Miś z okienka. O efektach nauczania hybrydowego

WW - obrazek wyróżniający(130)

Ponad 70 lat temu TVP rozpoczęła emisję programu ‘Miś z okienka”. W programie Bronisław Pawlik (zastąpiony później przez innego aktora) omawiał z misiem różne tematy zaczerpnięte z książek. Program był skierowany do dzieci w wieku szkolnym.

Aktor wchodził w zabawną, momentami nostalgiczną interakcję z pluszakiem, a dzieci śledziły ich rozmowy przed ekranem w domu.  Przywołuję ten program emitowany przez ponad 15 lat, po to, żeby zobrazować naukę on-line, (zdalną), która została wprowadzona w polskich szkołach z początkiem pandemii (wiosna 2019). Nauczyciel nadawał do uczniów z okienka, czyli z własnego komputera. Uczniowie, ukryci za monitorami, brali udział w lekcji. Raczej w mniejszym, niż większym stopniu, co pokazały badania. Nauczyciel- nadawca, podobnie jak aktor, Bronisław Pawlik, nie widział uczniów-widzów, którzy standardowo wyłączali kamery. Jaka różnica? Taka, że Pan Pawlik miał przynajmniej jednego misia, z którym mógł dialogować, ‘na żywo’.

W artykule przedstawię sytuację nauki hybrydowej (tryb mieszany, pół zdalny), będącej odpowiedzią Ministerstwa Edukacji i Nauki (MEiN) na niedole trybu zdalnego. Niestety sytuacja wiele się nie poprawiła. Nauczyciel z okienka nadal dociera do bardzo niewielu misiów.

Diagnoza sytuacji

Początek pandemii to przejście na naukę on-line, czyli na tryb: uczniowie w domach, nauczyciele w domu (lub w szkole) obie strony z komputerami. Chaos jaki zapanował w edukacji jest już powszechnie opisany.

Z jednej strony niedostatki techniczne – brak odpowiedniego sprzętu i dobrych łącz internetowych, a z drugiej nieumiejętność pracy na odległość (po obu stronach – uczniów i nauczycieli).

Ten stan trwał z przerwami cały kolejny rok szkolny 2019/2020 i dziś wiemy, że jego skutki są fatalne. Uczniowie słabo przyswajają wiedzę w trybie zdalnym, nie utrwalają jej, nie przygotowują się skutecznie do egzaminów. Nie uczą się praktycznych umiejętności. Długotrwałe przebywanie przed ekranem źle wpływa na ich zdrowie fizyczne. Równie fatalne skutki ma nauka on-line dla budowania relacji rówieśniczych i dla zdrowia psychicznego uczniów. Przedłużający się pobyt w izolacji doprowadził do wielu  depresji wśród dzieci i młodzieży.

W odpowiedzi na wielopiętrowe problemy z edukacją zdalną ustawodawca (MEiN) pod koniec roku szkolnego 2019/2020 zapowiedział wprowadzenie nowego – mieszanego trybu nauki. Jego celem jest izolowanie grupy (lub jednostki – w przypadku nauczyciela), w której doszło do kontaktu z wirusem oraz zachowanie, przynajmniej w części, nauczania stacjonarnego, jako korzystniejszego z punktu widzenia skuteczności nauczania, oraz po prostu zdrowszego.

Mieszany czyli jaki?

Nauczanie hybrydowe (tryb mieszany, pół zdalny) polega na tym, że uczniowie mają część zajęć z nauczycielem, a częściowo pracują samodzielnie korzystając z materiałów elektronicznych. Np. danego dnia do szkoły przychodzi jedna połowa klasy, a kolejnego – druga.

Kiedy uczniowie są w domach to albo uczestniczą w lekcjach w trybie zdalnym, albo pracują samodzielnie na podstawie materiałów przesłanych przez nauczyciela.

Nauczyciel, będąc w klasie lub w domu transmituje lekcję dla uczniów, którzy są na zdalnym albo prosi ich o obejrzenie gotowej lekcji z internetu.

Nauka hybrydowa może mieć też inną formułę: wszyscy uczniowie przychodzą do szkoły, ale są podzieleni na stałe grupy 5- lub 10-osobowe. Każda grupa pracuje samodzielnie w różnych miejscach w szkole, okresowo uczestnicząc w zajęciach z nauczycielem, według planu lub w razie potrzeby. Wiele wariacji do wyboru, można się zgubić.

Z tego morza możliwości wniknęła oczywiście masa pytań. Przede wszystkim: kto ma decydować i na jakiej podstawie o wprowadzeniu trybu hybrydowego w szkole. Jak on ma wyglądać w zależności od sytuacji epidemicznej? Jakich narzędzi użyć do realizacji interaktywnego nauczania, skoro dotychczasowe słabo zdały egzamin?

Odpowiedź MEiN jest zaskakująco prosta – o wszystkim decyduje dyrekcja szkoły.

Krok 1. Zakażenie w szkole – trzeba zgłosić do Sanepidu (zachowując poufność danych).

Krok 2. Jeśli ma pozytywną opinię Sanepidu, zgłasza decyzję do organu prowadzącego szkołę (samorząd).

Krok 3 – rozpoczyna tryb hybrydowy.

Proste? Proste.

Niestety – to tylko teoria. Dyrekcja wiedząc o zakażeniu danego ucznia – NIE ma danych, którzy uczniowie w klasie są zaszczepieni, a którzy nie. Takie dane ma Sanepid. De facto dyrekcja nie wie, jak ułożyć grupy, tak żeby było rozsądnie dla pracy. Na decyzję Sanepidu musi poczekać kilka dni. Na wszelki wypadek więc, wysyła na zdalne wszystkich uczniów.

Decyzja Sanepidu i organu prowadzącego przychodzi po kilku dniach. Wtedy dyrektor na podstawie ilości uczniów, którzy są w izolacji głowi się, jak podzielić resztę na grupy, w zależności od liczby posiadanych pomieszczeń i dostępnych nauczycieli w szkole. Jak już to wymyśli, to okazuje się, że do końca izolacji uczniów zakażonych pozostało już tylko 2,3 dni.

Jeśli cud się zdarzy i decyzja obu organów jest szybciej – wtedy dyrekcja ma szanse zorganizować hybrydę na dłużej, pod warunkiem, że nie dochodzą nowe ogniska zakażeń. Jeśli się pojawią, dyrekcja musi przejść procedurę Sanepid-organ prowadzący po raz kolejny z kolejnymi klasami, po czym przemeblować sale, grupy, nauczycieli tak, żeby dopasować wszystko do nowego rozkładu puzzli.

Kukułcze jajo

Jak pisał Jarosław Pytlak, niezwykle aktywny dyrektor Zespołu szkół STO na warszawskim Bemowie i wydawca kwartalnika Wokół Szkoły, animator oświaty – dyrekcja szkoły miotana zmianami przyjmie każdą kolejną, bo przecież jakoś musi się to wszystko toczyć. W trosce o dobro obu zniechęconych grup – uczniów i nauczycieli.

Dyrekcja wejdzie w skomplikowane układanie grup, dyskusję ze zniechęconymi rodzicami, bo chce, żeby było dobrze. Chce dobrze przygotować uczniów, których w perspektywie wiosny czekają egzaminy (maturalne lub egzamin ósmoklasisty).

Nie chce mieć połowy grona pedagogicznego na L4 (powszechna praktyka w dobie pandemicznych zmian) i uczniów w depresji. Dlatego główkuje, jak optymalnie pogrupować okrojone klasy w szkole, jak zabezpieczyć sprzęt, jak usprawnić tę naukę, żeby przeprowadzić uczniów z minimalnymi stratami przez kolejny, dziurawy rok szkolny.

A według prawników – dyrektorzy niekoniecznie musieliby brać tę odpowiedzialność. Decyzja o trybie została bowiem wprowadzona przez rozporządzenie MEiN, a nie ustawą. To w opinii prawników nie nadaje jej charakteru obowiązującego.

Prawnicy zwracają uwagę, że zgodnie z konstytucja RP takie zmiany powinny być wprowadzane trybem ustawy, a nie rozporządzenia, inaczej są niekonstytucyjne.

MEiN przyjęło bardzo wygodną strategię przerzucenia odpowiedzialności za decyzję o trybie nauczania w całości na dyrekcję.

Trzeba niestety wspomnieć o jeszcze dwóch aspektach tworzenia prawa oświatowego w Polsce, które potwierdza tezę o przerzucaniu odpowiedzialności tam, gdzie jest to dla MEiN wygodne.

W obszarach, w których Ministerstwo chce mieć 100% kontroli- wprowadza zmiany w trybie ustawy. Świadczą o tym dwa, niezwykle niepokojące projekty ustawy, zgłoszone przez MEiN w Sejmie w ubiegłym roku.

Pierwsza to szeroko komentowane Lex Czarnek, projekt, który zwiększa nadzór kuratorium nad szkołą i ogranicza rolę organów prowadzących, czyli samorządu terytorialnego.

Drugi, słabiej znany projekt – Lex Wójcik – zmiany dotyczące większej odpowiedzialności karnej dyrektorów jednostek zajmujących się małoletnimi za zachowanie na szkodę małoletniego.

Jest to naprawdę kuriozalny projekt, gdyż obejmuje mgliste „zaniedbania o charakterze administracyjnym”, za co grozi dyrektorom do 5 lat pozbawienia wolności.

Pierwszy projekt, przeszedł już ścieżkę ustawodawczą w Sejmie i w Senacie; czeka na decyzję Prezydenta RP, drugi jest obecnie na etapie prac w sejmowej Komisji, jeszcze przed pierwszym czytaniem (stan na 28.02.2022).

Hybryda – jak działa w praktyce ?

Zostawmy niedole administracyjne i ustawodawcze dyrekcjom i wróćmy do skuteczności trybu hybrydowego. Być może, niezależnie od zamieszania decyzyjnego, hybryda spełnia swoje cele i jest w praktyce lepsza zarówno dla dobrostanu psychicznego uczniów, jak i dla samej skuteczności nauczania? Przyjrzyjmy się.

Nauczyciel w szpagacie

Nauczanie hybrydowe miało w zamyśle opierać się o korekty tego, co nie funkcjonowało w nauczaniu on-line od strony technicznej. Wprowadzając hybrydę MEiN deklarowało lepsze oprzyrządowanie nauczyciela – kamery wyższej jakości, silniejsze głośniki i mikrofony poustawiane w całej klasie, dobre oświetlenie – nakłady na to miały przeznaczyć organy prowadzące szkoły.

Ponadto, wskazywano również na fakt, że nauczyciele w trakcie etapu nauki on-line posiedli umiejętności pracy za pomocą różnych narzędzi, platform, które ułatwiają interakcję z uczniem, organizują pracę w grupach i wprowadzają nowoczesne, naturalne dla uczniów obcujących ze smartfonami, sposoby komunikacji.

W tym argumencie jest sporo racji. Nauczyciele w pierwszym roku pandemii, chcąc lub nie chcąc, przeszli w przyspieszonym tempie kursy ICT i poznali platformy i masę technologicznych narzędzi ułatwiających pracę zdalną.1

Znajomość technologii to tylko pierwszy krok do skutecznego prowadzenia nauki hybrydowej.

Druga płaszczyzna wymaga jakiejś kombinacji umiejętności konferansjerskich połączonych z akrobatycznymi, czy aktorskimi.

Wyobraźmy sobie nauczyciela w klasie, dobrze oprzyrządowanego, w solidnym świetle profesjonalnych lamp. Jego zadaniem jest zaangażować połowę klasy obecną na lekcji stacjonarnie do nauki – metodami pracy bezpośredniej. W tym samym czasie za pomocą nowych technologii ma zaangażować tych, którzy są na izolacji w domu. Czyli mówi do 15 osób na sali, a jednocześnie do 15 osób na zdalnym.

Angażuje obecnych w klasie, a jednocześnie monitoruje pracę tych, za ekranami komputerów. Musi stać lub siedzieć w jednym miejscu, żeby widzieli go uczniowie on-line’owi, przez co lekcja w klasie staje się statyczna. Jeśli mówi do kamery – traci uwagę tych na sali. Jeśli mówi do tych na sali – ucieka mu uwaga tych przed ekranami. Tak źle i tak niedobrze. W opinii nawet najbardziej zaangażowanych nauczycieli z grupy Superbelfrzy, jest to niewykonalne science-fiction.

Niewystarczająca samodzielność

Po drugie – nauczanie hybrydowe opiera się na samodzielności ucznia – jednej z najważniejszych, miękkich kompetencji, które uczeń powinien wzmacniać na każdym etapie edukacji. Niestety, w modelu nauki obecnym w polskiej szkole, dzieci nie muszą być samodzielne.

To nauczyciel ma pilnować, by się uczyły i nauczyły. Robi to za pomocą sprawdzianów, za które wystawia oceny. Stosuje sprawdzone widmo kary. Polska szkoła, oparta na podawczym systemie przekazywania wiedzy i permanentnej kontroli (kartkówki, oceny), po prostu nie premiuje samodzielności. A to jest kluczowa kompetencja, niezbędna w dorosłym życiu.

Bo jacy mają być uczniowie wychodzący z systemu szkolnego? Przecież miarą ich skuteczności nie będzie umiejętność rozwiązywania testów, czy wzorowe zachowanie, ale właśnie samodzielność. W pracy, w życiu, w rozwiązywaniu problemów, w podejściu do zadań. Tymczasem szkoła do tego nie przygotowuje. Nauczyciele nie oddają uczniom odpowiedzialności za ich własną naukę.

Stąd m.in. rosnąca popularność alternatywnych trendów edukacji w Polsce, o czym pisałam TU. Również dlatego – hybrydowe nauczanie jest w Polsce po prostu fiaskiem.

Ale nie tylko w Polsce. Powołam się na amerykańskie badania z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz.2 Nauczyciele z 9 badanych stanów wskazali, że przełączanie się pomiędzy tymi dwoma trybami (praca z uczniami w klasie vs. praca uczniami na zdalnym) jest dla nauczycieli wyczerpujące, a jednocześnie wszyscy uczniowie uczą się w ten sposób mniej.

Większość nauczycieli biorąca udział w badaniu stwierdziła, że hybryda była najgorszym sposobem nauczania w pandemii. Została porównana do prowadzenia samochodu na autostradzie i grania w tym samym czasie w wyścigową grę wideo.

Podział uwagi nauczyciela na uczniów w klasie i odpowiadanie na potrzeby uczniów na zdalnym jest po prostu niewykonalne. 74% badanych nauczycieli postulowało powrót do stacjonarnej formy nauczania, jako jedynej właściwej, rozwijającej umiejętności interpersonalne uczniów i pozwalającej na skuteczne przekazywanie wiedzy.

Również uczniowie skarżyli się na rosnącą frustrację i często czuli się ignorowani. Uczniowie obecni w klasie szkolnej skarżyli się, że nauczyciel zbyt dużo czasu poświęca uczniom będącym on-line. Jeśli nauczyciel próbował łączyć tych na zdalnym z uczniami w klasie w małe grupy, to trudno im było nawiązać kontakt. Uczniowie pracujący on-line skarżyli się również na stłumione przez maski głosy, przez co trudno było usłyszeć, co mówią koledzy z klasy. Nawet jeśli nauczyciel miał do dyspozycji kamery i głośniki, które mógł rozstawić w klasie, to system komputerowy, na którym były prowadzone lekcje, często się zawieszał i uczniowie pracujący z domu, wypadali.

Amerykańskie badania wskazują na potencjał nauczania hybrydowego rozumianego, jako scedowanie części pracy na uczniów.

W sytuacji idealnej uczeń dostaje materiały, z których ma nauczyć się sam. Dołączone interaktywne ćwiczenia natychmiast uświadamiają mu, co już umie, a czego jeszcze nie. Bez ocen, bez narażania się na żarty kolegów. Może spokojnie, we własnym tempie obejrzeć jeszcze raz film lub zadania i ponownie spróbować rozwiązać ćwiczenia. Wie, czego jeszcze nie rozumie i o co musi zapytać nauczyciela – przez komunikator lub, gdy przyjdzie na zajęcia w szkole.

Taka sytuacja zakłada odpowiednie i długofalowe przygotowanie ucznia i nauczyciela – do podzielenia się odpowiedzialnością za proces nauczania. W zasadzie na tym powinna polegać edukacja, ale jak wiemy jest to sytuacja idealna daleka od praktyki życia codziennego. Jak widać nie tylko w Polsce. W Stanach Zjednoczonych również.

Wspomniane badania potwierdzają tylko intuicyjne przekonanie wszystkich uczestniczących w procesie nauczania hybrydowego, że ten tryb nie odpowiada na problemy związane ze zdalną edukacją i nie powinien być wprowadzany ad hoc, jako łatanie dziury w pandemicznym czasie. Hybrydowe nauczanie powinno być wprowadzane w zwyczajnych warunkach, jako pewnego rodzaju eksperyment, pozwalający dzieciom i młodzieży na naukę samodzielności i przejmowania odpowiedzialności.

Co pozostaje?

Lepsza organizacja stacjonarnego i zdalnego nauczania.

Tam, gdzie tylko to możliwe, jak najwięcej uczniów powinno korzystać z lekcji stacjonarnie. A część na zdalnym powinna pracować samodzielnie.

Tam gdzie to niemożliwe, należy usprawniać online za pomocą istniejących, również udoskonalonych narzędzi do pracy zdalnej, które nauczyciele i uczniowie już całkiem nieźle opanowali. Łącznie z tymi do pracy w grupach.

Zamiast eksperymentu na dużej grupie populacyjnej – nauczanie w tych trudnych warunkach powinno być usprawniane małymi krokami, poprzez dzielenie się wypracowanymi dobrymi praktykami. Ewolucyjnie, a nie rewolucyjnie.

***

1Dobry ich przegląd można znaleźć pod tym adresem. https://pistacja.tv/jak-uzywac-wideo-w-szkole/odwrocona-lekcja-w-praktyce

2https://journals.sagepub.com/doi/10.3102/0013189X211069399 – całość dostępna po zalogowaniu.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!