata to taki niewielki kawałeczek tortu, a cała reszta jest poza naszym zasięgiem.


Marchew zwyczajna (Daucus carota L.) fot. Monika Mazurczak-Kaczmaryk

Odnośnie hasła „Ziołuj lokalnie” zawsze mocno podkreślam na swoich warsztatach, że z ziołami jest podobnie, jak z jedzeniem. W obu przypadkach najlepiej kierować się ideą sezonowości i lokalności. Nie czuję na przykład potrzeby korzystania z ziół z najodleglejszych zakątków świata. Od paru lat jest moda na medycynę chińską i ajurwedyjską oraz zioła z Ameryki Południowej. Oczywiście są to cenne tradycje, ale warto praktykować etyczne, odpowiedzialne zielarstwo. Po pierwsze korzystanie z zasobów tych medycyn pociąga za sobą transport na duże odległości i płynące z niego konsekwencje. Po drugie, nie mamy pewności, czy pozyskiwanie tych ziół nie odbywa się w sposób rabunkowy, ze szkodą dla środowiska, czy praw lokalnych społeczności. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że jak jakaś roślina staje się modna w naszej, uprzywilejowanej części świata, często pociąga za sobą nadużycia w lokalnych społecznościach, wiąże się z jakimiś wyzyskiem ludzi czy środowiska.

Co ciekawe, jakość tych ziół – mam tutaj głównie na myśli zioła pochodzące z krajów azjatyckich z Indii, czy z Chin – często pozostawia wiele do życzenia. Bywają niewłaściwie zbierane, suszone, nie zawsze też tak naprawdę mamy pewność, czy to, co kupujemy jest faktycznie tym, co deklaruje producent. W krajach tych są niższe standardy, jeżeli chodzi o kontrolę bezpieczeństwa. Natknęłam się na wyniki badań, które mówią o tym, że zioła z tamtej części świata są skażone metalami ciężkimi, lekami syntetycznymi, pozostałościami pestycydów.


Bluszczyk kurdybanek (Glechoma hederacea L.) fot. Monika Mazurczak-Kaczmaryk

Głęboko wierzę w teorię, że zioła ewoluowały wraz z nami. Tak naprawdę byliśmy z nimi od zarania dziejów i można powiedzieć, że nasze ciała miały kontakt z pewnymi związkami zawartymi w roślinach, przez co na przykład nie są one już traktowane przez naszą wątrobę jako toksyna. Podobnie jak z żywnością, to, co rośnie blisko, najbardziej nam sprzyja. Bo pozostaje w usankcjonowanej przez wieki harmonii z naszym organizmem. Natomiast jeżeli zaczynamy nagle zażywać zioła, na przykład chińskie czy ajurwedyjskie, z którymi nasze europejskie organizmy nie miały kontaktu, to rodzi się pytanie, jak zawarte w nich, obce dla nas związki są traktowane przez nasz organizm.

Bardzo ważna kwestia, nie myślałam nigdy w ten sposób. Dziękuję bardzo za to wyjaśnienie. Teraz rozumiem skąd to hasło: „Ziołuj lokalnie”.

To nawiązanie do hasła, które pojawiło się kiedyś w ruchu ekologicznym i brzmiało „jedz lokalnie”. To samo dotyczy ziół. To, co lokalne jest po prostu z reguły lepsze i zdrowsze.

To przejdźmy może do medycyny i farmacji, bo chciałabym panią zapytać, do kiedy medycyna a właściwie bardziej farmacja – opierała się głównie na roślinach, i jak to się stało, że zastąpiliśmy zioła lekami syntetycznymi?

Właściwie do XIX wieku bazowaliśmy głównie na roślinach, wtedy też zaczęto izolować z roślin pierwsze metabolity wtórne. Na pierwszy ogień ze względu na siłę działania poszły związki zwane alkaloidami. Na przełomie 1803 i 1804 roku niemiecki aptekarz Friedrich Sertürner odkrył związek zawarty w mleczku niedojrzałych makówek maku lekarskiego. Wyizolował go i nazwał morfiną, na cześć greckiego boga snu Morfeusza, ponieważ związek ten miał działanie uspokajające i nasenne. W 1820 roku z kory chinowca wyizolowano chininę, która stała się lekiem na – wtedy dość wszechobecną – malarię. Do dzisiaj wyizolowano z roślin około 20 tysięcy związków.

Dąbrówka rozłogowa (Ajuga reptans L.) fot. Monika Mazurczak-Kaczmaryk

W pierwszej połowie XX wieku nastąpił bardzo intensywny rozwój chemii, co przyczyniło się do szybkiego wzrostu produkcji leków syntetycznych, które znamy obecnie. Jednak pierwowzorem dla większości z nich były związki odkryte w roślinach.

Jedna z zielarek z Pogórza Przemyskiego – Aleksandra Ryznar, z którą rozmawiałam kilka lat temu, powiedziała mi, że rośliny są wg niej najwspanialszymi fabrykami farmaceutycznymi na świecie. Czy mogłaby Pani wytłumaczyć na przykładzie morfiny, jakie jest przełożenie tego metabolitu wtórnego w maku na lek syntetyczny? Rozumiem, że to co jest w roślinie też jest jakimś związkiem chemicznym, rozpoznaje się go i potem się go sztucznie tworzy w laboratorium?

Tak. Z reguły droga była taka, że izolowano coś z roślin, ustalano wzór chemiczny, działanie lecznicze i później syntetyzowano odpowiednik w laboratorium. To sprawiło, że nie trzeba było organizować całej logistyki związanej ze zbiorem roślin, suszeniem, z izolowaniem składników z roślin, co znacznie upraszczało cały proces.


Knieć błotna (Caltha palustris L.), potocznie nazywana kaczeńcem lub kaczyńcem. Fot. Monika Mazurczak-Kaczmaryk

Musimy pamiętać też, że ilość związków leczniczych w roślinach nie jest stała, bo zależy od wielu czynników, między innymi od temperatury, nasłonecznienia, od gleby, odmiany. Dlatego nie jest tak, że idziemy na łąkę, zbieramy sobie na przykład liście babki lancetowatej, robimy to przez dwa miesiące w różnych miejscach i zawsze mamy surowiec, który zawiera identyczny poziom metabolitów wtórnych. Natomiast jeżeli chodzi o leki syntetyczne, to ich atutem jest to, że dawka jest stała. Znaczenie ma też łatwość i szybkość ich podania.

A jaka jest przewaga leków roślinnych? Pisała pani, że cała roślina leczy, a lek syntetyczny działa tylko na określoną chorobę. 

Z reguły jest tak, że w leku syntetycznym jest jeden związek chemiczny. Natomiast zioła, tak jak wspominałam, mogą zawierać nawet kilkaset związków, więc działają bardziej wielokierunkowo, nie tylko leczą, ale też wzmacniają, odżywiają, regulują różne procesy w naszym organizmie. Dlatego często lepiej sprawdzają się w przypadku chorób chronicznych.

Jakie są zasady zbierania i korzystania z ziół. Wiem, że to jest bardzo rozległa wiedza i nie jesteśmy w stanie tego wszystkiego przedstawić naszym czytelnikom. Chciałam jednak prosić o podanie najważniejszych zasad przetwarzania ziół.

To naprawdę bardzo szeroki temat. Dlatego właśnie napisałam moje książki, a temu zagadnieniu poświęcam ponad 100 stron w I tomie. Sztuka sporządzania ziołowych leków opiera się na zasadzie ekstrahowania (wyodrębniania) znajdujących się w roślinie związków leczniczych przy pomocy różnych płynów, czyli tak zwanych rozpuszczalników.

W warunkach domowych, aby wyekstrahować właśnie te związki lecznicze używa się starej metody maceracji. To nic innego jak zalanie ziół odpowiednio dobranym rozpuszczalnikiem, na przykład wodą, olejem, alkoholem etylowym lub octem i pozostawienie ich na ściśle określony czas. Tymczasem wciąż wielu osobom wydaje się, że na przykład wezmą kwiaty lipy i w jednym kubku zaleją zimną wodą, w kolejnym wrzącą, jeszcze kolejnym olejem, w następnym alkoholem lub octem, i że w każdym przypadku uzyskają preparat o podobnym działaniu leczniczym. Oczywiście nic bardziej mylnego.

Związki lecznicze zawarte w roślinach w zależności od swojej budowy różnią się stopniem rozpuszczalności w różnych płynach i z tego powodu niektóre zioła należy zalewać wodą, inne alkoholem lub olejem. Niektóre wymagają gotowania, inne preferują chłodne płyny i wiedza o tym, jakiego rozpuszczalnika użyć jest niezwykle ważna, bo po prostu przekłada się na skuteczność przygotowywanych przez nas ziołowych remediów. Dla mnie osobiście wpisuje się także w nurt szacunku do roślin, czyli przetwarzania ich z głową, nie marnowania. Dlatego wiedza jakiego rozpuszczalnika użyć jest kluczowa. O dziwo w wielu książkach na temat ziół nie ma ani słowa na ten temat.

Krwawnik pospolity (Achillea millefolium L.) wśród traw i pokrzywy. fot. Monika Mazurczak-Kaczmaryk

Dostałam Pani książkę od świętego Mikołaja i przyznam się, że pierwszy raz czytałam taką książkę o ziołach, z której naprawdę mogłam się dowiedzieć, o co w tym ziołolecznictwie chodzi. Na koniec, chciałabym poruszyć temat wdzięczności. Jak się odwdzięczyć współcześnie roślinom za to, co one dają nam. Pisała pani właśnie o tym, że w nurcie tego świadomego zielarstwa, opartym na empatii, zrozumieniu roślin ważne jest także okazanie roślinom naszej ludzkiej wdzięczności. Wydaje mi się, że kiedyś ludzie mieli głębszy stosunek do przyrody, z tego powodu składali jej ofiary dziękczynne. Z jednej strony podziękowanie, z drugiej zasada wzajemności znana w wielu kulturach na świecie. Czy my, ludzie współcześni możemy dziękować roślinom za ich dar? W jaki sposób?

Mocno czuję, że to, co robimy w życiu i czemu poświęcamy czas i uwagę – zaznaczę tylko, że słowa poświęcać używam nie w kontekście jakiegoś męczeństwa, tylko czynienia jakichś relacji świętymi – czy to jest pielęgnowanie ogrodu, czy przygotowywanie codzienne posiłków może być głęboko duchowe.

W wielu kulturach tradycyjnych dbano o zachowanie równowagi pomiędzy braniem a dawaniem. Za każde ścięte drzewo, zebrane liście, kwiaty, owoce czy zabite zwierzę starano się zadośćuczynić, pozostawić jakąś ofiarę dziękczynną, rekompensatę. I taka idea pozostawiania darów w przyrodzie, z punktu widzenia naszego zachodniego umysłu – bardzo racjonalnego, opartego na ideach kartezjuszowskich – wydawać się może czymś bez sensu. Jednak ja zawsze bardzo zachęcam do tego, aby okazać wdzięczność, iść na zbiory z jakąś intencją, traktować łąki, pola, lasy, pastwiska jak sanktuaria i miejsca życia innych istot, gdzie my tak naprawdę jesteśmy w gościnie. Przecież, gdy idziemy do domów naszych znajomych czy przyjaciół, to nie wchodzimy i nie przewalamy im wszystkich rzeczy, nie zabieramy ich ze sobą do wielkiego wora, bo tak chcemy. Podobnie powinniśmy traktować przyrodę. Jak domy innych istot.


Fot. Czosnek niedźwiedzi (Allium ursinum L.). Kwitnie na biało od kwietnia do czerwca.
 Roślina pod ochroną. Fot. Monika Mazurczak-Kaczmaryk

Jeżeli zaczniemy praktykować zasadę wzajemności i daru, to naprawdę bardzo mocno zmienia optykę, skłania do głębokiej refleksji. Sposobów na podziękowanie i odwdzięczenie się jest naprawdę wiele: pielęgnowanie swojego ogrodu bez środków chemicznych, zakładanie łąk kwietnych, sadzenie drzew, dbanie o dzikie zapylacze, pozostawianie jakiejś przestrzeni wokół domu dziką, większa troska o zwierzęta, również gospodarskie – naprawdę mamy tutaj szeroki wachlarz możliwych działań.

Kiedy powstały na świecie i w Polsce pierwsze zielniki i kto je tworzył?

Jeżeli chodzi o zielniki, to takim najstarszym polskim herbarzem było tłumaczone z łaciny dzieło Stefana Falimirza, który był botanikiem i lekarzem. Tytuł w wersji skróconej –  bo te tytuły w dawnych wiekach były bardzo długie – brzmiał „O ziołach i mocy ich”. Zielnik ten wydano w 1534 roku. Potem w roku 1568 ukazał się herbarz Marcina Siennika. W 1595 roku  – herbarz autorstwa Marcina z Urzędowa i on jest uznawany za pierwszy oryginalny zielnik, bo wcześniej to po prostu były kompilacje. W 1613 roku wydano dzieło Szymona Syreniusza, który był botanikiem, lekarzem, profesorem Akademii Krakowskiej. Liczyło 1550 stron. Zawiera informacje o 765 roślinach i jest uznawane za najobszerniejsze jak na owe czasy w Europie. I znalazłam taką ciekawostkę, że za jeden zielnik można było kupić 2 beczki soli. A za 2 zielniki można było wówczas kupić woła. Także, cena tego zielnika była zawrotna, ale też oczywiście wtedy były zupełnie inne realia powstawania książek niż obecnie.

 

O czym szumią zioła. Podręcznik ziołolecznictwa i Receptariusz ziołowy autorstwa Ruty Kowalskiej. Fot. Maciej Orłowski

Zapytam jeszcze czy są takie zioła w Polsce, które są pod ochroną i nie wolno ich zbierać?

Tak, są takie rośliny. Należą do nich arnika górska, czosnek niedźwiedzi, pierwiosnek wyniosły i kocanki piaskowe. Warto o tym wiedzieć.

Bardzo dziękuję za rozmowę. 

Ruta Kowalska, O czym szumią zioła, Podręcznik ziołolecznictwa, tom 1, tom 2, https://oczymszumiaziola.pl/

Zdjęcie otwierające: Maciej Orłowski

 

Dodatkowe źródła informacji:

Atlas Roślin Polski 

 

***

Czytaj również: Ziołolecznictwo – wiedza i pasja. Rozmowa z Rutą Kowalską, część I

 

 

Facebook
Twitter
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!