Pokazujemy muzykę, której na co dzień się nie spotyka. Rozmowa z Beatą Szewczyk, z Fundacji Ex Oriente Lux – Z Kulturą Na Wschód

grupowe

Fundacja Ex Oriente Lux Z Kulturą Na Wschód w Żółtańcach Kolonii zmieniła zwykły dom w miejsce, gdzie grają na żywo offowi muzycy, a publiczność siedzi z nimi ramię w ramię. Kameralne „house gigs”, kapelusz zamiast biletów i atmosfera spotkania bardziej niż wydarzenia kulturalnego sprawiły, że wokół tego domu wyrosła wierna społeczność. O tym, jak to się zaczęło i dokąd zmierza, opowiada Beata Szewczyk – współzałożycielka fundacji i gospodyni koncertów.

Jak narodził się pomysł na fundację i domowe koncerty?

Beata Szewczyk i Damian Orłowski – gospodarze koncertów.

To, co dziś nazywamy Fundacją Ex Oriente Lux, wzięło się z działań, które zaczęliśmy dużo wcześniej. Formalnie jako fundacja funkcjonujemy od początku 2023 roku, ale pierwsze koncerty i spotkania robiliśmy już dobrych kilka lat wcześniej, zupełnie po sąsiedzku, jako nieformalna para zapaleńców, razem z moim partnerem Damianem Orłowskim. Fundacja pozwoliła nam wejść w świat grantów i oficjalnych projektów, ale większa część tego, co robimy, wciąż powstaje poza nimi – z własnej potrzeby, za własne pieniądze i z wykorzystaniem naszego prywatnego sprzętu.

Wszystko zaczęło się dość niepozornie i jak to w życiu bywa – trochę przez przypadek – od wyjazdu na rykowisko jeleni na Podkarpaciu. Mój partner jechał tam z aparatem, fotografować przyrodę i przy okazji trafiliśmy na koncert typu „house gig’ w małym wiejskim muzeum. Ta atmosfera tak nas zachwyciła, że po powrocie zaczęliśmy szukać podobnych miejsc na Lubelszczyźnie. Okazało się, że są ludzie, którzy robią takie rzeczy u siebie. Przez mniej więcej rok chodziliśmy na koncerty do innych, aż w końcu uznaliśmy, że spróbujemy zaprosić artystów do nas. I tak z domowych eksperymentów narodziła się już całkiem świadoma działalność – z pomysłem, żeby pokazywać muzykę, której na co dzień się nie spotyka.


Hamani.

Myślę, że to co robimy inspiruje innych, bo organizacje z okolicy, które zapraszaliśmy na nasze koncerty, też zaczęły podejmować podobne działania. Co prawda nie w takim stopniu jak my, bo my zdążyliśmy się już trochę wyspecjalizować w pracy z zespołami niszowymi.

Na czym polega wyjątkowość Waszej oferty muzycznej?

Od początku ciągnęło nas do muzyki, której nie gra się w radiu. Interesują nas projekty niszowe, trochę pod prąd, czasem trudniejsze w odbiorze, ale za to bardzo szczere i autorskie. W domach kultury i w rozgłośniach najczęściej pojawia się to, co jest już znane, sprawdzone, wpisane w ramówki. My działamy na obrzeżach większego miasta – czasami śmiejemy się, że mieszkamy w sypialni Chełma i właśnie dzięki temu możemy pozwolić sobie na inne wybory.


Patryk Kraśniewski – 2025.

Zapraszamy artystów, którzy tworzą własne rzeczy – od jazzu i muzyki improwizowanej, przez alternatywę, po ambitniejszy pop. Często są to muzycy, których nazwiska kojarzą głównie inni artyści, a nie szeroka publiczność. Dla wielu osób przychodzących do nas to pierwsze zderzenie z takim graniem – innym brzmieniem, inną energią. I co ciekawe, to właśnie te spotkania bardzo często przestawiają ich gusta muzyczne.

Z czasem zaczęliśmy się specjalizować w składach, które normalnie grają na dużych scenach, ale u nas pokazują swoje mniejsze, bardziej osobiste projekty. Artyści, którzy na co dzień występują na festiwalach, przyjeżdżają do nas z solowymi koncertami albo kameralnymi składami. Z czasem jednak zaczęły się też pojawiać duże zespoły, które jakimś cudem udało nam się ściągnąć do nas w pełnych składach. Koncerty domowe to zupełnie inny wymiar kontaktu z muzyką.


Phillip Bracken Band – 2024.

Jak wyglądały początki organizacyjne i sprzętowe?

Startowaliśmy totalnie na żywioł: bez doświadczenia, bez nagłośnienia, bez listy kontaktów. Pierwszy koncert organizowany na własną rękę to był dla nas emocjonalny rollercoaster.

Na początku dużą rolę odegrała mała agencja muzyczna Borówka Music, która organizuje trasy koncertowe mniej znanych, często młodych wykonawców oraz artystów zagranicznych z kameralnymi projektami. Dzięki tej współpracy trafiliśmy na pierwsze koncerty domowe, a później zrobiliśmy kilka wydarzeń z muzykami polecanymi przez agencję. Równolegle zaczęliśmy sami zdobywać artystów, którzy nas poruszali.

Na jednym z takich wydarzeń poznaliśmy Moriah Woods. To artystka, która już wtedy mieszkała w Polsce od około siedmiu lat, a teraz pewnie już z trzynaście. Mieszka w Puławach. Koncert odbywał się w okolicach Poleskiego Parku Krajobrazowego i tak bardzo spodobała mi się jej muzyka, że po występie podeszłam do niej i powiedziałam, że było super i że chciałabym, żeby kiedyś zagrała u nas. Ona na to: okej, po czym wzięła jakąś karteczkę i zapisała numer telefonu.


Kraków Street Band.

To właśnie od tego zaczęliśmy — to był nasz pierwszy koncert, pierwszy raz, kiedy się odważyliśmy i to w ogromnym stresie. Wtedy nie mieliśmy ani sprzętu, ani znajomości, ani żadnej wiedzy. Myślałam, że ma polskiego menedżera, z którym będzie można coś ustalić, albo który coś nam podpowie. Okazało się jednak, że sama jest swoją menedżerką i komunikuje się tylko po angielsku, a mój angielski jest raczej szkolny i trochę kulawy. Chyba trzeba mieć w sobie trochę odwagi, ale też odrobinę takiej dobrej naiwności — wiary, że jeśli naprawdę się chce, to się uda. I tak właśnie to się zaczęło.

Do dziś większość sprzętu to nasze prywatne rzeczy – stopniowo uzupełniane o to, co udało się kupić z małych grantów. Próbowaliśmy współpracować z instytucjami kultury, licząc, że może uda się czasem pożyczyć nagłośnienie, ale szybko wyszło, że nie jest to ani proste, ani powtarzalne. W praktyce koncerty stały się po prostu naszym kosztownym hobby. Dokładamy do nich czas, mnóstwo energii i często pieniądze, ale w zamian dostajemy coś, czego nie da się kupić – relacje, wpływ na lokalne życie kulturalne i poczucie, że to naprawdę ludziom jest potrzebne a my robimy coś naprawdę unikatowego.


Klawo – 2025.

Jak pandemia wpłynęła na Waszą działalność?

Paradoksalnie to był dla nas moment, który dla „house gig-ów” dużo zmienił – na plus. Kiedy wszystko zostało zamknięte, ludzie zostali w domach i nagle zabrakło spotkań na żywo. My zaczęliśmy od koncertów w ogrodzie – w bezpiecznej formule, pod chmurką. Później, gdy obostrzenia poluzowano, przenieśliśmy część wydarzeń do salonu. Okazało się, że te małe koncerty dają ludziom coś więcej niż muzykę: poczucie normalności, bliskości i wspólnoty.

Wtedy zobaczyliśmy bardzo wyraźnie, że muzyka jest pretekstem. Wokół koncertów szybko wytworzyła się grupa ludzi, którzy zaczęli wracać do nas regularnie. Pojawiają się osoby, które są z nami od pierwszych wydarzeń, i tacy, którzy dołączają po drodze. Wielu przychodzi „w ciemno” – mówią, że ufają naszym wyborom i nie muszą znać nazwiska z plakatu. Zostają po koncertach na długie rozmowy, integrują się, pomagają sobie nawzajem. To dla nas bardzo ważny element – ta społeczność, która sama rośnie wokół muzyki. No i tak naprawdę zaczęło to mieć trochę szerszy wymiar niż tylko muzyczny.


Dowgiałło-Bolan-Mr Krime.

Kto przychodzi na koncerty – lokalni sąsiedzi czy bardziej przyjezdni?

Na początku to było głównie najbliższe otoczenie – sąsiedzi, znajomi, rodzina, dawni koledzy z czasów szkolnych, ludzie z kilku okolicznych ulic. Do dziś mamy wierną grupę osób, które mieszkają dosłownie za rogiem i które poznaliśmy właśnie dzięki koncertom. Z czasem coraz mocniej dołączał Chełm i cała gmina – w końcu Żółtańce Kolonia są praktycznie przedłużeniem miasta, wystarczy przejść dwie ulice.

Dziś przyjeżdżają do nas również ludzie z większych ośrodków: z Lublina, Zamościa, Włodawy, Świdnika, a także z Warszawy czy Krakowa. Często łączą wizytę rodzinną albo weekend na Lubelszczyźnie z koncertem u nas. Wiekowo i zawodowo to pełny przekrój: od studentów, przez rodziny z dziećmi, po seniorów. To pokazuje, że jeśli stworzy się autentyczne, przyjazne miejsce, ludzie są w stanie przejechać spory kawałek drogi, żeby je zobaczyć na własne oczy.


Chrust – 2025.

Jak dobieracie artystów i skąd bierze się tak ciekawy skład wykonawców?

To dzięki agencji Borówka Music, o której wcześniej wspominałam, trafiliśmy na pierwsze „house gigs” i zrobiliśmy kilka koncertów z muzykami, których nam polecono. Równolegle zaczęliśmy działać na własną rękę: jeździliśmy na festiwale, słuchaliśmy, podchodziliśmy po koncertach do artystów, z którymi zaiskrzyło i zapraszaliśmy ich do Żółtaniec.

Początki były pełne wątpliwości: miałam w głowie myśl, że „przecież taki zespół do nas nie przyjedzie”. A jednak przyjeżdżali. Najpierw pojedyncze składy, potem kolejni artyści z polecenia. Po jakimś czasie to my zaczęliśmy dostawać wiadomości od muzyków, którzy usłyszeli o naszym miejscu. Dziś mamy naprawdę sporo propozycji – szczególnie od osób, które najpierw zagrały u nas w dużym zespole, a potem chcą wrócić z bardziej kameralnym projektem albo innym składem. Niektórych z kolei my bardzo namawiamy, gdy trafimy na kogoś, kto nas zachwyci.


Bożena Zawiślak-Dolny.

Cały czas trzymamy się jednak jednej zasady: muzyka musi być wartościowa, szczera i ciekawa, przede wszystkim taka, której nie da się zaszufladkować – lubimy połączenia gatunków, nowe brzmienia, różnorodność, nie interesuje nas cokolwiek, byle było głośno.

A jak reagują ludzie, którzy wcześniej nigdy nie mieli kontaktu z taką muzyką, bo słuchali tylko tego, co puszczają w radio? Czy część z nich się nudzi albo wychodzi w trakcie koncertu?

Na początku było sporo sceptycyzmu. Słyszeliśmy, że jazz jest nudny, że offowa muzyka jest dziwna, sami baliśmy się, że to się nie przyjmie. Pandemia i brak innych wydarzeń sprawiły jednak, że ludzie zaczęli przychodzić, bo zwyczajnie szukali czegoś nowego. Ten pierwszy krok był trudny, ale bardzo często kończył się miłym zaskoczeniem.

Dzisiaj wiele osób nie sprawdza już wcześniej, kto gra. Mówią po prostu: „Idziemy do Ex Oriente Lux, bo tam zawsze jest coś ciekawego”. Po koncertach często słyszymy, że ludzie nie mieli pojęcia, że taka muzyka w ogóle istnieje, że jazz, folk czy elektronika mogą brzmieć w taki sposób. Dla części z nich to początek nowej muzycznej przygody – potem śledzą tych artystów, kupują ich płyty, jeżdżą na inne koncerty. To chyba największy komplement, jaki możemy usłyszeć.

Stworzyliście bardzo atrakcyjną przestrzeń dla słuchaczy — miejsce, w którym mogą na chwilę zanurzyć się w innym świecie. Podczas pobytu u Was słuchają świetnej muzyki, której sami pewnie nigdy by nie znaleźli i odkrywają nowe gatunki i wykonawców. 

Jak wygląda samo miejsce koncertów i skala wydarzeń?

Nasza scena to po prostu salon. Na co dzień stoi tam kanapa, stolik i pianino, a w dniu koncertu wszystko się przesuwa, czasami musimy meble wynosić na taras, żeby zrobić miejsce dla instrumentów i publiczności, i kawałek podłogi zamienia się w scenę. Przy większych składach trzeba trochę pokombinować z ustawieniem, ale dziwnie dużo się tam mieści. Mamy też antresolę – część publiczności siada na górze i ogląda koncert z góry, jak z balkonu. Rekordowo w środku mieliśmy około 70 osób razem z zespołem, a w ogrodzie w sezonie letnim zdarzyło się dobijać do setki.

Artyści bardzo często mówią, że ta bliskość jest dla nich ogromną wartością. Czasem dzieli nas dosłownie wyciągnięta ręka. Po koncercie nie ma „ucieczki do garderoby” – rozmawiamy, jemy razem kolację – często na stojąco, bo stół jest wyniesiony albo zastawiony krzesłami dla publiczności, śmiejemy się, rozmawiamy o muzyce i o życiu. Muzycy zazwyczaj nocują u nas, zostają na poranną kawę, śniadanie albo i dłużej. To doświadczenie, którego nie da się przenieść na dużą scenę.

Gratuluję — to świetna działalność. Korzystają z niej nie tylko mieszkańcy i uczestnicy koncertów, ale również sami muzycy, którzy mają u Was wyjątkową możliwość pokazania się publiczności. Jak Pani wspomina, jest wielu chętnych, a Wy możecie już wybierać spośród licznych zgłoszeń. To dla tych artystów często jedyna okazja, by wystąpić w tak przyjemnych, przyjaznych warunkach.

Ale muszę powiedzieć, że teraz doszliśmy do momentu, który jest dla nas trochę trudny. Te większe zespoły, które na początku swojej działalności chętnie szukały nowych miejsc, aby się pokazać, dziś są już rozpoznawalne — może nie w mainstreamie, ale w środowisku muzycznym bardzo cenione. Często grają trasy zagraniczne. Mieliśmy na przykład zespół Tomasz Chyła Quintet, który w zeszłym roku trafił do nas przypadkiem, bo mieli wolne „okienko” między koncertami w Warszawie i Lublinie. Żartem zaproponowaliśmy, że mogą wpaść na ognisko i nocleg, a przy okazji zagrać koncert — i faktycznie tak się stało. Kilka miesięcy później jechali już w swoją kolejną – 3. trasę „Jazz po polsku” po Azji Wschodniej: zagrali na niej wiele koncertów w Chinach i Korei.

To naprawdę zespoły uznane i cenione. Teraz, gdy chcielibyśmy ponownie ich zaprosić, byłoby to trudne — bez grantu właściwie niemożliwe. Mają menedżerów, większe stawki, więcej zaproszeń na prestiżowe festiwale. A jednak wciąż chcemy ich pokazywać, bo u nas nikt inny tego nie zrobi — taka już specyfika średniego miasta.

Jak finansujecie koncerty i projekty?

Kiedy nie mamy wsparcia z projektów, działamy w formule „do kapelusza”. Ustalamy sugerowaną kwotę, ale każdy wrzuca tyle, na ile może sobie pozwolić. Całość trafia do artystów – to jest ich wynagrodzenie. My dokładamy przestrzeń, sprzęt, organizację i gościnę. Takie wydarzenia są bardzo angażujące i rzadko kiedy bilansują się finansowo, ale bez tej formuły wielu koncertów po prostu nie dałoby się zrealizować.

Równolegle staramy się korzystać z programów dotacyjnych. Udało nam się skorzystać m.in. z lokalnych naborów takich jak „Aktywne Małe Społeczności” czy „Aktywna Mała Lubelszczyzna”, korzystaliśmy też z konkursu urzędu marszałkowskiego. Próbowaliśmy swoich sił w programach ministerialnych – kilka razy dostaliśmy wysoką punktację, ale ostatecznie środki poszły w stronę większych, bardziej medialnych przedsięwzięć. Nie poddajemy się i planujemy kolejne wnioski, choć dla małej, dwuosobowej fundacji to zawsze duże wyzwanie.

Jakie inne działania realizujecie poza koncertami?

Nie zamykamy się tylko na muzykę, choć to ona jest naszym „rdzeniem”. Organizujemy również spotkania literackie, rozmowy podróżnicze, pokazy filmów, monodramy czy warsztaty – na przykład z animacji poklatkowej. Współpracujemy przy różnych projektach z innymi podmiotami,. To pokazuje, że domowa skala nie wyklucza działania „na zewnątrz”. W tym roku udało nam się dzięki projektowi po raz pierwszy zorganizować wydarzenie plenerowekoncert na molo, nad Zalewem Żółtańce – w przestrzeni otwartej – dla ponad 250 osób. To było ogromne wyzwanie.


Chrust – 2024.

Wokół naszych działań powstały też grupy w mediach społecznościowych. Dołączają do nich osoby z różnych stron Polski, a nawet z zagranicy. Tam już nie tylko ogłaszamy koncerty – ludzie dzielą się informacjami, polecają sobie nawzajem artystów, proszą o pomoc, np. w znalezieniu pracy dla znajomych. To dla nas sygnał, że z domowego salonu może wyrosnąć coś na kształt małego centrum społecznego.

Jak widzicie przyszłość Ex Oriente Lux?

Chcielibyśmy nadal robić to, co robimy, ale w trochę bardziej stabilnych warunkach – z lepszym sprzętem, większym bezpieczeństwem finansowym i dostępem do środków, które pozwolą zapraszać zespoły z coraz „wyższej półki”, nie rezygnując z kameralnego charakteru miejsca. Marzy nam się, żeby artyści, którzy dziś grają trasy po świecie, nadal chętnie wracali do naszego salonu „tam, gdzie to wszystko się zaczęło”.

Wierzymy też, że nasz przykład może ośmielić innych. Żeby otworzyć dom na kulturę, nie trzeba mieć wielkiej sali ani ogromnego budżetu. Wystarczy pasja, odrobina odwagi i chęć dzielenia się swoją przestrzenią z innymi. Jeśli to się pojawi, resztę da się krok po kroku dobudować.

***

Niektóre zespoły i muzycy, którzy u nas występowali.

– Patryk Kraśniewski – artysta znany z projektów z Spiętym, Vavamuffin czy Pauliną Przybysz, który ostatnio zaczarował muzycznie Żółtańce swoją solową autorską płytą „Pianogram”. Każdy dźwięk, grany przez niego na specjalnym, akustycznym pianinie, przenosi w chwilę ciszy i skupienia, ale też muzycznego transu. Tworzy muzykę, która nie tylko wypełnia przestrzeń, ale i dotyka najgłębszych emocji.
– Henry No Hurry – jego koncert to pierwszy „house gig-owy”, na którym byliśmy.
– Moriah Woods – nasz pierwszy koncert domowy.
– Postman – muzyk z Ukrainy.
– Eskaubei i Tomek Nowak Quartet ft Mr Krime – nasz pierwszy tak duży skład – grający muzykę łączącą jazz z rapem.
– Ragnar Olaffson – Islandia.
– Phillip Bracken – występujący zawsze boso Australijczyk – songwriter, grający na gitarze – mieszkający od lat w Polsce – o magicznym głosie. Gościliśmy go kilkukrotnie – solo i z zespołem.
– Lucas Laufen – nastrojowy Australijczyk, mieszkający w Berlinie.
– Kathia – młodziutka dziewczyna, która zaczęła grać domówki w wieku 17 lat, jeżdżąc w pierwsze trasy ucząc się do matury, pierwszą płytę nagrała i wydała sama, obecnie gra duże koncerty.
– Chrust – jeden z naszych ulubionych – zderzenie słowiańskich korzeni z elektroniką, rockiem i emocjonalnym wokalem, byli u nas już 3x i mamy nadzieję, że będą wracać;) Grają dopiero od 2021r., ale osiągnęli już dużo na polskim rynku muzycznym. Grali na Męskim Graniu, dotarli do półfinału Must Be the Music, finaliści krajowych eliminacji do Eurowizji.
– Bożena Zawiślak-Dolny – gwiazda wielkich scen – m.in. Opery Krakowskiej, która trafiła do nas jako zaproszony na koncert gość i zapragnęła u nas wystąpić – od tamtej pory 3x – za każdym razem z innym repertuarem i w trochę innym składzie. Chełmianka – czyli nasza „rodaczka” – tylko dlatego zaśpiewała na „domówce”.
– Czesław Mozil – znany z dużych scen Duńczyk polskiego pochodzenia, mieszkający w Polsce.
– Dowgiałło / Bolan / Mr Krime – trzech kumpli z krakowskiego podwórka, grają na co dzień w wielu różnych projektach, teatrze (2 z nich w sławnym „1989” krakowskiego Teatru Słowackiego i gdańskiego Szekspirowskiego) – przyjechali do nas pierwszy raz w marcu 2023 z projektem, którego nie mają czasu „sfinalizować” – są tak zapracowani. W międzyczasie namówiliśmy ich na powrót do nas – zachwycili naszą publiczność, więc przyjechali znowu, ale płyty wciąż nie nagrali.
– Sam Alty – Nowozelandczyk mieszkający we Wrocławiu – songwriter, tancerz, prowadzi warsztaty ruchowe i tworzy muzykę na żywo do bajek dla dzieci przy pomocy różnych instrumentów.
– Zuza Baum – świetna wokalistka, odnajdująca się w różnych gatunkach muzycznych – od jazzu, przez soul, rap po poetyckość tekstów i grę na flecie.
– Patryk Kraśniewski.

Od ponad 2 lat zachwyciła nas trójmiejska scena około-jazzowa – świetni młodzi muzycy, coraz bardziej rozpoznawani na scenie polskiej a także zagranicznej – zupełnie nie-domówkowi, ale udało nam się nawiązać pierwsze kontakty, które zaowocowały kolejnymi koncertami.
– Magda Kuraś Quintet z projektem Tryptyk Biłgorajski – poruszający spektakl bardziej niż koncert – łączący jazz z ludowszczyzną i pieśniami z okolic Biłgoraja, skąd pochodzi założycielka zespołu.
– Tomasz Chyła Quintet – od kilku lat odważnie eksplorują muzykę improwizowaną, czerpiąc inspiracje z szerokiego spektrum gatunków – od jazzu i rocka po awangardę. W 2018, 2023 i 2025 wystąpili na koncertach w ramach projektu JAZZ PO POLSKU „Dookoła Świata” – w Chinach, na Tajwanie i w Korei Południowej.
– Klawo – 6 młodych mega zdolnych muzyków, brawurowo mieszają oldschool ze współczesnym post-dillowskim jazzem, indie oraz elektroniką.
– BLED – duet, który w tym roku zagrał na żywo muzykę do kultowego filmu niemego „Metropolis” w reż. Fritza Langa z 1926r. – skomponowaną specjalnie do tego filmu…

…i wielu innych:)

***

Warto zobaczyć:

Facebook
Twitter
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!