Koń, który opanował język polski

CW3A9912

Rozmowa z Urszulą Kowalczuk, autorką książki „Koń jaki jest, każdy widzi – czyli alfabetyczny zbiór 300 konizmów”.

Podczas gdy językoznawcy głowią się nad zawiłościami polszczyzny, Urszula Kowalczuk dosiadła zupełnie innego rumaka. Z miłości do koni i z pasji do słów stworzyła autorski neologizm – konizmy – i przez osiem lat badała ślady wspólnego życia ludzi i koni w naszym języku, kulturze i sposobie myślenia. W swojej książce zebrała setki powiedzeń, przysłów i frazeologizmów, które pokazują, że historia człowieka i konia to opowieść o wspólnej drodze przez blaski i cienie życia, o emocjach i mądrości życiowej pokoleń Polaków. O tym, jak koń odcisnął swój ślad w języku polskim, dlaczego „nie warto kopać się z koniem” i czemu „pańskie oko konia tuczy”, opowiada sama autorka.

Zacznijmy od definicji: czym właściwie są konizmy?

– To mój własny termin. Jako miłośniczka i właścicielka konia zauważyłam, że w języku polskim jest mnóstwo przysłów, zwrotów i powiedzeń, w które bezpośrednio lub pośrednio odwołują się do koni. Chciałam opowiedzieć o tym lekko i zrozumiale, bez językoznawczych zawiłości. Szukałam słowa, które oddałoby tę ideę i brzmiało przyjaźnie. I tak jak mamy „bareizmy” – cytaty z filmów Barei – tak u mnie pojawiły się „konizmy”, czyli językowe perełki, w których koń gra główną rolę. Nie spodziewałam się, że ten neologizm będzie terminem oznaczającym tak bogaty obszar języka polskiego, co więcej, że to zbiór wciąż jeszcze nie zamknięty. Często słyszę od zaprzyjaźnionych osób: „Ula, znowu słyszałam nowy konizm!”. I bardzo mnie to cieszy, bo to dowód, że koń jest ciągle obecny nie tylko w języku, ale też w polskiej duszy.

Jak długo powstawała książka?

– Osiem lat. Brzmi długo, ale koń potrafi nauczyć cierpliwości (śmiech). Zaczęło się od mojej codzienności w stajni. Kiedy kupiłam konia, zwracałam większą uwagę na to, jak często słowo „koń” pojawia się w rozmowach Polaków. I okazało się, że zaskakująco często, za sprawą rozmaitych przysłów i powiedzeń. W pewnym momencie postanowiłam je zapisywać, a potem już nie mogłam przestać. Oprócz tych, które zna każdy dorosły Polak, wyszukiwałam też dawne, w słownikach, w literaturze, w gwarach – już nieużywane, ale mądre i trafne, kryjące w sobie wiele interesujących informacji z przeszłości (np. „Bez końskiego ogona nic skrzypek nie dokona” – spostrzeżenie i mądre, i ciekawe, i trafne, bo przecież smyczki do skrzypiec były i są wykonywane z włosia z końskich ogonów). I tak zebrałam ponad sześćset takich wyrażeń wraz z ogromem wiedzy o tym jakie było ich pierwotne znaczenie i dlaczego tak silnie utrwaliły się w codziennym języku pokoleń Polaków. I już nie było wyjścia – musiałam napisać tę książkę, by pokazać, jak koń stał się częścią naszego językowego dziedzictwa.

Skąd się biorą te wszystkie końskie powiedzenia?

– Z życia. Konie towarzyszyły ludziom przez wieki w codziennym życiu, w czasach wojen i pokoju, w radości i w smutku, w pracy i w zabawie. Jeszcze 100 lat temu bez koni było trudno żyć. Były bliższe człowiekowi niż jakiekolwiek inne zwierzęta. Chcąc zyskać w koniu wiernego towarzysza i sługę, i – jak to się mówi – „nie kopać się z koniem” – człowiek musiał dbać o niego, uważnie obserwować i zrozumieć końską naturę. To rodziło rozmaite spostrzeżenia, metafory i porównania. Ludzie rozumieli, że ich życie i dobrostan zależał od pracy koni, że doglądanie koni im służy („pańskie oko konia tuczy”), że ich praca przynosi im zyski („gdzie koń piękny i gładki tam są dydki na wydatki”). Piękny koń z siodłem i ogłowiem bywał cennym darem – dziś symbolicznie dajemy „konia z rzędem” za jakieś wyjątkowe umiejętności.

Ciekawa historia kryje się za powiedzeniem „znamy się jak łyse konie”. Wiemy jakie jest jego przenośne znaczenie i często tak mówimy w odniesieniu do bliskich przyjaciół. Lecz czy zastanawiamy się, co sprawiło, że to powiedzenie osadziło się w języku polskim? Przecież konie nie łysieją! I tu trzeba odwołać się do znajomości końskich maści (czyli nazw dotyczących ubarwienia sierści) i połączyć je z obyczajami z przeszłości. Otóż łysy koń, to nie koń bez sierści, tylko koń z łysiną. Tak nazywana jest odmiana na sierści – duża biała plama na czole. (Inne odmiany, np. na nogach, nazywane są skarpetkami). Kiedyś konie z taką odmianą miały imiona Łysy bądź Łysek (stąd Łysek z pokłady Idy). Preferowano je do zaprzęgów wielokonnych – dwa, cztery, a nawet sześć koni tej samej maści, z łysiną na czole dodawały należnej właścicielowi zaprzęgu prezencji. I tak łyse konie, pełniąc swą służbę, chodziły czasem całe życie razem, w jednym zaprzęgu. Dzieląc swój los, znały dobrze tak swoje zalety jak i wady. Wiedziały więc o sobie wszystko, jednym słowem – „znały się jak łyse konie”.

„Końskie zdrowie”, „końska dawka”, „koński uśmiech” – wszystko końskie! Skąd taka popularność tych porównań?

– Koń przez wieki był symbolem siły i wytrzymałości, więc naturalnie stał się punktem odniesienia, gdy do tych cech nawiązywano. Lecz wbrew pozorom „końskie zdrowie” to nie tylko komplement. W języku potocznym oznacza raczej odporność na cierpienie i niewygody. Koń znosi ból w milczeniu, nie okazuje słabości, a jako zwierzę stadne i roślinożerne (czyli uciekające przed drapieżnikami), często ukrywa swoje dyskomforty, by nie zostać odrzuconym przez stado. To sprawia, że ludziom wydaje się, że konie mają wyjątkowe i ponadnormatywne zdrowie. Tymczasem to zwierzęta pod tym względem wrażliwe i delikatne. Z kolei „końska dawka” odnosi się do miary tego zwierzęcia, które i zjeść i napić się potrzebuje dużo, a gdy zachoruje, to i lekarstwa muszą być podawane w „końskiej dawce”. Kiepski dowcip kwitujemy powiedzeniem, że „koń by się uśmiał”, głupkowaty śmiech nazywamy rżeniem, a przy nietrafionym prezencie pamiętamy, że „darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby”. Określenia te pokazują wyrazistą symbolikę koni, które stały się miarą zarówno wytrzymałości, jak i przesady oraz często sposobem na trafne ujęcie rzeczywistości i życiowych zasad.

W książce dużo miejsca poświęciła Pani maściom koni. Dla laika to tylko „brązowy” albo „czarny”, a u koniarzy nazwy ubarwienia końskiej sierści brzmią dość poetycko.

– Bo dawniej o koniach naprawdę mówiono w sposób poetycki! Maryan Hrabia Czapski napisał, że koń jest „na palcach bujającą królestwa niebieskiego baletniczką”. Maści koni nazywano bardzo obrazowo – porównywano je do kolorów natury. Mamy więc konia maści wronej – czarnego jak wrona (współcześnie nazywanego karym), konia maści srokatej – biało-czarnego jak sroka. Koń z rydza pleśniawy to koń o maści w kolorze rydza (rudej) z siwymi włosami przerastającymi miejscami rudą sierść.

Może też być z wrona pleśniawy – proszę samemu zinterpretować. Koń pstry – z sierścią w kilku kolorach – to ten, na którym „łaska pańska jeździ” (śmiech). Maść cisawa – to miodowa sierść, koniecznie z grzywą i ogonem w tym samym kolorze – nazwa ta pochodzi od koloru drewna cisu. To właśnie o takim koniu śpiewamy „dadzą ci konika cisawego”, w pieśni „O mój rozmarynie”. Mało kto wie, że ulubiona klacz Marszałka Józefa Piłsudskiego – słynna Kasztanka – była właśnie koniem cisawym z czterema skarpetkami i łysiną.

Książka zyskała uznanie językoznawców, w tym profesora Jerzego Bralczyka.

– Tak i to był dla mnie moment, który zapamiętam na zawsze. Profesor Bralczyk napisał w mojej pamiątkowej księdze dedykację: „Panu Bogu udały się konie i wiosna. Pani, Pani Urszulo udały się konizmy – dowodem jest choćby moja zazdrość, że to nie ja je napisałem.” Przyznam, że cieszyłam się z tej dedykacji ”jakby mnie ktoś na koń turecki wsadził” (śmiech) – tak dawniej mówiono, gdy ktoś był niezwykle uradowany. Lepiej być przecież nie mogło! Napisałam o koniach i konizmach w języku polskim z pasją i sercem – zostałam doceniona przez naukowca i językoznawcę.

Koń w języku to jedno, ale Pani często mówi o jego roli w historii człowieka.

– Tak, bo koń to najważniejsze zwierzę w historii ludzkości. Bez koni nie byłoby cywilizacji w takim kształcie. To one ciągnęły wozy, orały pola, brały udział w bitwach, wspólnie z ludźmi budowały zalążki współczesnych miast i metropolii. Podczas I wojny światowej służyło aż 17 milionów koniowatych – koni, mułów i osłów. Ta niewyobrażalna liczba świadczy o tym na jak wielką skalę człowiek wykorzystywał te zwierzęta. One też ginęły, choć nikt nie stawiał im pomników. Dla mnie świadomość tego, jak bardzo konie wpisały się w historię ludzkości, jest fundamentem szacunku do tych zwierząt. Chciałabym, aby we współczesnym świecie miały nową rolę u boku ludzi, zawsze z poszanowaniem dla ich dobrostanu.

No właśnie. Jaka to rola? Czego możemy się od koni nauczyć dziś, w XXI wieku?

– Przede wszystkim pokory. Koń nie zna fałszu – natychmiast, nawet z dystansu kilkunastu metrów wyczuwa emocje człowieka. Nie można go oszukać ani zmusić do zaufania. Jeśli jesteś nerwowy, on też będzie niespokojny. Jeśli masz czyste intencje – zaufa ci. Dlatego współpraca z koniem jest jak terapia. Uczy nas rozumienia siebie, swoich emocji. Przy koniach uczymy się słuchać, reagować spokojem. Uczymy się uważności. Konie potrafią zmieniać ludzi na lepsze – tak dzieci jak i dorosłych! Widzę to często: ludzie przy koniach stają się spokojniejsi, cierpliwsi, łagodniejsi, bardziej empatyczni, zyskując przy tym stabilną osobowość. Warto więc się z końmi zadawać.

Ma Pani też wyraźne poglądy na temat traktowania koni.

– Tak, to zwierzęta silne i płochliwe, lecz w gruncie rzeczy łagodne i należy się im łagodność. Jestem też przeciwko hodowli koni na rzeź. To dla mnie coś głęboko nieetycznego. W Polsce, gdzie koń miał tak wielkie znaczenie historyczne, powinniśmy go – obok orła i bociana – traktować jako nasz zwierzęcy narodowy symbol. Hodowla koni na rzeź nigdy nie była naszą tradycją, a spożywanie koniny w Polsce należy do tzw. tabu pokarmowego. Dawniej koninę jedzono tylko w sytuacjach ostatecznych – podczas głodu czy wojen, i tylko wtedy, gdy koń padł na polu bitwy. Stąd powiedzenie „zjadłbym konia z kopytami” jako symbol wielkiego głodu. Obecnie nie ma żadnego usprawiedliwienia, by zabijać konie dla mięsa. Choć przepisy wciąż jeszcze mówią inaczej, to faktem jest, że konie współcześnie są zwierzętami towarzyszącymi, nie produktami.

A co z głośnym tematem koni, ciągnących wozy z turystami na trasie do Morskiego Oka? Jedni bronią tradycji, inni mówią o cierpieniu zwierząt.

– To rzeczywiście trudny temat. Z jednej strony koń potrzebuje ruchu i wysiłku – w naturze, gdyby żył na wolności, pokonywałby ok. 30 kilometrów dziennie, w tym czasie 3-4 razy uciekając galopem przez naturalnymi drapieżnikami. Z drugiej strony, niehumanitarnym jest przeciążanie koni ponad ich możliwości fizyczne i psychiczne. Trzeba pamiętać, że jeden koń może ciągnąć ciężar tylko niewiele większy niż jego własna waga (przeciętnie dorosły koń waży 400-500 kg, a konie pociągowe mogą ważyć i ponad 1 tonę), może bez przerwy pracować nie dłużej niż godzinę. Jeśli przekracza się te granice, naraża się jego mięśnie, stawy, kości na degradację, a z czasem kontuzje i chroniczny ból. Klucz tkwi w wiedzy i umiarze – koń może pracować, ale z poszanowaniem jego natury.

Gdyby miała Pani jednym zdaniem powiedzieć, czym dla Pani jest koń…?

– Ktoś kiedyś powiedział, że „Koń to jest Ktoś”. Lubię to zdanie. Myślę, że koń jest też Lustrem (celowo przez duże „L”). Odbija nasze emocje, pokazuje, jacy jesteśmy naprawdę. Przy koniu nie da się udawać. Trzeba być tu i teraz, uważnym i świadomym. Koń ufa, lecz można też to zaufanie stracić. Przy koniu trzeba postępować odpowiedzialnie, czasem unosząc się nad ziemią dosłownie – na jego grzbiecie, i w przenośnym tych słów znaczeniu, z „ułańską fantazją”. I też trzeba szukać pokojowych rozwiązań, bo „nie warto kopać się z koniem” (śmiech). Dlatego mówię, że „koń nie uczy jazdy, tylko życia”. To zwierzę, które wszystko pamięta, ale też wszystko wybacza. Nie ocenia, ale widzi i czuje. I jeśli człowiek spojrzy w głębię jego oczu, zrozumie, że spotkał istotę, z którą łączy go coś znacznie głębszego niż tylko wspólna historia – łączy go język serca.

***

Facebook
Twitter
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!