Sołecki „lans” bardzo pożądany!

277822137_504603017816153_884433288055075932_nzajawka345zz45

Sołtysem zostaje się zwykle w wyniku czyjejś namowy, to niemal zawsze reakcja na społeczne zapotrzebowanie. Zdradzający predyspozycje do pełnienia tej funkcji kandydat jest przez kogoś proponowany, a potem wystawiany w wyborach. Izabela Brachaczek, sołtyska Kończyc Małych na Śląsku Cieszyńskim, poszła zupełnie inną drogą. Postawiła na autokreację.

Przemysław Chrzanowski, Witryna Wiejska: Jak doszło do tego, że postanowiła pani zostać sołtyską swojej miejscowości?

Izabela Brachaczek: – Żeby dobrze to wyjaśnić, muszę się cofnąć do roku 2018 i wyborów samorządowych. Angażowałam się w ruch obywatelski, propagowałam postawy demokratyczne. Startowałam wówczas do rady powiatu, ale nie miałam szans, by się do niej dostać, ponieważ tylko „jedynka” z konkretnej listy miała możliwość uzyskania mandatu. Ta świadomość nie przeszkodziła mi jednak w zorganizowaniu kampanii wyborczej, w której starałam się dotrzeć do wszystkich mieszkańców mojego okręgu. Zrobiłam 5 tys. ulotek, w ich dystrybuowaniu pomagali mi moi przyjaciele.  Sama ruszyłam z nimi do każdego domu w mojej miejscowości. I wówczas zrobiło mi się strasznie smutno…

W 2007 roku pisałam pracę magisterską „Edukacja regionalna środowiska Kończyc Małych”, przeprowadzałam wówczas ankiety wśród mieszkańców, z których wynikało, że są oni bardzo zadowoleni z jakości życia w naszej wsi. Po 11 latach zobaczyłam, że wszystko jakby zastygło, że od czasu moich badań ta śląska miejscowość została w tyle za ościennymi wioskami. Niby był kort tenisowy, ale już bardzo zniszczony, plac zabaw też mocno wyeksploatowany, chodników brak, na ulicach niebezpiecznie. Pojawiły się sugestie, że przydałby się nowy sołtys, bo pani piastująca tę funkcję ma już 32-letni staż. Z takimi obserwacjami poszłam do wspomnianych wyborów, zdobyłam wówczas 472 głosy, zdecydowanie więcej niż pan dyrektor szkoły z sąsiedniej miejscowości, który ostatecznie wszedł do rady, ponieważ był wyżej rozstawiony na liście. Niemniej było to dla mnie ogromnie ważne doświadczenie.

Doświadczenie, które zapewne skłoniło panią do  podjęcia decyzji o starcie w wyborach sołeckich.

– Dokładnie tak. Postanowiłam pójść za ciosem i zadzwoniłam do koleżanki, która w tych samych wyborach samorządowych startowała z powodzeniem na stanowisko wójta.  Pytanie miałam jedno: kiedy są najbliższe wybory sołeckie? Po wspomnianych rozmowach z mieszkańcami stwierdziłam, że chciałabym coś zmienić w miejscowości, w której się wychowałam, dorastałam i żyję do dziś. O swojej decyzji poinformowałam najbliższych oraz znajomych. Nie miałam żadnych oporów, ani wstydu. Pewności co do słuszności mojego pomysłu dodawało mi te prawie pół tysiąca głosów z wyborów do rady powiatu.

Nie czekała pani na to, że ktoś jednak zrobi pierwszy krok i zaproponuje kandydowanie? Z reguły zbytnia pewność siebie nie popłaca.

– Wzięłam sprawy w swoje ręce. Postanowiłam, że zrobimy karteczki z informacją o zebraniu wiejskim, podczas którego odbędą się wybory na sołtysa. Załącznikiem do tego był komunikat, że kandydować będę ja.  Nieco wcześniej powstał profil na FB „Nasze Kończyce Małe – społeczność”, dzięki niemu miałam pełen obraz potrzeb i oczekiwań mieszkańców. To z kolei pozwoliło na stworzenie programu, który mogłam zaprezentować podczas wyborczego zebrania. Przyszła na nie rekordowa liczba mieszkańców. W sąsiedniej miejscowości o podobnej wielkości  sołtysa wybierało około 70 osób, u nas było ich ponad 300. Personalne, dedykowane zaproszenia zrobiły swoje.

Czy miała pani kontrkandydatów?

– Było dwoje kandydatów, którzy ostatecznie otrzymali łącznie o połowę głosów mniej ode mnie. Do wyborów zdecydowała się nie podchodzić dotychczasowa pani sołtys. Zrezygnowała na 10 dni przed zebraniem wiejskim. Zapewne wielu mieszkańców przyszło z „gotową” decyzją, ale byli i tacy, których trzeba było przekonać. Bardzo dobrym, szczęśliwym dla mnie rozwiązaniem okazało się 10-minutowe wystąpienie, w którym mogłam opowiedzieć ludziom jakie mam plany co do naszej miejscowości. Mogli mnie zobaczyć, usłyszeć, przekonać się, że mam czyste intencje. To mi bardzo pomogło.

Czy pomogło pani również pochodzenie? Była pani „stąd” i znała wszystkich.

– U nas na Śląsku Cieszyńskim nikogo z zewnątrz się nie dopuszcza. To taka niepisana reguła, że sołtys musi być swój. A że to ważne, przekonałam się na własnym przykładzie, kiedy konkurencyjny obóz chciał podważyć fakt mojego zamieszkania w Kończycach. Argumentowano, że ja dopiero od 7 lat tu żyję i dlatego nie godzi się, bym startowała w wyborach. Tymczasem ja po prostu wybudowałam dom w innej części wsi i w międzyczasie się do niego przeprowadziłam. Dla niezorientowanych stałam się osobą napływową. Zatem zaufanie tutejszych mieszkańców zdobyć może tylko ktoś, kto żyje we wsi z dziada pradziada. To u nas bezdyskusyjne.

Pierwszy cel został osiągnięty, została pani sołtyską. Jakie były kolejne wyzwania?

– Byłam od początku zorientowana, że sołtys niewiele może zrobić bez środków finansowych, a losy funduszu sołeckiego bywają różne. Dlatego ważnym posunięciem było utworzenie Stowarzyszenia Miłośników Kończyc Małych, dzięki któremu można było zacząć ubiegać się o pieniądze z zewnątrz. Działania inwestycyjne rady sołeckiej oraz stowarzyszenia  z reguły łączą się, pokrywają, i uzupełniają. Chciałabym zaznaczyć, że są to odrębne ekipy. Dla czystości relacji nie brałam pod uwagę tego, by być sołtyską i jednocześnie kierować stowarzyszeniem.  Są inne osoby, które robią to doskonale.

A co z poprawą jakości życia w Kończycach Małych?

– Wymarzyłam sobie, by połączyć to co tradycyjne z nowoczesnością. Z jednej strony dbamy o swoją historię oraz lokalny folklor, z drugiej pragniemy żyć jak w mieście.  Postawiliśmy na rekreację, małą architekturę wypoczynkową, zadbaliśmy o porządek, zamontowaliśmy m.in. psie stacje. Te ostatnie na początku wzbudzały kontrowersje, a teraz mieszkańcy dopytują, kiedy dostawimy kolejne. Ponadto staliśmy się społecznością bardzo aktywną, realizujemy wiele projektów, działamy na rzecz potrzebujących . W ostatnich tygodniach dajemy z siebie wszystko, by pomagać uchodźcom z Ukrainy.

Jakimi cechami winien charakteryzować się dobry kandydat na sołtysa?

– Po pierwsze nie może się bać, ani wstydzić. Wielu ludzi chciałoby być sołtysami, ale wątpią w swoją możliwość przebicia. Liczą na to, że ktoś ich „popchnie”, albo poprosi. I tu zwykle przychodzi rozczarowanie, dlatego powtarzam: trzeba postawić na siebie samego, odważyć się, pokonać lęki i uwierzyć w swoją wartość.  Nie przyjmować się hejtem, bo napastliwość ludzka czasem nie zna granic i w kilka miesięcy może odebrać nam chęć do działania. Z drugiej strony trzeba być wyrozumiałym i wiedzieć, że ludzie mogą myśleć inaczej niż my.

A wracając do kwestii autokreacji uważam, że „lans” jest dziś wyższą koniecznością. Kompletnie nie dociera do mnie wyborczy frazes „Mniej słów, więcej czynów”. Oponenci właściwie na tym kończą, niewiele mówią, bo niewiele mają do zaoferowania. Bezcennym narzędziem jest tutaj internet i media społecznościowe. Dzisiaj pisałam post o kiermaszu świątecznym, który robimy w niedzielę. Starałam się, aby był dopracowany pod każdym względem, bo mam świadomość, że dotrze on do co najmniej 10 tys. odbiorców.

Wiem, że dzięki temu oprócz 20 wystawców na imprezie będą także klienci, którzy zwyczajnie dadzą tym wszystkim wytwórcom zarobić. Brak promocji to dzisiaj wyrok dla takiego przedsięwzięcia. A my nie chcemy robić kiermaszu tylko po to, by się odbył. O użyteczności moich aktywności w internecie przekonuję się zresztą każdego dnia. Kiedy napisałam na swoim profilu o zbiórce pampersów dla maluchów z Ukrainy, w 24 godziny zareagowała masa ludzi, którzy stanęli w moich progach obładowani pieluchami. To jest budujące.

***

Warto zajrzeć:

https://www.facebook.com/search/top/?q=nasze%20ko%C5%84czyce%20ma%C5%82e%20-%20spo%C5%82eczno%C5%9B%C4%87

https://www.facebook.com/izaelabrachaczek

 

 

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!