Rady seniorów wciąż szukają swojej roli

WhatsApp Image 2026-01-24 at 09.25.14 (1)

Rozmowa z Magdaleną Poulain – prezeską Fundacji 2035, animatorką społeczną działającą w obszarach polityki demograficznej, senioralnej i edukacji cyfrowej osób starszych, współpracującą z organizacjami senioralnymi i lokalnymi samorządami w Polsce.

Przemysław Chrzanowski, Witryna Wiejska: Zacznijmy od podstaw. Czym w ogóle jest rada seniorów? W wielu gminach wciąż jej nie ma, więc dla części mieszkańców to twór dość egzotyczny.

Magdalena Poulain: Myślę, że dziś to już nie jest egzotyka – o radach seniorów „cokolwiek” większość osób słyszała, choć często bardzo powierzchownie. Rady funkcjonują od dawna, jedna z pierwszych powstała w 2005 roku w Poznaniu, więc to już naprawdę kawał czasu, ale taką prawdziwą karierę zaczęły robić dopiero w ostatnich kilkunastu latach.


Magdalena Poulain.

Stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, zaczęły być widoczne zmiany demograficzne – społeczeństwo się starzeje i samorządy nie mogły już tego ignorować. Po drugie, pojawiły się konkretne możliwości prawne: ustawa o samorządzie gminnym dopuściła i wręcz wskazała, że takie rady mogą powstawać, w dość prosty sposób, bez tworzenia skomplikowanych procedur i struktur.

Kto więc powołuje radę seniorów i skąd bierze się inicjatywa?

– Formalnie rady seniorów tworzą lokalne samorządy – radni podejmują uchwałę, przyjmują statut, określają zasady działania. Natomiast impuls zwykle jest oddolny: wychodzą z nim organizacje senioralne albo po prostu środowisko osób starszych, które nie musi być sformalizowane. Czasem to grupa aktywnych seniorów, czasem rada osiedla, czasem uniwersytet trzeciego wieku, który mówi: „chcemy mieć swój głos w gminie”.

Kto tak naprawdę zasiada w radach seniorów?

– Kiedyś funkcjonowały także ciała nazywane „Radami do spraw seniorów” i zdarzały się kuriozalne sytuacje, że nie było w nich ani jednego seniora w rozumieniu wieku 60+. To były rady „o seniorach bez seniorów” – gremium złożone z osób, które mają do nich serce, kompetencje, ale nie doświadczenie słusznego wieku na własnej skórze.

Z czasem uznano, że to chybiony kierunek. Dziś mówimy o radach seniorów i zgodnie z nazwą zasiadają w nich osoby, które ukończyły co najmniej 60 lat. Ten próg jest zaczerpnięty z definicji na rynku pracy – to wiek, od którego można uzyskać uprawnienia emerytalne w przypadku kobiet, ale w radach nie różnicujemy już kryteriów ze względu na płeć.

Czy każda gmina przyjmuje ten sam wiek?

– Nie. Każdy samorząd może określić własne warunki w statucie rady. Są miejsca, gdzie przyjęto granicę 65 lat, są i takie, gdzie rozważano nawet 75. Uważam, że 70 to już górna, bardzo wysoka granica – spotkałam samorząd, w którym taka propozycja była analizowana.

To oczywiście nie znaczy, że w radach nie mogą zasiadać 80, 90, a nawet stuletni seniorzy – jeśli mają chęć i zdrowie, to dobrze, żeby tam byli. Problem pojawia się wtedy, gdy próg wejścia ustala się tak wysoko, że de facto eliminuje się młodszych seniorów – tych najbardziej aktywnych, z nowoczesnymi kompetencjami cyfrowymi, aktualnym doświadczeniem zawodowym i obywatelskim.

Przejdźmy do meritum. Jakie, Pani zdaniem, najważniejsze potrzeby i problemy seniorów powinna reprezentować rada seniorów w gminie czy mieście?

– Zanim odpowiemy o problemach, trzeba przypomnieć trzy podstawowe funkcje rady seniorów: konsultacyjną, doradczą i inicjatywną. To nie jest klub dyskusyjny ani koło towarzyskie – to ciało dialogu obywatelskiego.

Jeśli chodzi o potrzeby, nie ma jednej uniwersalnej listy. One są bardzo lokalne. W jednej gminie priorytetem będzie organizacja i wspieranie działań pomocowoopiekuńczych – bo brakuje usług opieki, odciążenia rodzin, wsparcia w codziennym funkcjonowaniu. W innej – integracja, bo mieszkańcy żyją w rozproszeniu, czują się samotni, „nie znają się nawzajem” i potrzebują przestrzeni do spotkań wewnątrzpokoleniowych i międzypokoleniowych. Jeszcze gdzie indziej najpilniejsze okaże się podnoszenie kompetencji cyfrowych i medialnych – mimo wielu programów wciąż idzie to słabo i będzie coraz ważniejsze.

Często mówi Pani o dostępności. Co kryje się za tym pojęciem w kontekście seniorów?

– W pewnym momencie zorientowano się, że przestrzeń publiczna jest zwyczajnie nieprzyjazna dla osób starszych. Że aby wejść do urzędu, trzeba pokonać kilka stromych schodów, bo nie ma windy ani podjazdu. Że w długich ciągach pieszych nie ma ławek, a dojście do parku, cmentarza czy na ryneczek jest niebezpieczne, bo chodnik jest krzywy, śliski, nieoświetlony.

Problem w tym, że często miesza się dostępność dla osób z niepełnosprawnościami z przyjaznym starzeniem się. Starzenie się i niepełnosprawność to nie są synonimy. To, co projektuje się „dla niepełnosprawnych”, nie zawsze odpowiada realnym potrzebom starszych ludzi. I tu rada seniorów powinna być bardzo wyczulona – pokazywać konkretne bariery, ale też podpowiadać rozwiązania.

Wspominała Pani także o brakach w dokumentach strategicznych. Na czym one polegały?

– Był czas, gdy w lokalnej polityce społecznej… po prostu nie było zapisów o seniorach. Trzeba było wejść w dokumenty, zmienić strategie, programy, dopisać odpowiednie cele i zadania. Dopiero wtedy radni mieli punkt oparcia, by w budżecie wpisać konkretne działania i środki. Bez tego rada może mieć najlepsze pomysły, ale one nie przebiją się do realnych decyzji.

Odnosi się Pani krytycznie do tzw. programów aktywności i aktywizacji osób starszych. Co jest z nimi nie tak?

– Problem bierze się z niefortunnego przetłumaczenia pojęcia „active ageing”. U nas przyjęło się rozumienie, że „aktywne starzenie się” to wszelkie formy aktywności seniorów – ruchowej, intelektualnej, kulturalnej itd. Tymczasem sens tego pojęcia jest inny: chodzi o tworzenie warunków, w których osoby starsze mogą samodzielnie realizować różne działania – same, wspólnie z innymi seniorami albo międzypokoleniowo.

Aktywne starzenie się to tworzenie warunków, a nie dostarczanie gotowego programu. A my robimy odwrotnie. Zamiast powiedzieć: „mamy świetlicę wiejską, jest wolna trzy razy w tygodniu, to teraz dajemy wam tę przestrzeń i narzędzia, wymyślcie i zróbcie coś po swojemu”, my przygotowujemy gotową ofertę: gimnastyka, rękodzieło, wykład, wycieczka. Senior przychodzi, odhacza obecność i jest biernym odbiorcą. Sprawczość, współdecydowanie, odpowiedzialność – to wszystko przepada.

Jaki jest efekt takiego modelu działania?

– Skutek widzimy już dziś: samorządy narzekają na „roszczeniowość” seniorów. Skoro przez lata przyzwyczajaliśmy ich do tego, że wszystko „się im organizuje”, to nic dziwnego, że teraz oczekują darmowych zajęć i „oferty dla seniora”. I nawet jeśli z niej nie korzystają, to chcą, żeby była. Gdyby od początku budować aktywne starzenie się jako współtworzenie, a nie obsługę klienta, mielibyśmy bardziej samodzielne, odpowiedzialne, partnerskie środowisko senioralne.

Rada seniorów z założenia jest ciałem konsultacyjnym. Jak ten piękny termin zderza się z rzeczywistością?

– W teorii wygląda to świetnie. Jako ciało konsultacyjne rada seniorów powinna otrzymywać do zaopiniowania dokumenty – przede wszystkim strategiczne, ale tak naprawdę każdy, który dotyczy mieszkańców. Jej zadaniem jest spojrzenie na te dokumenty z perspektywy osoby starszej: jak proponowane rozwiązania wpływają na seniorów, jakie generują bariery lub szanse, czy odpowiadają na realne potrzeby.

W praktyce niewielki procent rad w ogóle dostaje cokolwiek do konsultacji. A jeszcze mniejszy procent wie, jak konsultować. To jest ogromny problem kompetencyjny. Członek rady powinien umieć czytać dokument ze zrozumieniem, znać inne dokumenty gminy, powiatu, województwa, żeby widzieć kontekst, interesować się polityką lokalną, gospodarką, budżetem i czuć się społecznym „radnym”, który ma realną odpowiedzialność wobec mieszkańców. Tymczasem często mamy ludzi naprawdę dobrej woli, ale pozbawionych tych kompetencji.

Co uznaje Pani za najpoważniejsze grzechy w funkcjonowaniu rad seniorów?

– Pierwszy grzech to skupienie się na własnym podwórku. Zamiast mówić o problemach wspólnoty seniorów, członkowie rad opowiadają o sobie: o swojej ulicy, swojej dziurze w jezdni, swoim lekarzu. Nie potrafią zrezygnować z rozwiązania własnej drobnej sprawy na rzecz ważniejszego, systemowego problemu.

Drugi grzech to brak wyjścia poza rolę „miłego dodatku” do uroczystości. Rady są często sprowadzane do roli „od kwiatków pod pomnikiem” i „od piosenek na obchodach świąt”. Tę samą rolę widzimy w młodzieżowych radach – dekoracja, nie partner. Jeśli rada seniorów nie sięga po dokumenty, nie opiniuje, nie przygotowuje uchwał, nie inicjuje poważnych działań, to trudno mówić o dialogu obywatelskim.

Trzeci grzech to brak kompetencji cyfrowych i informacyjnych. Nawet jeśli słyszę od rad: „Pani się zdziwi, jak my tu śmigamy w internecie”, to często okazuje się, że główną aktywnością jest wrzucanie zdjęć i udostępnianie dowcipów, a nie szukanie informacji, czytanie dokumentów, analizowanie. Umiejętność czytania ze zrozumieniem tekstu urzędowego, strategicznego to dziś kluczowa kompetencja – i jest z nią naprawdę trudno.

Ważnym tematem przyszłości jest międzypokoleniowość. Jak w tym odnajdują się rady seniorów?

– Niestety – słabo. Rady seniorów są generalnie nieprzygotowane do współpracy na przykład z młodzieżowymi radami gmin. Problem leży w postawie: starsi bardzo trudno rezygnują z roli mentora, tego „mądrzejszego, który wie lepiej i trzeba go słuchać”.

Nowocześnie rozumiana międzypokoleniowość to wspólne działanie, a nie „my zrobimy coś wam” albo „wy zrobicie coś nam”. Edukacja cyfrowa jest tu dobrym przykładem – to nie działa tak, że młodzi przyjdą i „nauczą” starszych, nie znając ich problemów, ani odwrotnie. To powinien być proces, w którym młody i starszy siedzą obok siebie, wspólnie próbują coś zrobić, wspólnie zadają pytania i weryfikują odpowiedzi, uczą się, jak rozumieć współczesne wyzwania, np. sztuczną inteligencję, razem zastanawiają się, co jest, a co nie jest bezpieczne, jakie są konsekwencje pewnych zachowań. A przy okazji poznają siebie wzajemnie.

Na ile polski samorząd naprawdę chce poważnie traktować rady seniorów, a na ile potrzebuje ich tylko „na papierze”?

– To jest pytanie, które warto zadawać w każdej gminie z osobna. Z jednej strony wszyscy chcą mieć radę seniorów, bo to ładnie wygląda w dokumentach, w raportach, w materiałach promocyjnych. Z drugiej strony, kiedy taka rada już powstaje, często okazuje się, że samorząd kompletnie nie przemyślał, po co ona jest i czego od niej oczekuje.

Dochodzi jeszcze kalkulacja wyborcza – w sytuacji, gdy społeczeństwo się starzeje, to seniorzy będą grupą, która naliczniej chodzi do urn. Samorządowcy o tym wiedzą. Problem w tym, że powołanie rady jest często traktowane jako sposób „zagospodarowania” tej grupy, a nie rozwiązania jej realnych problemów. Tymczasem za chwilę uderzy w nas niewydolność systemu pomocy i opieki, a rady seniorów mogłyby być świetnym partnerem w tworzeniu wewnątrzpokoleniowych i międzypokoleniowych form wsparcia.

Czy zatem rady seniorów są w ogóle potrzebne?

– Paradoksalnie – nie zawsze. Zdarza się, że w gminie już teraz jest dobra komunikacja między wójtem a środowiskiem seniorów, że w radzie gminy zasiada wielu starszych radnych i ich głos jest słyszany, a problemy seniorów są na bieżąco monitorowane i rozwiązywane. W takich miejscach pytam: „czy naprawdę potrzebujecie formalnej rady, czy raczej warto wzmacniać to, co już działa?”.

Z drugiej strony rozwój społeczeństwa obywatelskiego zakłada pewien kolejny poziom – właśnie ciała dialogu, takie jak rady seniorów. One mają sens, pod warunkiem że pójdzie za nimi edukacja, jasne określenie zadań, wsparcie w budowaniu kompetencji i realne włączenie w proces decyzyjny.

Wspomina Pani, że „podstawa to edukacja”. Co ma Pani na myśli?

– Członkostwo w radzie powinno zaczynać się od kilku pytań, które każdy kandydat zadaje sam sobie: czy mam kompetencje, by pełnić tę funkcję? Czy mam czas, aby się w nią zaangażować? Czy jestem gotów uczyć się nowych rzeczy, poznawania dokumentów, przepisów, technologii?

Nikt nie rodzi się z wiedzą np. o wszystkich ustawach i strategiach, ale tego można się szybko dowiedzieć, o nich nauczyć, w każdym wieku i miejscu. Dziś mamy do takiej edukacji proste, bezpłatne i dostępne narzędzia – cyfrowe media, technologie. Ważna jest jednak postawa, taka motywacja do stałego aktualizowania swojej wiedzy. Bez tego bardzo trudno być skutecznym członkiem rady seniorów. Edukacja przez całe życie dotyczy wszystkich, którzy odpowiedzialnie i mądrze chcą uczestniczyć w życiu społecznym – także radnych gminnych, także urzędników, także seniorów. I tu cyfrowe media mogą być ogromnym wsparciem w działaniu, dynamicznie się rozwijają. Udawanie że ich nie ma jest kompletnie bez sensu. Rada seniorów, która ich nie dotyka, nie uczy się, sama skazuje się na marginalizację.

Facebook
Twitter
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!