Wszyscy powinniśmy jeść mniej mięsa! Kiedyś kurczaka jadło się raz na dwa tygodnie albo i rzadziej!
Wieś to nie jest monolit, mieszkają tu różne grupy mieszkańców, chodzi o to, aby wszyscy mieszkańcy czuli się tutaj dobrze.
Sprawa osób protestujących ciągnęła się przez trzy lata. Firma, która chciała tutaj zbudować kurniki pozwała aktywistów o zniesławienie i naruszenie dóbr osobistych. Jedna sprawa została wycofana, w drugiej sąd uniewinnił oskarżoną osobę. Metody nacisku są ogromne!
To niektóre wypowiedzi ze spotkania, które odbyło się pod koniec lipca w Krainie Rumianku (Hołowno, gm. Podedwórze).
Kraina Rumianku
Hołowno to spokojna, mała wieś położona 30 kilometrów w linii prostej od granicy z Białorusią. Mieszka tam 200 osób, a w całej gminie Podedwórze 1600. W starej szkole, Stowarzyszenie Aktywizacji Polesia Lubelskiego założyło wioskę tematyczną „Kraina Rumianku” – inspirowaną tradycją uprawy rumianku. Wioska oferuje edukację regionalną, warsztaty rękodzielnicze, zajęcia nawiązujące do dawnych obyczajów oraz wiejskie SPA.

Pretekstem do spotkania była książka „Od pałaców po kurniki”, wydana przez Fundację Wspomagania Wsi, w której opisano m.in. historię planowanej budowy ferm przemysłowych w gminie Podedwórze i próbę ich zatrzymania poprzez konsultacje planów zagospodarowania przestrzennego.
Debata w Hołownie
W dyskusji uczestniczyli mieszkańcy, rolnicy, wójt gminy Podedwórze, autorzy publikacji i redaktorka Alicja Dąbrowska z „Gazety Wyborczej”.
Spotkanie otworzyła Gabriela Bilkiewicz, Prezeska Stowarzyszenia Aktywizacji Polesia Lubelskiego, dziękując za obecność mimo trwających żniw.
– Chcemy rozmawiać o przyszłości wsi, o tym, jak się zmienia i co możemy zrobić, by mieć wpływ na te zmiany – mówił Krystian Połomski z FWW.
Alicja Dąbrowska podkreśliła, że książka pokazuje siłę lokalnych społeczności i realny wpływ, jaki mogą mieć na decyzje władz. – „Od pałaców po kurniki” to pięć opowieści o lokalnej demokracji, inwestycjach i zmianach środowiskowych. – To książka o tym, że nie trzeba godzić się na wszystko bez pytania.
Dobre konsultacje, czyli jakie?
Dobre konsultacje to takie, które odbywają się na czas, są dostępne i oparte na rzetelnej informacji – podkreśliła Magdalena Chustecka, ekspertka współpracująca z Fundacją, z ponad 20-letnim doświadczeniem w prowadzeniu konsultacji społecznych, autorka rozdziału o gminie Podedwórze.
Zbyt często konsultacje przeprowadza się zbyt późno — wtedy, gdy decyzje są już de facto podjęte, a mieszkańcy mogą jedynie „strzępić ozory”. To rodzi frustrację i utwierdza ludzi w przekonaniu, że „i tak nic z tego nie będzie”.
W Podedwórzu udało się zrobić inaczej. Konsultacje rozpoczęto z wyprzedzeniem, zanim pojawiły się oficjalne wnioski inwestorów. Spotkania zorganizowano w pięciu sołectwach, nie tylko w urzędzie — co ułatwiło udział osobom, które rzadko pojawiają się w instytucjach. Rozmawiano z różnymi grupami: dużymi i małymi rolnikami, mieszkańcami, osobami prowadzącymi agroturystykę. To ważne, bo wieś to nie monolit, a interesy bywają rozbieżne.
Ważnym elementem było również szukanie niezależnych informacji — choć temat wielkoprzemysłowych ferm nie jest nowy, trudno o rzetelne dane. Państwowe instytucje często nie dostarczają odpowiednich ekspertyz, a raporty środowiskowe przygotowują firmy wynajęte przez inwestorów.
Dlatego — mówiła Magdalena Chustecka — uczciwy dialog wymaga wcześniejszego działania, obecności różnych głosów, dostępności oraz niezależnej wiedzy. Tylko wtedy konsultacje mają sens.
Zmiana planu miejscowego w Podedwórzu – proces, który wymaga czasu, komunikacji i kompromisów
– To nie jest dokument, który da się szybko przygotować i uchwalić – mówiła Wójt gminy Podedwórze, Monika Mackiewicz-Drąg o zmianie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego.
W ich przypadku impuls do działania dał wniosek o decyzję środowiskową dla dużej fermy drobiu.
Pierwszy etap – szybka korekta zapisów tekstowych, bez zmiany map – miał na celu zablokowanie możliwości budowy wielkoprzemysłowych ferm. Dzięki współpracy z Fundacją Wspomagania Wsi gmina mogła przeprowadzić dobrze przygotowane spotkania konsultacyjne w pięciu sołectwach. Wybrzmiał wyraźny sprzeciw wobec wielkich inwestycji zewnętrznych, ale udało się też wypracować kompromis: plan dopuszcza rozwój lokalnych gospodarstw do 210 DJP, co nie będzie opłacalne dla dużych koncernów.
Kolejne etapy zmian były trudniejsze – brakowało wsparcia ekspertów i moderatorów. Zainteresowanie mieszkańców spadało, aż do momentu czwartej zmiany, gdy zaproponowano niewielkie inwestycje inwentarskie. W jednej wsi pojawiło się aż 230 uwag i protesty, oparte na dezinformacji. Krążyło pismo z nieprawdziwymi informacjami o rzekomych 9 chlewniach i zagłębiu świniarskim.
Pomimo starań o otwartość i wyjaśnienia, sytuacja zaostrzyła się.
W konsultacjach i rozmowach potrzebujemy wsparcia – przede wszystkim niezależnych ekspertów, planistów i dobrych moderatorów. Plan jest w trakcie prac.
Konsultacje są potrzebne. Ale żeby były skuteczne, muszą być prowadzone mądrze, systematycznie i z pomocą zewnętrznych partnerów. Kluczem są rozmowy, nawet jeśli są trudne i emocjonalne. Lepiej, żeby te emocje wybrzmiały w otwartej dyskusji, niż miałyby się kumulować. Bo choć wieś się zmienia i mieszkańcy mają różne potrzeby – to tworzymy jedną społeczność.
Referendum a konsultacje
Pojawił się też dylemat: czy same konsultacje wystarczą? Przy tak kontrowersyjnych tematach jak kurniki czy wiatraki pojawiają się głosy, że może potrzebne byłoby referendum. Jak więc ważyć głosy tych, którzy przyszli, wobec tych, którzy nie wzięli udziału?
– Nie jestem zwolenniczką referendów w sprawach budzących silne emocje – powiedziała Magdalena Chustecka. – W takich tematach ludzie często głosują pod wpływem strachu, wyobrażeń czy jednostkowego interesu – a nie rzetelnej wiedzy.
W wielu przypadkach decyzje powinny być poprzedzone dialogiem i analizą potrzeb, a nie sprowadzone do prostej decyzji „tak/nie” w referendum. Zamiast pytać, czy ktoś chce kurnik lub drogę – warto zapytać: czy to rzeczywiście potrzebne, kto zyska, kto straci, jakie są alternatywy? Takie podejście pozwala tworzyć bardziej zrównoważoną wspólnotę i lepsze decyzje.
„Róbcie plany miejscowe, bo będziecie następni” – lokalny opór wobec ferm przemysłowych
– Gdy przyjechałam tu 13 lat temu, było czysto, spokojnie, pięknie. A potem nagle – kurniki, ogromne fermy, brutalne metody hodowli – wspomina Elżbieta Sokołowska, animatorka i działaczka społeczna z Lubelszczyzny. Jak podkreśla, Polska produkuje mięso głównie na eksport – nie dla mieszkańców, ale „dla pieniędzy”.
Elżbieta Sokołowska aktywnie włączyła się w protesty przeciwko przemysłowej hodowli drobiu w swojej okolicy. Najbardziej osobista była dla niej sprawa w gminie Drelów, gdzie – jak mówiła – inwestycja pojawiła się po cichu, bez konsultacji. Mieszkańcy dowiedzieli się, gdy zaczęły rosnąć budynki. – Próbowaliśmy się zmobilizować, ale ludzie zostali skutecznie zastraszeni. Sam protest zakończył się sprawami w sądzie – firma drobiarska pozwała aktywistów. Jedna sprawa została wycofana, w drugiej sąd uniewinnił oskarżoną osobę.
– Metody nacisku są ogromne, już w 2023 roku mówiłam we Włodawie: „Róbcie plany zagospodarowania, bo będziecie następni”. Ale nikt mnie nie słuchał. „U nas to niemożliwe” – słyszałam. No to teraz już widać.
Elżbieta Sokołowska zaangażowała się także w organizowanie spotkań informacyjnych i współpracę z ekspertami. Wskazuje jednak, że bez wsparcia władz lokalnych i jasno określonych planów zagospodarowania przestrzennego, protesty mieszkańców mają ograniczoną skuteczność.
– Trzeba zmienić dwie ustawy: o planowaniu przestrzennym i tę dotyczącą lokalizacji ferm. Obecna tzw. „ustawa odorowa” nie chroni mieszkańców – odległość 100 metrów to fikcja – nie uwzględnia wpływu sąsiednich ferm. Jedna może zużywać więcej wody niż cała gmina.
Tak było w gminie Sosnówka: planowana ferma miała pobierać trzykrotnie więcej wody niż wszyscy mieszkańcy razem. – Nie mamy już skąd brać wody. A Wody Polskie zgadzają się na głębsze odwierty kosztem całej społeczności.
Problem ma też wymiar systemowy.
– Fermy przemysłowe traktowane są jak gospodarstwa rolne – to absurd – czy ktoś ma 20 kur, czy 1,5 miliona, to prawnie nie robi różnicy. A przecież nie płacą nawet podatków, jak firmy przemysłowe.
Możliwe są inne rozwiązania – we Włoszech funkcjonuje ustawa odorowa, która zakłada udział mieszkańców w badaniu uciążliwości zapachowej.
– Było dla mnie zaskoczeniem, że tak poważnie traktuje się tam głos społeczności. Mieszkańcy sami zgłaszają, kiedy i jak bardzo im śmierdzi – a ich dane są podstawą do dalszych decyzji – zwrócił uwagę Krystian Połomski.
– U nas problem został zamieciony pod dywan. Silne lobby nie pozwala na realne regulacje, mówiła Elżbieta Sokołowska. Jej zdaniem sytuacja się nie zmieni, dopóki społeczeństwo nie wywrze skutecznej presji.
– Polska jest dużym eksporterem mięsa drobiowego, ale nikt nie myśli o ludziach. A przecież to oni będą ponosić konsekwencje.
Głosy z debaty w Podedwórzu: między inwestycjami a przyszłością wsi
– Młodzi rolnicy chcą inwestować – w gospodarstwa, maszyny, zarobek. Nie będą siedzieć na wsi tylko dla czystego powietrza – mówił jeden z uczestników. Zwracał uwagę na wysokie koszty utrzymania gospodarstwa i potrzebę godnych zarobków. Jednocześnie podkreślał napięcie, jakie wywołują duże inwestycje zewnętrzne.
– Jak przyjedzie ktoś z zewnątrz i chce budować fermę – to jest krzyk.
Sceptycyzm wobec inwestorów „z Warszawy” powtarzał się kilkukrotnie.
– Gdyby to był nasz rolnik, to co innego – ale obcy niech nie stawia, mówiła jedna z uczestniczek.
W tle pobrzmiewały głosy o braku równości stron.
– Nie mamy szans z ich mecenasami. Sprawy, które wydają się słuszne, są blokowane. Tutaj też chodzi o pieniądze.
Radna z sąsiadującej gminy dzieliła się własnym doświadczeniem.
– Zanim zostałam radną, nie wychylałam głowy poza własne podwórko. […] Teraz czuję się trochę jak w gnieździe szerszeni — jestem jedną z nielicznych osób, które zabierają głos. Podkreślała, że inwestycje, które mają dawać zysk gminie, często są tak konstruowane, by realne korzyści trafiały do zarejestrowanych gdzie indziej firm.
– Nie mamy żadnej gwarancji miejsc pracy, mówiła I dodawała – wykupcie jedną wieś, zróbcie tam strefę przemysłową, jeśli trzeba. Ale pozwólcie innym normalnie żyć.
Na zakończenie Krystian Połomski podkreślił znaczenie takich rozmów.
– To ważny głos — bo takich gmin jak Podedwórze jest w Polsce wiele. Ludzie zadają sobie pytanie: co dalej z tą wsią?
– To, co dobre, rzadko bywa pamiętane, ale zostaje – skwitowała Magdalena Chustecka.
***
Chcecie, żeby taka debata odbyła się też u Was – napiszcie na adres redakcja@fww.pl.
„Od pałaców po kurniki” – rozdział V opowiada o Podedwórzu.