„Na początku wszyscy chętnie pomagali, a teraz brakuje już tej pomocy”. Rozmowa z Martyną Okarską

HUA

Pani Martyna pomaga ukraińskim dzieciom i ich rodzinom. Swój dom w Opolu zostawiła uchodźcom. Sama mieszka już od 9 miesięcy wraz z setką osób, które musiały uciekać przed wojną z Ukrainy, w Ośrodku szkoleniowo-wypoczynkowym w Suchym Borze.

Były partner pani Martyny pojechał walczyć na wojnie. Pani Martyna początkowo organizowała wysyłkę lekarstw na Ukrainę, a gdy pojawili się pierwsi uchodźcy, zajęła się organizacją ich transportu do Polski.

– Tam trwa wojna. Ludzie nie mogli się stamtąd wydostać. Trzeba było zorganizować dla nich transport do Polski, to było pierwsze, czym się zajęłam – mówi pani Martyna.

– Teraz dostajemy dofinansowanie na ich utrzymanie. Przez początkowe trzy miesiące takiej pomocy nie było. Sami musieliśmy zorganizować zaplecze, zbierając rzeczy po znajomych, żeby tym ludziom pomóc. Dzwoniłam po różnych firmach o wsparcie, szukałam sponsorów, bo na własną rękę nie utrzymam 120 osób. W tej chwili jest ich 85. Część z nich już wyjechała – wspomina pani Martyna.


Martyna Okarska.

Piotr Subotkiewicz, Witryna Wiejska: Jakie są koszty utrzymania tych ludzi?

Martyna Okarska: Koszty są bardzo wysokie, są wręcz przerażające. Przy tej ilości osób za sam prąd płacimy po 30 tysięcy. Żeby utrzymać ten ośrodek i wyżywić ludzi, cały czas jest potrzebna pomoc.

Uciekinierzy, którzy tu trafiają, na ogół pozbawieni są wszelkiej własności, wszelkich rzeczy. Przybywają tu dosłownie z jedną torbą. Ci ludzie musieli pozostawić cały swój dobytek i przyjechać tutaj bez niczego. Trzeba było ich ubrać, zakwaterować i codziennie nakarmić.

Mam bardzo fajną ekipę, z którą pracuję. Robimy dyżury w kuchni, na korytarzach. Każdy każdemu tutaj pomaga. Ja przebywam tutaj na okrągło, bo cały czas jest taka potrzeba. Często coś się dzieje.

Załatwiłam sponsora – firmę Nutricia, która nam dużo pomaga, przekazując produkty dla dzieci. Mamy też zaprzyjaźnioną aptekę, od której czasami dostajemy lekarstwa za darmo.

Dobrze, że macie takich sprzymierzeńców.

Nie wszyscy są tacy. Jest też dużo jadu w ludziach. Ostatnio spotkałam się tu z panią, która pytała, dlaczego im się należy 500+. Zapytałam jej, czy siebie sama słyszy. Przecież ci ludzie stracili wszystko, często nie mają do czego wracać. Nie mają domów, nie mają nic. Miejmy nadzieję, że my nigdy nie będziemy w takiej sytuacji.

Na szczęście są też tacy empatyczni ludzie, jak pani , którzy potrafią poczuć to, co czuje drugi człowiek.

Bo to są tacy sami ludzie jak my, niczym się od nas nie różnią. Wszyscy już się znamy dziewięć miesięcy. W tej chwili już nie ma dużej rotacji. Wcześniej było trochę inaczej. Część osób wyjechała na Ukrainę, wróciła do swoich domów, a na ich miejsce przyjechali nowi. Inni jechali dalej, na przykład do Kanady. Zrobili sobie u nas przystanek, posiedzieli miesiąc i jechali dalej.

Jakie jest nastawienie mieszkańców do istnienia takiego ośrodka i do ludzi tam przebywających?

W Suchym Borze mamy fajną społeczność. Ludzie sami przychodzą i proponują pomoc lub oferują jakieś drobne prace dla matek, które przebywają u nas z dziećmi. Ludzie bardzo życzliwie podchodzą do uciekinierów i do naszej działalności.

Jak znoszą tę całą sytuację dzieci w ośrodku?

Na początku było bardzo trudno. Szukaliśmy pomocy psychologicznej dla większości dzieci i dorosłych. Ciężko im było oswoić się z nową sytuacją. Trzeba pamiętać, że ci ludzie wszystko stracili. Później dzieci musiały iść do szkoły i były problemy z językiem polskim. Ale po tych 9 miesiącach już jest dużo lepiej. Dzieci normalnie uczęszczają do szkoły wraz z polskimi dziećmi. W ośrodku stworzyliśmy dla nich salę zabaw, gdzie się ze sobą spotykają, mogą się razem bawić, nie są pozamykane w pokojach.

Mamy wolontariuszkę, która się do nas zgłosiła i co środę prowadzi zajęcia plastyczne dla dzieci. Za chwilę zaczynają się warsztaty świąteczne. Będziemy robić bombki i ozdoby na choinkę. Co piątek będzie przychodziła pani terapeutka psycholog do dzieci, bo mamy też tutaj trudną młodzież. Tak samo jak u nas w Polsce, dzieci w pewnym wieku się buntują, podobnie jest w ośrodku. Właśnie dla takiej trudniejszej młodzieży musieliśmy zorganizować pomoc wychowawczą.

Czy widzi Pani zmianę w ilości pomocy, którą dostajecie między początkowym okresem wojny a chwilą obecną?

 Na początku wszyscy chętnie pomagali a teraz brakuje już tej pomocy, a jest ona nadal potrzebna.

Jaka pomoc jest w tej chwili najbardziej potrzebna?

Dzieci mają już ubrania, bo zwróciłam się do Caritasu, który nam je zapewnił, więc nie potrzebujemy odzieży. Właściwie jesteśmy – można powiedzieć – nią zasypani. Mamy dużo zbędnej odzieży, którą musimy teraz pakować i przekazywać dalej. Może komuś się przyda. Czasami mam wrażenie, że ludzie robią porządki w domu i wysyłają to, co im jest już niepotrzebne. Przesyłają też wiele rzeczy, które nie nadają się w ogóle do użytku. To nie pomaga, a nawet generuje dodatkowe koszty, bo musieliśmy zakupić kontener, żeby to wywieźć.

Wszyscy mają tu zapewnione wyżywienie. Codziennie jeździmy do hurtowni i robimy zakupy. Mamy panią kucharkę z Ukrainy, która codziennie gotuje obiady.

Najbardziej potrzebne są rzeczy dla małych dzieci, dla maluszków: pampersy, odżywki, przeciery, płyny do mycia, szampony i inne środki higieniczne. Najmłodsze dziecko w ośrodku ma zaledwie 3 miesiące.

Teraz organizujemy Mikołajki, więc jakieś słodycze by się przydały dla dzieciaków. Nadchodzą święta, więc również jakieś prezenty.

***

Rzeczy dla dzieci można wysyłać na adres ośrodka:

Ośrodek wypoczynkowo-szkoleniowy Suchy Bór
Pawlety 26, 46-053 Suchy Bór

Facebook
Twitter
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Najnowsze wydarzenia

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!