Sołtysi – strażnicy bezpieczeństwa. Kiedy usłyszy ich państwo?

SOŁTYSIzaja

Nikt nie zareaguje szybciej na zerwany dach po wichurze, nagłe podtopienia czy przemarsz przestraszonych uchodźców niż społeczność lokalna. W obliczu zagrożeń decydujące są pierwsze minuty i godziny. A to właśnie sołtysi – liderzy tych społeczności – są najbliżej ludzi, najlepiej znają swój teren i mogą działać natychmiast.

Mimo swojej roli, sołtysi w Polsce wciąż nie są formalnie włączeni do systemu zarządzania kryzysowego. Nie mają dostępu do dedykowanych kanałów komunikacyjnych, nie są obejmowani szkoleniami z zakresu reagowania kryzysowego, nie dysponują sprzętem, a nierzadko brakuje im nawet podstawowej wiedzy na temat procedur ratunkowych.

A przecież to sołtyski i sołtysi, zanim oficjalna pomoc zdąży zareagować, organizują wsparcie, gromadzą ludzi, kierują ruchem, udzielają pierwszej pomocy, szukają zaginionych, czy ochraniają mienie mieszkańców.

Gdy zagrożenie staje się realne, sołtysi są właściwie zostawieni samym sobie. Zamiast narzędzi do działania – otrzymują terminal do opłat. Zamiast listy alarmowych numerów – wiedzą, że w razie czego muszą sami „wydzwaniać na 112” i cierpliwie tłumaczyć, kim są i co się dzieje. Nie mają szkoleń, nie mają sprzętu, nie wiedzą, na kogo mogą liczyć.

Właśnie o tę zmianę walczą dziś Ewelina Cander i Monika Siemion – dwie sołtyski, które postawiły wszystko na jedną kartę.

Z ich inicjatywy powstała petycja skierowana do Ministra Obrony Narodowej oraz Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji, której celem jest formalne włączenie sołtysów do krajowego systemu zarządzania kryzysowego. Poniżej prezentujemy ich wypowiedzi – pełne emocji i troski o wspólnotę.

 

Ewelina Cander – Sołtyska wsi Terenin, gmina Pabianice.

– To nie jest petycja przeciwko komukolwiek – ani wójtom, ani burmistrzom. My nie chcemy z nimi walczyć. Wręcz przeciwnie – chcemy ich odciążyć. Bo prawda jest taka, że w sytuacji kryzysowej mieszkańcy przychodzą najpierw do nas, nie do urzędów. A my… nie mamy nic. Żadnych narzędzi, procedur, sprzętu, kanałów komunikacji. Nawet nie wiemy, kogo powiadomić w pierwszej kolejności. Terminal do opłat mam, ale białej księgi z numerami alarmowymi – już nie – mówi Pani Ewelina.


Akcja pomocowa po powodzi na Dolnym Śląsku.

Podkreśla, że sołtysi mają potencjał, by być częścią systemu bezpieczeństwa:

– Znam swoją społeczność. Wiem, gdzie mieszka lekarz, strażak, kto ma agregat, kto ma busa i może ewakuować ludzi. Ale dziś nie wiemy, jak to wykorzystać, jak to zorganizować. Potrzebne nam są szkolenia i sprzęt. Małe rzeczy, jak krótkofalówki, agregaty czy defibrylatory – dziś to luksus we wsi.

– Nieraz marzę, żebyśmy w każdej wsi mogli stworzyć taki mały sztab reagowania. Docierają do mnie wieści o gminach, które inwestują w łączność satelitarną czy kupują sprzęt awaryjny z własnego budżetu. Ale w skali kraju… to wciąż przypadki, a system nie istnieje. Chcemy to zmienić – podkreśla.

– Póki co, działamy we własnym zakresie. We wrześniu zaczynamy czteroczęściowe spotkanie – kurs dla mieszkańców z pierwszej pomocy. W ustawie o obronie cywilnej jest zapis, że mieszkańcy mają się przygotować na 72 godziny sytuacji kryzysowej. Pojawia się pytanie – jak się mają przygotować? Samorządy tego nie wiedzą. Ludzie chcą się szkolić, więc zaczniemy od szkolenia z pierwszej pomocy. Mamy też w okolicy zaprzyjaźnione ochotnicze pogotowie ratunkowe i właśnie przygotowujemy czeklistę z zagadnieniami, które chcielibyśmy poznać podczas szkoleń. Będziemy też kupować drugi agregat na wieś, aby móc działać w sytuacji kryzysowej. Jesteśmy z tym sami i tak naprawdę to jest takie błądzenie po ciemku.

 

Doświadczenia Moniki Siemion, Sołtyski wsi Krakule.

Monika Siemion dołączyła do inicjatywy po fali klęsk żywiołowych i braku jakiejkolwiek koordynacji na Dolnym Śląsku.

– Rozmawiałyśmy z sołtysami z Dolnego Śląska, którzy byli na miejscu, pomagali ludziom, gotowali dla wojska, szukali jedzenia – a państwowy system nie działał. Gdyby nie prywatni ludzie, nie byłoby tam niczego! Dlatego bardzo jest potrzebne włączenie sołtysów – czyli najniższego szczebla administracji samorządowej do centralnego systemu reagowania na sytuacje kryzysowe. Sołtysi są niezbędnym ogniwem, aby skutecznie docierać do mieszkańców. Czasami wystarczy prosty komunikat, aby uniknąć chaosu. Sołtysi nie wiedzą np. jak monitorować sytuację hydrologiczną. Ja zapisałam się na grupę gdzie publikowane są powiadomienia o zagrożeniach, ale nowi sołtysi – tym bardziej, że po wyborach samorządowych przybyło ich wielu, nie mają pojęcia, w którym kierunku mają ruszyć. Ta akcja jest po to, aby włączyć nas w system.


Akcja pomocowa po powodzi na Dolnym Śląsku.

Sołtyska przywołuje scenę z własnej wsi.
– Mojej sąsiadce spłonęła drewniana wiata. Dookoła same drewniane domy, pożar mógł się rozprzestrzenić w sekundę. Na szczęście kilka godzin wcześniej spadł deszcz, więc pożar szybko się nie rozniósł po okolicy. A hydranty…?  Hydranty nie działały. Wraz z radą sołecką pisałam wnioski o kontrolę hydrantów, od czego urzędnicy gminy przez ponad dwa lata się uchylali tłumacząc, że to zadanie supraskiego KZB ( jednostki urzędu gminy). Po dwóch latach pisania otrzymałam raport przeglądu hydrantów mówiący, że wszystko jest sprawne i działa. Raport w pliku Word, edytowalny i przez nikogo nie podpisany. Miesiąc później na sesji rady gminy okazało się, że radni głosują nad włączeniem w tegorocznym budżecie wydatków na naprawę hydrantów w Karakulach. O stanie faktycznym zatem żadnych potwierdzonych informacji nadal nie posiadam.

Sołtyska wskazuje też na problem braku systemowego podejścia.

– Pani Weronika, sołtyska z Dolnego Śląska opowiadała mi o tym, jak przydzielano worki do budowy wałów przeciwpowodziowych. Dostawy worków z piaskiem? Do wszystkich wiosek po równo – niezależnie, czy są nad rzeką, czy 5 kilometrów dalej. Brakuje inwentaryzacji zagrożeń. Każde sołectwo powinno mieć analizę – czy jest przy rzece, przy zakładzie chemicznym, lesie. Tylko wtedy można tworzyć sensowne procedury! W każdym sołectwie powinno się zrobić taka burzę mózgów i to ustalić.

– Uważam, że to jest odpowiedni moment, aby intensywniej działać w tej sprawie. Chociażby dlatego, że powtarzające się pożary w wielu miejscowościach pokazują, iż ludzie sami, oddolnie organizują pomoc znacznie szybciej, niż podejmowane są działania na szczeblu centralnym. Na dziś jest pomoc sąsiedzka, społeczna i międzyludzka. To jest temat rzeka. Mam nadzieję, że rzeka, która nie wyleje – kwituje Monika Siemion.

Obie sołtyski mówią szczerze o jednym – chcą być realnym wsparciem, nie hamulcem. Chcą, żeby władza doceniła ich rolę i potencjał. Po tym poznaje się zdrową społeczność. Nie po ilości raportów na biurku, tylko po tym, czy w krytycznym momencie ludzie mogą liczyć na sołtysa, a sołtys – na państwo.

Czy ich petycja przyniesie efekt? Nikt dziś tego nie wie. Ale jedno jest pewne – bez zmian na dole żadna ustawa nie ochroni ludzi przed tym, co nieprzewidywalne. To nastąpi, albo – jak do tej pory – znów sołtys zostanie sam.

Tekst powstał na podstawie rozmów z Eweliną Cander i Moniką Siemion, sołtyskami walczącymi o włączenie lokalnych liderów do krajowego systemu zarządzania kryzysowego. Jeśli chcesz się przyłączyć, podpisz petycję i udostępnij ją dalej.

 

***

„Anioł nie z nieba” Marka Krakowiaka jest hołdem i podziękowaniem dla darczyńców, służb mundurowych, ludzi dobrej woli, którzy bezinteresownie niosą pomoc chorym, opuszczonym, poszkodowanym. Utwór mówi o nadziei i mocy wielkich serc. Bo to Ci, najczęściej „bezimienni”, z narażeniem często swojego zdrowia i mienia w trudnych chwilach, stają się dla potrzebujących „Aniołami”.

Facebook
Twitter
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!