To podróż życia ojca i syna, ale przede wszystkim – wyprawa z przesłaniem. Burmistrz Wieruszowa Rafał Przybył wraz z synem Jakubem wyruszyli kajakiem z rodzinnego miasta do Szczecina. Przed nimi ponad 640 kilometrów malowniczej, ale trudnej trasy rzekami Prosną, Wartą i Odrą. Ich celem jest nie tylko dopłynięcie nad morze, ale też nagłośnienie tematu pieczy zastępczej i wsparcie Rodzinnego Domu Dziecka „Zielony Domek” w Kaliszu, prowadzonego przez Ewelinę i Andrzeja Małych. Towarzyszy im wierny pies Zoja – adoptowany czworonóg burmistrza. Symbolicznie i dosłownie: członek załogi i rodziny.
Pierwsze dni – walka z rzeką i własnymi słabościami
Kajakarze wyruszyli 30 sierpnia, a już pierwszego dnia pokonali blisko 50 kilometrów. Nie była to jednak łatwa przeprawa. Niski poziom wody, meandrujące koryto i powalone drzewa szybko pokazały, że przed nimi zadanie wymagające ogromnej determinacji.
– Do końca nie wiedzieliśmy, czego się podejmujemy. Oprócz podstaw geografii – że rzeki meandrują i droga jest przez to dłuższa – doszły też inne trudności. Płycizny i zarośla bardzo nas spowalniały, czasem wymuszały przenoszenie kajaka. Mieliśmy już trzy wywrotki, w tym dwie poważne, kiedy wciągało nas pod konary. To kosztowało nas sporo sił – relacjonuje Rafał Przybył.
Ojciec i syn przyznają jednak, że przyroda rekompensuje im trudy. Spotkania z czaplami, łabędziami czy dużymi rybami pozostają niezapomnianymi chwilami. Bywają jednak także odcinki mniej malownicze – zwłaszcza te zanieczyszczone ściekami.

fot.-kalisz-naszemiasto.pl
Wyprawa z misją
Podróż ma dla burmistrza i jego syna szczególną wartość symboliczną. Wieruszowski włodarz często podkreśla, że ich wysiłek na wodzie przypomina mu codzienną walkę rodziców zastępczych.
– To jest metafora tego, co robią rodzice w rodzinach zastępczych. My możemy w każdej chwili wysiąść z kajaka i przerwać rejs. Oni nie mają takiej możliwości – muszą bezpiecznie doprowadzić dzieci do dorosłości. To dużo trudniejsze wyzwanie niż nasze – mówi burmistrz.
Rafał Przybył od lat zna i wspiera Ewelinę i Andrzeja Małych, prowadzących „Zielony Domek” w Kaliszu.
– To szczególna placówka. Oni mogliby wieść dostatnie życie – Andrzej jest weterynarzem, Ewelina chemikiem – a jednak poświęcili wszystko, by pomagać dzieciom, głównie z niepełnosprawnościami. To nie jest sposób na życie, jak niektórzy złośliwie twierdzą. To misja, której oddali swoje serca. Nasza podróż ma zwrócić uwagę właśnie na takich ludzi i wesprzeć ich wysiłki – dodaje.

fot.-tugazeta.pl
Wspólna droga ojca i syna
Wyprawa to także niezwykła szkoła relacji rodzinnych. Jakub Przybył, trener personalny i miłośnik sportu, przyznaje, że choć na co dzień jest w dobrej kondycji, z kajakarstwem miał wcześniej niewiele wspólnego.
– To dopiero mój drugi raz w kajaku, a już przepłynęliśmy ponad 200 kilometrów. Fizycznie jest ciężej, niż się spodziewałem, ale dzięki temu uczę się, że jeśli wytrwale płyniemy, to w końcu dopłyniemy tam, gdzie chcemy. To także piękna metafora życia – zauważa Jakub.
Jednocześnie podkreśla, że tak intensywne spędzanie czasu z ojcem to nie lada próba charakteru. – Jesteśmy razem 24 godziny na dobę, w kajaku, w namiocie, przy ognisku. Bywają zgrzyty – tata wiosłuje w lewo, ja w prawo – ale wiem, że ta wyprawa zostanie ze mną do końca życia. To historia, którą będę opowiadać dzieciom i wnukom – dodaje.

fot.-Blazej-Krawczyk-Calisia.pl
Członek załogi na czterech łapach
Nieocenionym towarzyszem podróży jest Zoja – adoptowany pies burmistrza. Dzielnie znosi trud rejsu, choć czasem, jak przyznają właściciele, potrafi też utrudnić utrzymanie równowagi w kajaku.
– Zoja to członek rodziny. Jej obecność to też okazja, by przypomnieć, jak ważna jest adopcja zwierząt. Kiedyś powtarzano mi, że łączenie losu dzieci i psów jest ryzykowne. Ale ja wiem, że wrażliwość na zwierzęta i na dzieci idzie w parze. W Zielonym Domku trzeba uważać, by nie nadepnąć ani na psa, ani na dziecko – to ta sama nić empatii – opowiada Rafał Przybył.
Jakub dodaje z uśmiechem: – Zoja czasem przeszkadza, bo nie rozumie, że gdy przechyli się w kajaku, możemy się wywrócić. Ale to też nasz kompan – przy ognisku czy w namiocie umila czas i dodaje otuchy. A gdyby ktoś zapytał, czy pies wolałby siedzieć w schronisku, czy płynąć kajakiem, odpowiedź jest prosta: ten spacer będzie wspominać do końca życia.
640 kilometrów marzeń i nadziei
Przed wieruszowskimi kajakarzami jeszcze setki kilometrów, wiele zakrętów i zapewne niejedna przeszkoda. Plan zakłada, że do Szczecina dopłyną w tydzień lub dwa. Ale nawet jeśli rejs okaże się trudniejszy, niż zakładali, cel już został osiągnięty – zwrócili uwagę opinii publicznej na los dzieci i rodziców z rodzin zastępczych.
– Dla mnie to powrót do marzeń z dzieciństwa. Jako chłopiec, stojąc nad Prosną, zastanawiałem się, czy na tratwie dałoby się dopłynąć do Szczecina. Teraz płynę tam naprawdę – z synem i psem. I choć jest ciężko, wiem, że to podróż, która zmienia nas wszystkich – podsumowuje burmistrz Rafał Przybył.
Przemysław Chrzanowski
***
Warto zajrzeć:
https://www.facebook.com/profile.php?id=61551103648059