Robert Niedzwiecki z Obierwi pod Ostrołęką, emerytowany policjant, człowiek z energią większą niż niejeden trzydziestolatek, codziennie o świcie wychodzi do lasu z kijkami nordic walking. Od dwóch lat praktycznie nie opuścił swojego porannego rytuału. Z tej osobistej dyscypliny zrodził się pomysł, który poruszył mieszkańców regionu – inicjatywa „Rusz się na Kurpiach”.
Pomysł zrodzony z codzienności
Jak wspomina, wszystko zaczęło się po świętach Bożego Narodzenia.
– Wtedy zwykle każdy narzeka, że za dużo zjadł i snuje postanowienia: nowy rok, nowy ja. A ja takich ograniczeń nie lubię. Jeśli chcemy coś zmienić, trzeba zacząć tu i teraz, w miejscu, w którym jesteśmy – z tym, co mamy – mówi.
A miał pod ręką las – dosłownie za drogą od domu. Wytyczył pięciokilometrową trasę i od tego czasu codziennie pokonuje „swoją piątkę” z kijkami nordic walking. Nie z myślą o medalach, ale o zdrowiu i codziennym porządku w głowie.
– Każdy mówi, że nie ma czasu, ale każdy ma 24 godziny na dobę. To kwestia nawyków, nie wymówek. Ruch rano daje rytm i energię na cały dzień – tłumaczy.
Codzienna rutyna i 20 kilogramów mniej
Robert wstaje po piątej rano. W godzinę maszeruje przez las, wraca do domu, a o siódmej jest gotowy do pracy. To, co zaczęło się od ciekawości, przerodziło się w nowy styl życia. Systematyczność przyniosła wymierne efekty – schudł ponad 20 kilogramów.
– Ważyłem prawie 136 kilo, dziś ważę 114. Jak patrzę na stare zdjęcia, to się śmieję, że sam siebie nie poznaję – mówi z satysfakcją w głosie.
Swoje poranne wyjścia dokumentuje w mediach społecznościowych: publikacje tras, zdjęcia świtu i motywacyjne cytaty szybko stały się swoim rytuałem.
– To nie lans. Chcę pokazać, że ruch to zdrowie, że każdy krok na świeżym powietrzu to inwestycja w siebie. A jak czasem nie wrzucę posta, dostaję wiadomości: Robert, gdzie jesteś? Motywujesz mnie, wracaj!” – opowiada.
Kurpie – nieodkryty skarb
Projekt „Rusz się na Kurpiach” od początku miał dwa oblicza: aktywność fizyczną i promocję regionu. Robert Niedzwiecki zachęca uczestników, by oprócz pokonanego dystansu pokazywali piękno swojej okolicy.
– Kurpie to nie tylko puszcza i folklor. To dolina Omulwi i Płodownicy, obszar Natura 2000, dzikie łąki, pola, kapliczki. Ludzie często jadą na Mazury, góry nad morze, na wypoczynek, urlop, wakacje, a przejeżdżają obok nas, jakby tu nic nie było. A my mamy tak wiele – tylko trzeba to pokazać – mówi.
Wiosną, latem i jesienią zamienia kijki na rower. Najpierw jeździł na klasycznej „damce”, dziś na gravelu. Wziął udział w wyzwaniu „Rowe(r)love – 100 kilometrów w jeden dzień”, a na 140. rocznicę urodzin Adama Chętnika zorganizował autorską akcję „Kurpie w jeden dzień” – przejazd 151 kilometrów po regionie.
– Nie chodziło o tempo. Zatrzymywałem się, robiłem zdjęcia kapliczek, zachodów słońca. Chciałem, żeby ludzie zobaczyli, jak piękna jest nasza mała ojczyzna – wspomina. Był konkurs na najlepsze zdjęcie, nagrody i medale dla uczestników.
Społeczność, która się rusza
Dziś „Rusz się na Kurpiach” to rozpoznawalna społeczność. Wokół projektu funkcjonują trzy grupy: piesza, rowerowa i morsująca.
– To jest fenomen. Ludzie zaczęli się chwalić tym, że wyszli na spacer, że byli na rowerze, że zrobili coś dla siebie. To mnie najbardziej cieszy – mówi Robert Niedzwiecki.
Wyjścia nordic walking organizowane są najczęściej przy okazji świąt i długich weekendów. Uczestniczą całe rodziny – również z wózkami i dziećmi. Rowerowe wypady odbywają się raz w tygodniu, nie tylko po Kurpiach, ale także w stronę Mazur. A zimą – obowiązkowe morsowanie.
– Nie chodzi o to, żeby wszyscy byli ze mną. Chodzi o to, żeby nauczyć ludzi samodzielności i pokazać im, że mogą się chwalić swoim ruchem. Nie lajkami, ale konsekwencją – podkreśla.
Seniorzy – ruch jako terapia i wspólnota
Coraz większą część uczestników stanowią seniorzy. Robert Niedzwiecki zauważa, że starsze osoby chętnie włączają się w inicjatywy, jeśli ktoś im pomaga w przełamaniu pierwszych barier.
– Seniorzy chcą być aktywni, tylko potrzebują oferty. Instruktora, trasy, grupy. Potem przychodzi czas na rozmowę, herbatę, zupę na rozgrzanie. To już nie tylko sport, to wspólnota – mówi.
Wspomina projekty „Aktywny Senior” organizowany przez Fundację Lotto oraz działania w ramach „Biegam, bo lubię” i „Chodzę, bo lubię” w Ostrołęce, które przygotowują także zajęcia dla osób starszych. Często zwraca uwagę na poprawną technikę marszu – wielu seniorów używa kijów trekkingowych, a nie specjalnych kijków do Nordic Walking.
– Różnica ogromna. Czasem wystarczy kilka wskazówek instruktora i człowiek zaczyna chodzić zupełnie inaczej. Bezpieczniej, lżej, skuteczniej – tłumaczy.
Międzypokoleniowy most
Dla Roberta ruch to także sposób budowania relacji.
– Idziesz przez las i rozmawiasz. Starsi wspominają dawne czasy, opowiadają młodszym o tradycjach i spotkaniach sprzed lat. To nie tylko spacer – to spotkanie dusz – mówi z przekonaniem.
Zauważa, że wielu seniorów żyje dziś w samotności.
– Siedzą w domach, patrzą w okno, trochę się wstydzą, trochę boją. Takie wyjścia pokazują im, że są potrzebni, wartościowi. Ruch daje im też coś więcej niż zdrowie – poczucie sensu – dodaje.
Robert Niedzwiecki zwraca uwagę na rolę NGO i lokalnych instytucji.
– Domy kultury często nie mają w ofercie zajęć sportowych, więc pole do działania mają organizacje pozarządowe. Wiele konkursów wspiera teraz aktywizację fizyczną na terenach wiejskich – to trzeba wykorzystać – przekonuje.
Według niego, nawet najprostsze działania – spacer po lesie czy nordic walking – mogą stać się punktem wyjścia do budowania więzi w społecznościach.
– W dużych miastach ludzie płacą za to, by pochodzić po lesie, przytulić się do drzewa. My na wsi mamy to za darmo. Wystarczy chcieć z tego skorzystać.
Wsparcie w domu i siła nawyku
Nie ukrywa, że w jego aktywności ogromną rolę odgrywa żona – była mistrzyni Polski masters w podnoszeniu ciężarów.
– Zaczynała od kung-fu, teraz razem chodzimy na crossfit. Same marsze są dobre, ale odrobina „żelaza” nikomu nie zaszkodzi – śmieje się. Jak podkreśla, wzajemna motywacja w małżeństwie działa najlepiej.
– Jak jedno się rusza, łatwiej pociągnąć drugie. Wtedy wymówki przestają działać – dodaje.
– Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni – żartuje, opowiadając o morsowaniu. Przez wiele lat praktycznie nie chorował, choć na święta Bożego Narodzenia, dopadła go grypa – jak mówi, „pewnie za karę, że dzień wcześniej morsował”. Regularna aktywność i kontakt z naturą, jego zdaniem, to najlepsza profilaktyka.
– Ruch, świeże powietrze, zimna woda. To ładuje organizm bardziej niż niejedno lekarstwo – przekonuje.
Inspiracja dla regionu
Dziś jego projekt znają niemal wszyscy w okolicy. Ludzie zaczepiają go na ulicy, gratulują, dziękują za motywację.
– To daje więcej niż jakiekolwiek lajki. Wychodzę rano do lasu, mam poukładane myśli i czuję, że robię coś dobrego – dla siebie i dla innych – podsumowuje.
„Rusz się na Kurpiach” stało się czymś więcej niż lokalną zabawą. To przykład dobrej praktyki, jak indywidualna pasja może przerodzić się w społeczną zmianę – bo każdy krok, nawet najmniejszy, może popchnąć innych do działania.




