„Opowieść jest spotkaniem”. Rozmowa z Joanną Sarnecką, opowiadaczką historii

ADP09106

Joanna Sarnecka – artystka, opowiadaczka, animatorka kultury i aktywistka społeczna – od lat pracuje na styku sztuki, edukacji i zaangażowania obywatelskiego. W swoich działaniach łączy tradycję opowieści z muzyką, doświadczeniem pracy na pograniczu i refleksją nad współczesnym światem. Rozmawiamy o mocy narracji, o tym, jak działa wyobraźnia, o życiu na granicy polsko-białoruskiej i o tym, czego nauczyły ją trzy miesiące spędzone na Zachodnim Brzegu.

Przemysław Chrzanowski, Witryna Wiejska: Czym zajmuje się pani na co dzień? Widzę rekwizyty, które naprowadzają mnie na świat muzyki.

Joanna Sarnecka: – Trochę też muzykuję. Zajmuję się sztuką opowieści, której zawsze towarzyszyła muzyka. Powiedziałabym nawet, że kiedyś w sztuce opowieści nie było granicy między słowem a śpiewem, czy muzyką. Te sztuki były ze sobą głęboko połączone – z teatrem, z performancem – wszystko stanowiło jedną całość. Staram się tę tradycję praktykować. Dbam o to, żeby muzyka na żywo pojawiała się podczas występów – czasem minimalnie, a czasem w większej dawce, zależnie od warunków technicznych. Muzyka bywa tłem historii, którą opowiadam.

Czasem jednak pochodzi z samej opowieści – słyszymy coś razem, a instrumenty pomagają ten dźwięk wydobyć i podkreślić. Nie zawsze jest potrzebna, ale często otwiera wyobraźnię. Jeśli w opowieści ktoś gra na fujarce, a ja mam fujarkę przy sobie, mogę zagrać. Mam także tradycyjną fujarkę bezotworową, taką, jakiej używano kiedyś na wsi. To również element edukacyjny, związany z kulturą tradycyjną, którą próbuję przywracać, szukać dla niej miejsca we współczesności. A dziś żyjemy w pośpiechu, pośród wielu szumów, dźwięków, bodźców. Elektronika jest z nami cały czas. Proponuję alternatywę.

Jak przekonuje pani ludzi, aby jednak weszli w ten świat?

– Też jestem częścią świata elektronicznych bodźców i dobrze rozumiem ten problem. Ale mam doświadczenie, że ludzie tego potrzebują. Jesteśmy przebodźcowani i wydaje nam się, że nie da się minimalnymi środkami zorganizować komuś uwagi i wyobraźni. Tymczasem to działa. Potrzebujemy wyłączenia nadmiarowych bodźców dźwiękowych i wizualnych. Minimum dźwięku, słowo – to przynosi ulgę i wreszcie daje naszej wyobraźni pole do popisu. To bardzo przyciąga w opowieściach. Kto tego nie doświadczył, może sądzić, że niemożliwe jest, by było to ciekawe: stoi jakaś kobieta i tylko opowiada.

W porównaniu z widowiskami z laserami, dronami i światłem – to jest nic. A jednak wystarcza, bo chodzi o to, by pracowała nasza wyobraźnia. Spotykamy się wszyscy w jednej historii, ale każdy kreuje ją wewnętrznie po swojemu.

Zadziwia mnie, że potrafi pani wciągnąć w opowieść dorosłych – ludzi zanurzonych w codzienności.

– Myślę, że to kwestia odpoczynku od bodźców, ale też tego, że nie traktuję opowieści jako czegoś infantylnego czy banalnego. To język metafory, który dotyczy realnego świata: relacji, zasad, zależności, trudności. Opowieści nadają temu sens, dają nadzieję, a dobre zakończenie bywa nam dziś bardzo potrzebne.

A dzieci?

– Dzieci są naturalnymi odbiorcami opowieści, choć nie wszystkie historie są łatwe. Mam na przykład opowieść o współczesnych migracjach, o dzieciach na granicach – trudny temat. Pracowałyśmy nad nią z Anią Woźniak w ramach projektu „Opowieści z Walizki”. Po ukończeniu skonsultowałyśmy ją z psychologami dziecięcymi, bo była adresowana do starszych dzieci ze szkoły podstawowej.

Nie chciałyśmy traumatyzować dzieci ani przenosić na nie naszych dorosłych, często bezradnych schematów myślenia. Chciałyśmy dać nadzieję, trochę wiedzy i dużo otuchy. To było ciekawe doświadczenie – zrozumienie realnych potrzeb dzieci.

Tradycja literacka to kreacja – autor tworzy historię według własnej wizji. A tradycja ustna?

– To sytuacja spotkania. To nie tylko tekst, ale relacja – jesteśmy blisko, wchodzimy w dialog. Odbiorca ma poczucie, że opowieść jest skierowana do niego. W opowieściach zebranych przez braci Grimm jest dużo przemocy, bo to nie były infantylne historyjki, lecz poważne narracje o dorastaniu. Dziecko jest w procesie przemiany, ale dorosły też – w różnych momentach życia.

Nawet jeśli w opowieści jest przemoc – jak w Czerwonym Kapturku – historia kończy się dobrze. To opowieść o przemianie dziewczynki z naiwnej w dojrzalszą, dziecka w kobietę. Symbole w niej zawarte działają na nasze kulturowe „oprogramowanie”. Dlatego nie zmieniam starych opowieści – nie chcę gubić treści symbolicznych.

Czy dziś łatwo tworzy się teksty do opowieści?

– Nie piszę tekstów do opowieści. Sięgam do źródeł etnograficznych albo literackich, ale te drugie wymagają długiej pracy, by wrócić do żywego słowa. Czasem przetwarzam je na bardziej teatralną formę – tak było w „Wędrówce Nabu”, opowieści o uchodźstwie. To historia dotycząca współczesności, więc trzeba było się ustosunkować do problemu, który jest obok nas.

Media bombardują nas tym tematem.

– I może dobrze, że opowieść może tłumaczyć świat – nie tylko informować, ale zmieniać perspektywę. Odbiorca utożsamia się z bohaterem. Jeśli bohaterką jest dziewczynka wędrująca z innego kraju do Europy, by znaleźć bezpieczny dom, naturalnie będziemy blisko niej, rozumiemy jej decyzje. A to zmienia sposób patrzenia – z dystansu na empatię. To przecież moglibyśmy być my. Tu wyobraźnia spełnia ogromną rolę.

Później możemy mieć swoje poglądy, ale mamy doświadczenie, że to człowiek taki jak ja. Opowieści są zbudowane z prawdziwych historii. Byłam przy tych ludziach, widziałam ich realne cierpienie, słuchałam opowieści. Coś rozumiem dzięki tej historii. To edukacja nie przez dydaktyzm, lecz przez doświadczenie w wyobraźni.

A jak to wszystko łączy się z pani życiem? To praca, czy część szerszej drogi?

To część. Nie da się tego oddzielić.

Była pani na granicy w zeszłym roku.

– Jestem tam cały czas. Jeżdżę tam regularnie. Po trzech i pół roku mieszkania wyłącznie przy granicy przeprowadziłam się gdzie indziej, ale planuję regularnie wracać. Byłam też trzy miesiące w Palestynie. Zaangażowanie społeczne jest mi bliskie i naturalne.

Co robiła pani w Palestynie?

– Monitorowałam łamanie praw człowieka na Zachodnim Brzegu. Jeździłam na interwencje tam, gdzie zdewastowano ludziom domy, gdzie kogoś aresztowano, gdzie dzieci idą do szkoły a izraelscy żołnierze rzucają w nie bombami z gazem łzawiącym. Obserwowałam to i raportowałam w ramach programu Światowej Rady Kościołów. To dobrze zorganizowany wolontariat. Potem pisałam reportaże o tych doświadczeniach. To było bardzo mocne doświadczenie. A przecież to nie była Gaza – skala tamtego cierpienia jest jeszcze większa.

Skąd w pani potrzeba podejmowania tak wielu różnych działań i inicjatyw?

– Dla mnie kluczem jest zaangażowanie. Nie każdy może pojechać na granicę – to zrozumiałe. Nie każdy zdecyduje się, czy ma możliwości ruszyć do Palestyny. Ale ważne, byśmy nie byli bierni. Mała społeczność, jak wiejska, daje mnóstwo możliwości. W Warszawie wielu rzeczy nie dałoby się zrobić, a w małej społeczności ludzie mogą się spotkać, porozmawiać, szukać kompromisów.

Demokracja działa inaczej, kiedy ludzie żyją obok siebie i muszą się dogadywać. Mamy bezpieczną przestrzeń, dobre warunki do życia, mamy czas – możemy się nim dzielić. Nawet w social mediach możemy wybierać i promować wartościowe treści. To też forma aktywności. Uważam, że tylko solidarność z osobami w kryzysowych sytuacjach buduje między nami – ludźmi – dobre relacje, buduje z nas ludzką współodpowiedzialną rodzinę.

Po takich doświadczeniach występy są dla pani wytchnieniem?

– W pewnym sensie tak. Początkowo było mi bardzo trudno wrócić do działań artystycznych. Po mocnych doświadczeniach z granicy wydawało mi się, że to wszystko nie ma sensu, że powinnam rzucić wszystko i robić tylko „konkretną robotę”, jak gotowanie zupy dla ludzi na granicy. Ale potem pomyślałam: skoro mam narzędzia artystyczne, też powinnam je wykorzystać. W Palestynie rozmawiałam z młodym malarzem z obozu uchodźców. Opowiadałam mu o swoim kryzysie twórczym. A on powiedział: „Jestem malarzem, więc maluję”. To było bardzo czytelne.

Podobnie palestyńska tancerka i choreografka Misan Miso-Somara, z którą zrobiłam wywiad. Zapytałam ją, skąd motywacja? Odpowiedziała: „Nie zastanawiam się po co. Myślę: co dziś mogę stworzyć?”. A oni żyją w okupacji, codziennie widzą czołgi, samoloty wojskowe, przemoc i śmierć. A jednak tworzą. To pokazało mi, że jeśli dostałam jakieś narzędzia, powinnam je wykorzystać.

Co sprawia, że mimo zagrożeń podejmuje pani działania w tak wymagających miejscach?

– Na granicy nie ryzykuję życiem, ale zaledwie poczuciem bezpieczeństwa. Oczywiście trzeba być przygotowanym, działać odpowiedzialnie, nie ryzykować bez potrzeby. Ale ważne jest, by byli świadkowie przemocy, żeby był ktoś kto przyniesie pomoc na czas. W zagrożeniu nie jestem ja, ale osoby w drodze. Dowodem na to jest około sto ofiar polsko-białoruskiej granicy. Głos Palestyńczyków nie jest słyszalny. Potrzebni są zatem świadkowie z zewnątrz, którzy będą ich głosem.

Są grupy, które jeżdżą do konkretnych wiosek, patrzą na przemoc podczas zbioru oliwek. Możemy o tym mówić. Byliśmy świadkami. Widzieliśmy to. To ważne. To łączy się z opowieściami – opowiadacz jest świadkiem wydarzeń. Kiedy opowiadam, jakbym widziała to na własne oczy. Jeśli naprawdę widziałam, opowieść jest wiarygodna i ma moc. To mały kamyczek, mikro działanie, ale innych na razie nie mamy. Ale to mój wkład w to, żeby świat był choć trochę bardziej ludzki.

Gdzie teraz panią poniesie?

– Chciałabym wrócić do Palestyny. No i jestem zaangażowana w pomoc na granicy – jeśli nie fizycznie, to przez pisanie i działanie. Ważne jest, by przypominać, że to wciąż trwa. Ludzie nadal są w lasach na polsko-białoruskiej granicy. Odebrano im prawa. Przestano o nich mówić. Nie chcę mówić ludziom, jak mają myśleć o migracjach, chciałabym, żeby wiedzieli więcej i mieli świadomość, że to nasze narodowe dziedzictwo więc kto, jak nie Polak, Polka powinni rozumieć jak trudnym doświadczeniem jest migracja. Chcę przypominać, że musimy o tym myśleć – bo te procesy dotyczą ludzi takich jak my, którzy mają godność, prawa, a nas obowiązuje etyka. Możemy lubić lub nie rządzących, ale krytyka i obywatelski opór kiedy łamane są prawa są niezbędne. Jest takie powiedzenie: „Kto śpi w demokracji, budzi się w dyktaturze.” Warto o tym pamiętać.

To dobra puenta. Dziękuję bardzo.

***

 

Facebook
Twitter
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!