„Największym zasobem są ludzie” – rozmowa z Marcinem Piotrowskim z Fundacji Folkowisko o odporności społecznej na kryzysy

559723832_25188017267503697_5928504834636259367_n

W czasach, gdy kryzysy stały się codziennością – od powodzi i blackoutów po wojnę informacyjną w sieci – coraz częściej pojawia się pytanie: jak przygotować siebie i swoją społeczność na to, co nieprzewidywalne? Marcin Piotrowski z Fundacji Folkowisko przekonuje, że kluczem jest współpraca, wiedza i zaufanie. W rozmowie z nami opowiada o tym, jak uczyć odporności na kryzysy bez zastraszania, jak rozpoznawać dezinformację w internecie i dlaczego kultura potrafi być najlepszym narzędziem przetrwania.

Przemysław Chrzanowski, Witryna Wiejska: Prowadzisz szkolenia z szeroko pojętej odporności. Jakiej wiedzy dziś ludzie najbardziej potrzebują?

Marcin Piotrowski Fundacja Humanitarna Folkowisko: – Ludzie są dziś często otumanieni nadmiarem informacji, zagubieni w tym przyspieszonym świecie. Niedawno prowadziłem w szkołach cykl zajęć o bezpieczeństwie cyfrowym – o dezinformacji, botach, deepfake’ach – i nauczycielki przyznały, że o połowie tych rzeczy nie miały pojęcia, choć ich uczniowie już tak. Potrzebujemy dziś umiejętności rozpoznawania zagrożeń informacyjnych, bo my już jesteśmy ofiarą ataku. Nie wjedzie do nas czołg, nie przyleci samolot, ale codziennie jesteśmy bombardowani informacjami. To wojna o serca i umysły. Jeśli nie zbudujemy odporności na tym poziomie, żadna inna obrona nie zadziała. Ale uczymy też praktyki: jak zabezpieczyć dom w razie braku prądu, jak przygotować się na powódź, jak zaplanować ewakuację. To wszystko elementy tej samej układanki.

W twoich wypowiedziach często pojawia się pojęcie „sieciowania”. Dlaczego współpraca i relacje są tak ważne w czasie kryzysu?

– Bo największym zasobem, jaki mamy, są ludzie. Nie sprzęt, nie procedury, tylko wiedza i współpraca. Jako socjolog wierzę, że człowiek to zwierzę społeczne – jego siłą jest umiejętność działania z innymi. W Polsce mamy ogromne zasoby – tylko często o nich nie wiemy. Gdybyśmy wiedzieli, kto ma koparkę, kto umie ją obsłużyć, kto ma worki z piaskiem, kto potrafi dowodzić grupą – to już jest połowa sukcesu. Sieć odporności społecznej nie jest zmilitaryzowana. To system oparty na relacjach, zaufaniu i mapowaniu zasobów. Na Ukrainie w pierwszych dniach wojny widziałem, że państwo miało inne priorytety – musiało ratować kraj. Ludzie w małych społecznościach zostali sami i musieli się samoorganizować. I poradzili sobie świetnie. Polacy też to potrafią – mamy to w genach.

Twoje doświadczenie wynika nie tylko z polskich realiów, prawda?

– Tak, uczę się cały czas. Byłem w Ukrainie, Turcji, Jordanii. Obserwuję, słucham, studiuję teraz bezpieczeństwo wewnętrzne, żeby to wszystko poukładać także od strony teoretycznej. My w Fundacji Folkowisko jesteśmy praktykami. Na naszych szkoleniach nie ma suchej teorii – są symulacje. W „Akademii Reagowania w Kryzysie” uczymy na przykład rozpoznawania dezinformacji, pierwszej pomocy psychologicznej i medycznej, a także planowania własnego bezpieczeństwa. Zamiast mówić ludziom, co włożyć do plecaka ewakuacyjnego, rozkładamy rzeczy po sali i każemy im samodzielnie wybrać to, co uważają za potrzebne. Włączamy i wyłączamy światło, czasem wiążemy komuś oczy. Bo człowiek uczy się, kiedy doświadcza, a nie kiedy tylko słucha wykładu.

Na szkoleniach widzisz zapewne, jak ludzie reagują na stres. Czy w sytuacji realnego zagrożenia potrafimy zachować zimną krew?

– Stres to największy wróg skutecznego działania. Dlatego trzeba trenować. My w Folkowisku ćwiczymy ewakuację nawet podczas festiwalu. Robimy to „na sucho”, zanim przyjadą ludzie. Bo jeśli coś się wydarzy, musimy wiedzieć, jak reagować. W Polsce wciąż śmiejemy się z treningów i ćwiczeń służb, a w krajach skandynawskich takie szkolenia odbywają się regularnie – nawet raz w miesiącu. Trzeba ćwiczyć, jak z pierwszą pomocą: jeśli się tego nie powtarza, schematy znikają z głowy.

A co mówisz tym, którzy uważają, że przesadzasz, że nic nam nie grozi?

– Że nie można myśleć: „to mnie nie dotyczy”. Lepiej być przygotowanym i mieć nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze, niż kombinować w panice. Ludzie boją się najbardziej tego, czego nie rozumieją. Kiedy poznasz zagrożenie, kiedy wiesz, jak brzmi dron, co może zrobić, jak się zachować – strach maleje. Ukraina jest tego najlepszym przykładem. Kraj w stanie wojny, a życie toczy się dalej. Ludzie chodzą do restauracji, organizują koncerty. Bo nie da się żyć w ciągłym stresie – trzeba nauczyć się funkcjonować mimo zagrożenia.

Wspomniałeś o dezinformacji. Jak się przed nią bronić, skoro większość z nas czerpie wiedzę z internetu?

– To dziś ogromny problem. Kiedyś media miały redakcje, dziennikarzy z etosem, filtry informacyjne. Teraz każdy może być „nadawcą” – influencerem, ekspertem, komentatorem. I ludzie wierzą, że każdy, kto jest w sieci, istnieje naprawdę. Pokazujemy na szkoleniach, jak wyglądają farmy trolli, jak tworzy się fake newsy, jak działają boty. Ostatnio sam padłem ofiarą zmasowanego ataku po publikacji postu o wizycie na cmentarzu Łyczakowskim. W ciągu godziny – dwieście komentarzy. Po chwili ponad tysiąc. Kiedy zacząłem sprawdzać profile, okazało się, że większość to konta fikcyjne – stworzone w kilka sekund. Problem polega na tym, że między botami zaczynają pisać prawdziwi ludzie. Widzą, że większość „tak myśli”, więc dołączają. To mechanizm stadny – chcemy być w grupie. Dlatego edukacja medialna to dziś kwestia bezpieczeństwa narodowego. Ludzie muszą wiedzieć, jak rozpoznać, że konto z 80 znajomymi i zdjęciem z generatora nie jest „Wojtkiem Kamińskim z Łodzi”.

Otrzymałeś ostatnio prestiżową nagrodę Animatora Kultury Roku. Jak ją odbierasz?

– Byłem naprawdę zaskoczony. Działamy na końcu świata, w małej wsi, a tu taka wiadomość! Najbardziej cieszy mnie, że to nagroda przyznana przez środowisko, przez ludzi kultury – bez politycznych kontekstów. To nie jest wyróżnienie tylko dla mnie. To praca dziesiątek, setek ludzi, którzy tworzą Folkowisko. Zawsze powtarzam, że każdy ma jakąś supermoc – moją jest to, że pamiętam supermoce innych i potrafię je połączyć. Dziś działanie na pograniczu, mówienie o wielokulturowości, wspieranie Ukrainy – to nie są łatwe tematy. Każdy post w sieci może stać się celem ataku. Tym bardziej ta nagroda jest dla nas sygnałem wsparcia: że to, co robimy, ma sens i że nie jesteśmy sami.

W twoich słowach często pobrzmiewa przekonanie, że kultura ma moc uzdrawiania.

– Bo tak jest. Kultura to sposób na zarządzanie chaosem. Każdy, kto organizował festiwal, wie, że to ciągłe reagowanie na kryzysy: zmienia się pogoda, brakuje prądu, coś się sypie. Dlatego ludzie kultury są świetnymi menedżerami kryzysu – nie w teorii, ale w praktyce. Potrafią działać pod presją i z ograniczonymi zasobami. A jednocześnie kultura łagodzi napięcia, leczy, uczy empatii. Festiwal Folkowisko to przecież festiwal kultury pogranicza – spotkania różnych tradycji, języków, historii. To najlepsza szczepionka na lęk przed „innym”.

Facebook
Twitter
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!