Organizacje factcheckingowe wyłapują fałszywe treści, gdy te już krążą po sieci, a odbiorcy dawno zdążyli je przyswoić. Patrycja Bartylak opowiada, jak razem ze znajomą założyły fundację, bo miały poczucie, że w debacie o dezinformacji ciągle działamy „po szkodzie”.
– Chciałyśmy iść krok wcześniej, wzmacniać odporność społeczną, zanim fałsz zacznie się rozlewać – mówi Patrycja.
W ramach działania Fundacji zdezINFORMOWANI łączą edukację medialną z globalną i obywatelską, bo – jak tłumaczy:
– Nie chodzi tylko o nauczenie ludzi, jak odróżnić fałsz od prawdy. Chodzi o umiejętność poruszania się w całym środowisku informacyjnym: łączenia kropek między komunikatami, zestawiania obrazów z tekstem, dostrzegania narracji, które mają poruszyć emocje. Pracujemy warsztatowo, poza formalnymi metodami – przede wszystkim z młodymi, ale też z seniorami – dodaje.
Namiot na skwerku, deszcz i dieta medialna seniorów
Jednym z takich działań był plenerowy warsztat dla seniorek i seniorów w Poznaniu, zorganizowany wspólnie z lokalną instytucją prowadzącą animacje osiedlowe. Miejsce nie było przypadkowe – niewielki skwer przy ciągu sklepów i przychodni, do którego starsze osoby zaglądają przy okazji załatwiania codziennych spraw.
– Rozstawiłyśmy namiot i stół, padało, a mimo to przyszło naprawdę dużo osób – wspomina Patrycja.
Informacja o warsztacie pojawiła się głównie na Facebooku, ale większość uczestników stanowiły osoby, które po prostu przechodziły obok i dały się wciągnąć w rozmowę.
Pierwotny scenariusz zajęć się rozsypał.
– Miałyśmy zaplanowaną strukturę warsztatu – punkt po punkcie, zadania po kolei, ale przy formule otwartej, kiedy ludzie dołączają w dowolnym momencie, to nie działa. Musiałyśmy wszystko przearanżować na gorąco – przyznaje Patrycja.
Zamiast klasycznego warsztatu zaproponowały metaforę, którą rozumie każdy – dietę.
– Chciałyśmy porozmawiać o diecie medialnej. Jak w piramidzie żywieniowej, tylko że zamiast produktów spożywczych mamy media – mówi Patrycja. Uczestnicy zastanawiali się, z jakich rodzajów mediów korzystają, układali swoją obecną dietę, a potem wspólnie analizowali jej jakość.
– Patrzyliśmy, czy ta dieta jest różnorodna, czy jednostronna, czy raczej ciężkostrawna, czy może wręcz śmiertelna dla naszego dobrostanu – opowiada. Na końcu grupa próbowała skomponować zdrowszą wersję: zostawić to, co wartościowe i dodać źródła, które wprowadzają różne punkty widzenia.
„Ja żadnych informacji nie słucham” – a potem wychodzi radio w tle
Efekty? Bardzo różne, bo – jak podkreśla Patrycja – to zawsze zależy od osoby.
– Były osoby naprawdę świadome tego, jak korzystają z mediów. Mówiły o dywersyfikacji źródeł, o potrzebie niezależności informacji, chciały same formułować swoje opinie.
Byli też uczestnicy, którzy na początku zarzekali się, że w ogóle nie słuchają żadnych informacji. Dopiero w trakcie rozmowy okazywało się, że w tle „gdzieś leci radio”, że poza serialem codziennie są jeszcze serwisy informacyjne. W takich przypadkach prowadzące skupiały się bardziej na wydobyciu tych nieuświadomionych źródeł i wspólnej analizie tego, co rzeczywiście do nich dociera.
Przytoczyła historię jednej z uczestniczek, która powiedziała wprost, że słucha tylko jednego kanału telewizyjnego.
– Zaczęłam z nią to analizować – wspomina Patrycja. W rozmowie wychodziły bardzo stereotypowe przekonania o migrantach czy feministkach. Kiedy jednak przekładały te ogólne hasła na konkretne sytuacje z życia tej pani, okazywało się, że wcale tak nie myśli.
– Opowiadała o migrantach, jak to teraz w Polsce jest strasznie, a zaraz potem sama wspomniała, że jej córka pracowała w Londynie. Zapytałam, czy córka była tą dobrą migrantką, która nie mieści się w negatywnych stereotypach i nagle zrobiła się cisza – mówi Patrycja.
Po chwili zastanowienia pani przyznała, że wcześniej traktowała informacje medialne jak świat zewnętrzny, oderwany od jej własnego życia, a kiedy odniosła je do rodziny, zobaczyła sprzeczność.
Podobnie było z hasłem „te feministki to przesadzają, wszystko już wywalczyły”. Patrycja poprosiła, by spojrzeć na to przez pryzmat konkretnych doświadczeń: „Czy panią naprawdę nic nie dotyka? Czy nie widzi pani sytuacji, w których prawa kobiet nadal są łamane?”.
– Dopiero gdy odbijamy medialne slogany w lustrze własnego życia, widać, że to nie jest abstrakcja – dodaje.
Jak samemu ułożyć własne „menu medialne”?
Proszę Patrycję o coś w rodzaju przepisu: prostą instrukcję, jak samodzielnie zbudować swoją dietę medialną.
– Myślę, że najprościej zacząć od kartki i długopisu – odpowiada.
Proponuje trzy kroki:
- Obserwacja.
– Można prześledzić zwykły dzień: od momentu pobudki mieć z tyłu głowy pytanie, po co sięgam – mówi. Chodzi o zanotowanie, czy to my aktywnie wybieramy informacje, czy raczej one znajdują nas same: powiadomienia w telefonie, radio w tle, telewizor. Warto zapisać źródła, kolejność, w jakiej się pojawiają i intensywność: czy wiadomości czytamy od razu po przebudzeniu, czy docierają do nas przy obiedzie, gdy uwaga jest gdzie indziej. - Analiza źródeł i sposobu odbioru.
Kolejny krok to pytanie, w jaki sposób przetwarzamy te informacje. – Co innego, gdy świadomie czytamy artykuł, a co innego, gdy coś brzęczy w tle. Treści, które tylko słyszymy, też się w nas zapisują, zwłaszcza jeśli często się powtarzają – podkreśla Patrycja. To moment, by sprawdzić, czy korzystamy z różnych typów mediów, czy raczej z jednego kanału i jednego rodzaju przekazu. - Projektowanie zdrowszej diety.
Na bazie tej mapy można zaplanować lepszą dietę medialną: zróżnicowaną, bardziej świadomą, opartą na aktywnym, uważnym odbiorze. – Jeśli już sięgamy po jakieś informacje, róbmy to w sposób, który pozwala je analizować, a nie tylko przepuszczać przez siebie – mówi. Chodzi też o zadbanie o własny dobrostan psychiczny: zauważenie, czy poranne wiadomości nas nakręcają, czy powodują lęk i czy naprawdę chcemy zaczynać dzień w ten sposób.
– Żyjemy w ogromnym przesycie informacyjnym, a treści, które mają nami manipulować, świetnie grają na emocjach – przypomina Patrycja. To emocje popychają nas do szybkich reakcji: kliknięcia, udostępnienia, dopisania komentarza, który napędza dalsze rozprzestrzenianie się przekazu. W ten sposób, często wbrew swoim intencjom, stajemy się ogniwem łańcucha dezinformacji.
Iluzoryczna prawda i emocje
W tej układance ważne jest zjawisko, które badacze nazywają – efektem iluzorycznej prawdy: kłamstwo powtarzane wiele razy zaczyna brzmieć znajomo, a to poczucie znajomości mylimy z prawdziwością.
– Kiedy fałszywe treści wracają do nas wciąż na nowo, a do tego dobrze wpasowują się w nasz światopogląd i naszą bańkę informacyjną, to bardzo trudno je podważyć – mówi Patrycja.
Algorytmy serwują nam komunikaty, które potwierdzają to, co już myślimy, a my traktujemy je jako jedynie słuszne i prawdziwe.
– Potem nawet twarde fakty, które temu przeczą, mają kłopot, by się przebić – dodaje.
Dlatego tak ważne jest – jej zdaniem – oddzielenie emocji od oceny treści oraz ćwiczenie krytycznego myślenia, nie jako abstrakcyjnego hasła, ale bardzo praktycznej umiejętności: zatrzymania się, zadania kilku pytań, zanim klikniemy „udostępnij”.
– Myślę, że każda z tych osób coś dla siebie wzięła – mówi Patrycja podsumowując warsztaty z poznańskiego skweru.
– Jedni wynieśli indywidualną refleksję nad własnymi przekonaniami, inni – nad sposobem korzystania z mediów i tym, co robią one z ich emocjami.
– Tworzenie własnego menu medialnego to też troska o zdrowie psychiczne – podsumowuje. – To sposób, żeby uspokoić emocje, porównać wiadomości z różnych źródeł, podejmować decyzje w zgodzie ze sobą.