W Kujawsko-Pomorskiem powstała jedna z najbardziej dynamicznych inicjatyw sołeckich w kraju. Kujawsko-Pomorska Rada Sołtysów – powołana z inicjatywy samorządu województwa – w ciągu zaledwie kilku miesięcy przeszła drogę od eksperymentu do realnie działającej struktury, która organizuje szkolenia, fora powiatowe i zabiega o pieniądze na małe granty dla sołectw. O tym, dlaczego mieszkańcy wsi potrzebują silnej reprezentacji, w jakim kierunku zmierza współpraca z LGD-ami i skąd wzięła się niespodziewana popularność powiatowych forów sołtysów, rozmawiamy z Dorotą Dembińską, Przewodniczącą Kujawsko-Pomorskiej Rady Sołtysów.
Przemysław Chrzanowski, Witryna Wiejska: Zacznijmy od początku. Kujawsko-Pomorska Rada Sołtysów to twór dość nietypowy na tle Polski. W wielu województwach działają oddolne stowarzyszenia – u Was impuls wyszedł od samorządu województwa. Jak to się właściwie zaczęło?
Dorota Dembińska: – Wszystko ruszyło w ubiegłym roku, kiedy marszałek Piotr Całbecki wysłał do każdego sołtysa i sołtyski w województwie list intencyjny. Poprosił w nim o współpracę i zapowiedział stworzenie Kujawsko-Pomorskiego Konwentu Sołtysów. Podobny konwent radnych funkcjonował u nas już wcześniej – każda gmina wybierała delegata, odbywały się spotkania, a nawet wyjazdy studyjne do Europarlamentu. W przypadku sołtysów chodziło na początku głównie o konsultacje dotyczące środków Lokalnych Grup Działania. Każda gmina miała ze swojego grona wskazać jednego delegata do nowo powoływanej Rady Sołtysów.
I tak powstała Rada?
– Tak. Po weryfikacji zgłoszeń zarząd województwa przyjął oficjalnie listę członków. A 4 grudnia odbyło się pierwsze posiedzenie – przyjechało wtedy 111 sołtysów (obecnie w skład tego gremium wchodzi już 125 osób). Wybieraliśmy przewodniczącego, wiceprzewodniczących oraz 19-osobowe prezydium – po jednej osobie z każdego powiatu. Przyjęliśmy też statut: Rada działa społecznie, ma charakter konsultacyjno-doradczy i spotyka się minimum dwa razy w roku.
A Ty zostałaś jej przewodniczącą.
– Szczerze? Kompletnie się tego nie spodziewałam. Koleżanka z prezydium, Marzena Pyra-Kuczyńska, dosłownie wypchnęła mnie na scenę. Powtarzała: „Dorota, zgłoś się. To odpowiedni moment”. Byłam wtedy na takim życiowym rozdrożu – z jednej strony odpoczywałam po trudniejszym okresie, z drugiej czułam, że mam energię, żeby coś zrobić. Pomyślałam: a czemu nie? Zgłosiło się sześć osób. Każda musiała wyjść przed pełną salę i powiedzieć kilka słów o sobie i swojej wizji. Dla mnie najważniejsze były trzy sprawy: szkolenia, sieciowanie sołtysów i wreszcie mówienie jednym głosem w sprawach, które nas łączą. Najbardziej poruszyło mnie to, że ludzie, którzy mnie praktycznie nie znali, zagłosowali z pełną jawnością, po prostu podnosząc rękę. Zero układów, zero sympatii czy antypatii. Najbardziej demokratyczny wybór, w jakim brałam udział.
Co uznaliście za swoje pierwsze zadania?
– Prawdę mówiąc – na początku nikt nie miał wobec Rady większych oczekiwań. Urząd Marszałkowski zabezpieczył środki na dwie narady rocznie, wynajem sali, drobne koszty organizacyjne… i tyle. A ja od razu powiedziałam prezydium: „Nie będziemy maskotkami”. Jeśli tworzymy tak szerokie grono, to musi być sensowna praca – szkolenia, wymiana dobrych praktyk, integracja, realny wpływ na jakość życia na wsi. Trafiliśmy na fantastycznego urzędnika, który świetnie czuł klimat społeczności lokalnych. Chwytał nasze pomysły w biegu. Niestety ciężko zachorował i odszedł z pracy, ale to on pomógł nam zbudować fundamenty.
W Polsce działają stowarzyszenia wojewódzkie, które organizują duże fora sołeckie. Wy postawiliście na mniejsze spotkania – powiatowe. Skąd ten pomysł?
– Bo w powiatach sołtysi znają się najlepiej i najłatwiej ich zmobilizować. Postanowiliśmy, że w każdym z 19 powiatów odbędzie się spotkanie lub forum. Formuła zależała od lokalnych organizatorów – czasem to był warsztat, czasem konferencja, czasem zjazd. Większość środków trzeba było zdobywać przez wójtów i starostów. Mimo to udało się zrobić już 11 takich spotkań. Kolejne – w tym moje – odbędą się w przyszłym roku. W programie były m.in. krótkie szkolenia, rozmowy o lokalnych strategiach, prezentacje dobrych praktyk, a nawet wizyty studyjne w najlepiej funkcjonujących LGD-ach w regionie.
Powiedziałaś o działaniach edukacyjnych, ale współorganizowaliście też wydarzenie integracyjne – Sołtysiadę.
– Tak. Kiedy marszałek planował koncerty dla sołtysów, zaproponowaliśmy inny model: spotkanie dla ludzi, nie dla siedzenia w fotelu i słuchania gwiazd. Tak powstała pierwsza wojewódzka Sołtysiada. Zaplanowaliśmy tysiąc miejsc – i frekwencja dopisała. W tym roku nie robiliśmy jeszcze twardych bloków szkoleniowych, ale była cała strefa warsztatów rękodzielniczych, integracja i przestrzeń do rozmów. W przyszłym roku chcielibyśmy, aby Sołtysiada była mniejsza, bardziej robocza, z komponentem szkoleniowym.
Największa zmiana, jaką udało się wypracować?
– Małe granty dla sołectw. Podczas jednej z narad poprosiliśmy pięć osób z prezydium o zaprezentowanie swoich dobrych praktyk. Marszałek siedział na sali dwie godziny – co nigdy wcześniej się nie zdarzyło – i słuchał uważnie. Po wysłuchaniu naszych prezentacji powiedział wprost, że będzie walczył o pieniądze na małe projekty sołeckie.
Urząd marszałkowski jest strukturą polityczną. Co, jeśli po wyborach zmieni się władza? Macie plan B?
– Mamy. Po pierwsze – obecny marszałek bardzo wyraźnie zaznaczył, że nie chce mieszać polityki z pracą Rady. Po drugie – jeśli kiedykolwiek środki wojewódzkie zostaną ograniczone, mamy gotowy scenariusz powołania stowarzyszenia, przez które moglibyśmy pisać projekty i pozyskiwać pieniądze z konkursów. Jako Rada nie mamy osobowości prawnej, ale wielu z nas działa w lokalnych stowarzyszeniach – moim, Agnieszki Ziółkowskiej i innych – więc baza już jest. Tak naprawdę jesteśmy przygotowani na każdy wariant.
Jak na działania Rady reagują sołtysi, których reprezentujecie?
– Na początku głównie pytali: „A gdzie są pieniądze dla sołectw?” Nikt nie oczekiwał wielkich reform, tylko realnego wsparcia. Jeśli program małych grantów ruszy – jestem przekonana, że wielu uwierzy w sens nowej struktury. Największe zainteresowanie budzą szkolenia, ujednolicenie zasad funduszu sołeckiego oraz interpretacje prawne. Bo mamy jedno województwo, jedną RIO, jeden urząd wojewódzki, a w każdej gminie fundusz sołecki rozlicza się inaczej. To absurd. Do tego dochodzi brak elementarnej wiedzy o zwoływaniu zebrań wiejskich, statucie sołectwa czy zasadach wydatkowania.
Kiedyś wspominałaś, że jeszcze jako młoda sołtyska szukałaś wiedzy w internecie. Dziś sama ją przekazujesz.
– I to jest najpiękniejsze w tej drodze. Gdybym kilkanaście lat temu nie trafiła na Witrynę Wiejską, na projekty, na ludzi takich jak Jacek Piwowarski i Grażynka Jałgos-Dębska – nie wiedziałabym, jak zacząć. Wtedy nie było szkoleń, nie było podręczników. A ja intuicyjnie – dzięki materiałom publikowanym na Witrynie Wiejskiej – zaczęłam robić analizę zasobów, określać cele, planować. Dziś wszyscy widzimy, jak ogromne znaczenie mają te podstawowe umiejętności.
Co przed Wami?
– Najbliższe miesiące to dopięcie budżetu i stworzenie planu pracy na 2026 rok. A w nim: kontynuacja powiatowych forów sołtysów, mniejsza, ale merytoryczna Sołtysiada, cykl szkoleń i warsztatów, wyjazdy studyjne, działania sieciujące i oczywiście – wdrożenie małych grantów dla sołectw. Najważniejsze jest jednak to, że w prezydium mamy świetną grupę bardzo aktywnych, dojrzałych, zaangażowanych ludzi. W tym gronie znaleźli się: Ilona Borowska, Karolina Goliszewska, Basia Pulaczewska, Tomasz Chełminiak, Staszek Jagielski, Marta Pawlik – Śliwa, Sławomir Składanek, Jurek Ochała, Hanna Rink, Marek Maciejewski, Danuta Janiszewska i Michalina Redmerska, która jest graficzką i opracowała logo KPRS i wszelkie materiały graficzne. To oni ciągną tę zmianę!
Brzmi jak największy oddolny ruch sołecki w historii regionu.
– Bo sołtysi naprawdę mają wielką siłę. Trzeba ją tylko dobrze zorganizować.
***
Przemysław Chrzanowski
Fot. Archiwum Kujawsko-Pomorskiej Rady Sołtysów oraz Kujawsko Pomorskiego Urzędu Marszałkowskiego w Toruniu




