Jak wspierać małą przedsiębiorczość na wsi – rozmowa z Aleksandrą Ryzner

ROZMOWA Z ALEKSANDRĄ RYZNER – PRODUCENTKĄ SYROPÓW LECZNICZYCH

Monika Kaczmaryk.: Chciałam zapytać, w jakim zakresie instytucje wspierające wieś mogą pomóc mieszkańcom w rozwoju ich przedsiębiorczości? Czego tak naprawdę potrzebują? Jak można ich wspierać? Mam odczucie, że na poziomie intencji wszyscy się zgadzamy, że trzeba tę przedsiębiorczość wiejską wspierać, stymulować, ale już na poziomie działań, procedur, to się okazuje, że obie strony się nie rozumieją. Jakie Pani ma na ten temat przemyślenia?

Aleksandra Ryzner: Przede wszystkim zastanawiam się, dlaczego nikt nie przejmuje się losem małych gospodarstw rolnych (do 5 – 7 ha powierzchni). Może nasi politycy skazali je już dawno na powolną śmierć, bo są niedochodowe, niskotowarowe?

Może założyli, że będą stopniowo przejmowane, wykupywane przez większych gospodarzy i w ten sposób przestaną istnieć?

Rzeczywistość jest jednak inna: większość gospodarstw rolnych w naszym najbliższym sąsiedztwie (gminie i gminach sąsiednich), to małe 2,5 -5 ha, wielokierunkowe gospodarstwa prowadzone przez ludzi starszych, których dzieci wyprowadziły się do miasta lub wyjechały za granicę.

Ci rolnicy niezbyt łatwo pozbędą się tytułów własności, nawet za cenę emerytury rolniczej, bo taka jest ich mentalność i mają w nosie „nowoczesne” trendy migracyjne czy ekonomiczne. To jest ich ziemia i nikomu jej nie oddadzą na zmarnowanie. A ponieważ jest zupełną niemożliwością ekonomiczną konkurowanie z wielkoobszarowymi i wysokotowarowymi gospodarstwami z Wielkopolski czy Pomorza, utrzymanie się z tych małych gospodarstw graniczy z cudem. Produkują one żywność na potrzeby własne, ale brakuje gotówki na opłacenie rachunków za prąd.

Taka sytuacja rodzi bardzo niebezpieczne zjawisko ukrytego bezrobocia na wsi. Oficjalnie ludzie ci stanowią grupę zawodową rolników, są ubezpieczeni w KRUS i nie mogą zarejestrować się w Urzędzie Pracy, jako bezrobotni. Nie mogą korzystać z zasiłków pomocy społecznej, bo oficjalnie są zatrudnienie w swoich gospodarstwach rolnych.

Mam wrażenie, że brakuje przede wszystkim dokładnego rozpoznania sytuacji na poziomie powiatów i gmin. Jeśli ktokolwiek zabiera się za naprawianie czegokolwiek, najpierw musi dokładnie rozpoznać sytuację wyjściową: co jest zepsute, co nie funkcjonuje, które ogniwo szwankuje. Ukryte bezrobocie na wsi jest faktem, ale jak je zniwelować, jak doprowadzić do tego, żeby małe gospodarstwa stały się dochodowe, to zupełnie inna sprawa.

Mam kilka pomysłów, co można zrobić: zastanawiam się np. dlaczego nie organizuje się Inkubatorów Przedsiębiorczości dla rolników na wzór tych organizowanych przez Urzędy Pracy dla bezrobotnych w miastach? Mogłyby to robić Powiatowe Ośrodki Doradztwa Rolniczego.

MK.: Bo praca tych jednostek ogranicza się chyba ostatnio do przygotowywania wniosków o dopłaty…

AR.: Ale kiedy zaczęliśmy wchodzić do UE i zaczęło się mówić o rolnictwie ekologicznym, nasi doradcy przestrzegali rolników ciekawych tej dziedziny, że rolnik będzie musiał za dużo wydać na certyfikację. Ja natomiast uważam, że właśnie rolnictwo ekologiczne byłoby szansą dla tych małych gospodarstw. Produkty ekologiczne osiągają znacznie wyższe ceny niż konwencjonalne, a więc przychody wzrosłyby. Poza tym metodami ekologicznymi nie można produkować na skalę masową, małe areały są natomiast możliwe do obrobienia motyczką, bez oprysków.

 

MK.: Właśnie dziwię się, że na tym cennym przyrodniczo terenie jest tak mało gospodarstw ekologicznych?

 

A.R.: Bo jest niewłaściwy człowiek za biurkiem. Rolnicy muszą wiedzieć, co im wolno, a czego nie. Ci mali rolnicy mają dobre nawyki wyniesione z domu, bo oni są rolnikami z dziada pradziada. Wiedzą, jak stosować płodozmian, jaki obornik jest najlepszy pod jakie uprawy. Wiedzą, że najlepszy jest obornik przekompostowany, kilkuletni – on inaczej pachnie i nie klei się w ręku. Poza tym mają ogromny szacunek do wszystkiego, co żyje i do ciężkiej pracy. Mają wpisane te cechy w swoje geny. Wiedzą, że np. sikorki trzeba dokarmiać w zimie, bo potem zagnieżdżą się w sadzie i będą wyjadać gąsieniczki, które będą chciały zjeść jabłka, czy śliwki.

Nasza gmina jest szczególnie predestynowana do rozwoju gospodarstw ekologicznych, bo mamy tereny Natura 2000 zarówno ptasie, jak i siedliskowe. Są zachowane sady przydomowe ze starymi odmianami jabłonek wysokopiennych, śliw, grusz. No i mamy kwietne łąki, które się nadają do wypasów. Moglibyśmy się stać potentatem w produkcji ekologicznego mleka i jego przetworów, no i ekologicznych owoców i miodów. I nie ma się co łudzić, że rozwinie się u nas przemysł, bo w strategii rozwoju UE tereny na wschód od Wisły zostały wpisane, jako rolnicze, jako spichlerz żywnościowy dla całej Europy.

Nie ściągniemy tutaj żadnych inwestorów zewnętrznych, żadnej fabryki mebli czy butów. Musimy liczyć na własną pomysłowość i przedsiębiorczość. Ale najpierw należałoby tutaj przeprowadzić podstawową edukację ekonomiczną dla rolników: co to jest przychód, dochód, zysk, stopa zwrotu, kapitał inwestycyjny, kapitał obrotowy, obrót – podstawowe pojęcia. Zrobić szkolenia, zorganizować Inkubator Przedsiębiorczości dla młodych po gimnazjach, po liceach, dla tych, którzy chcą zostać na wsi. Pomóc im uruchomić wyobraźnię….

MK.: Przygotować taką giełdę pomysłów?

A.R.: Tak! I przez pierwsze 2 lata prowadzić bezpłatną dla nich księgowość. Albo załatwić im firmy, które mogą im tę księgowość prowadzić za niewielką odpłatnością! Potem stopniowo ich wprowadzać w te zagadnienia, aby sami sobie prowadzili finanse! I organizować szkolenia w okresie jesienno- zimowym. Pomagać w badaniach rynku, szukać rynków zbytu np. wozić na duże, ogólnopolskie targi żywności. ODR-y  mają dostatecznie wykwalifikowaną kadrę, żeby pełniła takie funkcje. Poza tym wszyscy laureaci konkursów kulinarnych w danym województwie powinni być objęci specjalnym statusem „Potencjalny Przedsiębiorca” i wydelegowany pracownik ODR powinien zapytać laureata: Czy on chce utrzymywać się z produkcji swojego wyrobu? Jeśli tak, to od razu trzeba mu pomóc w sporządzeniu biznesplanu, poszukaniu odpowiednich środków finansowych na przedsięwzięcie, pomóc w promocji nowego produktu itd. Jeśli nie, to może zechce za godziwą cenę sprzedać swój przepis już działającemu przedsiębiorcy. Nie każdy laureat od razu ma świadomość, że jego wyrób jest cenny i pożądany na rynku.

Tymczasem obecnie odbywa się wyrzucanie pieniędzy w błoto, bo pieniądze są dawane dla nowych firm na 2 lata. Potem taki nowy przedsiębiorca zwykle zawiesza działalność i zapisuje się na bezrobocie. W mojej ocenie ta cezura czasowa powinna być co najmniej 5-6 letnia.

 

MK.: No tak, przecież nikt nie rozwija firmy przez 2 lata…

 

AR.: Właśnie. Jak on ją utrzyma przez ten czas 5-6 lat, to tak szybko z niej nie zrezygnuje. I już nie tak łatwo mu będzie wycofać się z tego rynku!

Natomiast prawda jest taka, że dla rolników nie ma żadnego programu – Inkubatora Przedsiębiorczości dla młodych ludzi, dla dzieci rolników czy starszych.

MK.: A jak mogą pomóc mieszkańcom instytucje typu fundacje, które pracują dla wsi?

AR.: Duże ogólnopolskie fundacje mogą lobbować na rzecz poprawek do ustawy o sprzedaży bezpośredniej, by małe gospodarstwa rolne mogły sprzedawać produkty przetworzone (np. ciasta, dżemy, konfitury, chleb, itd.). W tej chwili każda babka, która sprzedaje ser czy śmietanę na targu w Przemyślu robi to nielegalnie, mimo, że jej ser jest znacznie lepszy i zdrowszy, niż wyprodukowany przez jakąkolwiek oficjalną mleczarnię, bo na pewno nie zawiera konserwantów, czy dodatków w postaci oleju palmowego. Świadomi klienci wolą jej ser, niż kupowany w sklepie, dlatego ona stoi na tym targu i sprzedaje z powodzeniem. Jest popyt, pojawia się podaż. Proste zasady wolnego rynku. Gdyby ona kogokolwiek zatruła swoim serem, natychmiast straciłaby klientów i nie mogłaby się pokazać na tym rynku przez kilka kolejnych lat. Dlatego ona dba o zasady higieny, myje wymiona krów przed dojeniem, używa do produkcji zawsze tylko tych samych garnków wyparzonych wrzątkiem. Te garnki są używane tylko do mleka i są odkładane w osobnej szafce. Tak robiła moja babcia i tak robią do tej pory gospodynie na wsi.

Trzeba pilnować ustawodawców, sprzyjającym przedsiębiorczości wiejskiej. Bo jeśli rolnik nie miał przetwórni dopuszczonych przez Sanepid, to nie mógł np. sprzedawać kapusty w słojach. A zasady Sanepidu są z kosmosu! Na zachodzie, każdy producent bierze odpowiedzialność za swoją produkcję. A u nas jest taka nadopiekuńcza mamusia w postaci Sanepidu, która bije po łapach, każdego kto chce się zająć jakąś produkcją.

MK.: Z listów, które przychodzą do redakcji Witryny Wiejskiej widać, że ludzie się strasznie boją Sanepidu.

A.R.: Suszarnia, w której tu jesteśmy ma według Sanepidu być jasna, z równą powierzchnią z kafelków, zmywalną. Wszystkie garnki mają być ze stali nierdzewnej – ja np. mam problem, bo zioła nie znoszą stali, ja stosuję naczynia z emalii. Musiałyśmy zamontować wodę. Nie mogłyśmy zrobić klimatycznego klepiska – nad naszym klepiskiem jest wylewka.

MK.: Czyli Sanepid dał Pani jakąś konkretną instrukcję?

A.R.: Tak. I moim zdaniem Sanepid to powinna być instytucja usługowa, doradcza. Radzę wszystkim, którzy planują jakąkolwiek budowę czy adaptację istniejących budynków pod przetwórstwo spożywcze: zanim zaczniecie inwestycje – telefonujcie, umawiajcie się na spotkanie i pojedźcie do Sanepidu. Nękajcie pytaniami inspektorów, uzgadniajcie z nimi każdy szczegół, każdy plan architektoniczny, nawet naszkicowany odręcznie. Nie ma się czego bać. Za pytania nikt „nie da w pysk”. Oczywiście, że żaden inspektor nie da szczegółowych wytycznych na piśmie i nie podpisze się pod nimi, ale ten sam inspektor, który udziela pytającym wskazówek i nanosi poprawki, najczęściej przeprowadza odbiór inwestycji i jest mu głupio załatwić pytającego negatywnie, bo już go zna.

MK.: I ktoś pani udzielił od razu odpowiedzi?

AR.: Tak. Informacji udzielił Inspektor. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
– A czym chcecie grzać?
– Drewnem.
– To tu musi być piec, tu kuchnia. Wsad do pieca musi być z innego pomieszczenia, bo paproszki mogą się mieszać z potrawami…
– Pan żartuje?
– Ja nie żartuje!
– Ale to ma być produkt tradycyjny, lokalny! To jak paproszek wpadnie, to doda proziakowi smaku!
– Ale w drewnie mogą być robaczki.
– Ale to dodatkowe białko, zresztą w wysuszonym drewnie nie ma żadnych robaczków.
– Ale kora może się dostać.
– Jak się używa kory brzozowej, dębowej jako surowca zielarskiego, to będą dodatkowe walory lecznicze tego proziaka.
– Tak nie będziemy rozmawiać! Pani mnie chce przekabacić na swoją stronę!.
– Nie. Ja usiłuję Panu pokazać logikę mojego myślenia. Kiedyś ludzie robili naturalniej i nie mieli raka, alergii, mieli swoje zęby w wieku 80 lat. A teraz dziecko nie nabiera własnej odporności i potem ma skazę białkową itd.
– Pani to by chciała zahamować rozwój cywilizacji!
– Jeśli cywilizacja idzie w złym kierunku, to tak! Rzymianie wykończyli się, jak wymyślili jak się wytapia ołów i zaczęli używać ołowianych naczyń!

Ale trzeba przyznać, że jak się pojedzie ze swoim pomysłem do Inspektora, i powie: proszę mi narysować, jak mam zagospodarować tę przestrzeń, to się otrzyma wskazówki. Bo potem Sanepid to odbiera. I to jest pierwszy etap firmy – jak się coś buduje. A drugi odbiór to dopuszczenie do produkcji, czyli procedury stosowane podczas procesu produkcji (metody konserwacji np. pasteryzacja; określenie terminu przydatności do spożycia itd.). Jak się ma papier, numer dopuszczenia, to można zacząć produkcję.

MK.: A druga sprawa, o którą chciałam zapytać to działalność gospodarcza, która przynosi dochód – jak to wygląda w rzeczywistości wiejskiej?

AR.: Jest taka opcja. Rolnik może prowadzić działalność gospodarczą, ale wtedy musi odprowadzać podwójny KRUS. Płaci 2 razy większą składkę raz na kwartał np. 750 złotych, o ile jest to działalność dochodowa. Do wysokości ok. 2.500 złotych podatku rocznie – pozostaje krusowcem. Ale musi pamiętać, żeby co roku, do 15 maja przedstawić PIT w swojej jednostce terenowej KRUS. Jeśli mu się dochód zwiększa i podatek, to przechodzi na ZUS.

MK.: Czego ludzie na pewno nie chcą …

AR.: Ale może tylko jedną linię produkcyjną zapisać na siebie, drugą na żonę, na córkę, syna. Wtedy każdy odprowadza swój podatek.

Inna sprawa to, skąd wziąć pieniądze na początek? Kompletnym nieporozumieniem są refundacje. Czyli sytuacja, w której rolnik musi mieć na wstępie kapitał własny, zainwestować go w całości, żeby po półtora roku dostać zwrot części tego kapitału. To jest dobre rozwiązanie dla bogatych obszarników, którzy chcą się rozwijać, a nie dla małorolnych.

Natomiast dotacje wahają się w granicach kilkudziesięciu tysięcy zł i często nie wystarczają na zrealizowanie całego zamierzenia. A niedokończone zamierzenie inwestycyjne przynosi straty zamiast generować zyski. Idealnym rozwiązaniem wydają się być niskooprocentowane kredyty preferencyjne dla rolników. Ale znowu diabeł tkwi w szczegółach. Taki kredyt jest niskooprocentowany (w granicach rocznej stopy inflacji), ale trzeba wziąć minimum 200 tys. zł, no i trzeba wykazać się 20% wkładem własnym. Czyli trzeba zainwestować 240 tys. zł. Co ma zrobić rolnik, który wyliczył sobie, że jemu wystarczy 150 – 179 tys. zł razem z wkładem własnym, bo np. ma już budynek nadający się świetnie pod jego działalność i kilka maszyn podarowanych przez kuzyna?

Wydaje mi się, że takie kredyty powinny być udzielane pod konkretne, rzeczywiste potrzeby. No i powinna być możliwa do negocjacji z bankiem karencja w spłacie kredytu. Bo nie od razu produkty się sprzedają. Trzeba je wypromować, co niestety trwa. Banki niestety nie chcą być partnerami biznesowymi dla małych przedsiębiorców. Chcą jak najszybciej zarobić duże pieniądze. Ale jest to w mojej ocenie działanie krótkowzroczne. Bo gdyby wspierały small business, miałyby więcej klientów z kontami tych małych firm i trzymałyby ich kapitał. Zarabiałyby również na obrotach tych małych firm, a nie tylko na odsetkach od kredytów.

Nie mówiąc o tym, że jest kilka banków w naszym kraju, które stosują usankcjonowane prawnie wyłudzenia od naiwnych zdesperowanych ludzi i nie są to absolutnie kredyty konsumpcyjne, tylko inwestycyjne. Jeśli pracownik banku nie potrafi od razu wyliczyć i odpowiedzieć rzetelnie na proste pytanie: „Dobrze – wy dajecie mi tyle pieniędzy, a ile pieniędzy będę musiał wam oddać?”, to coś jest nie w porządku. Takie banki należy omijać szerokim łukiem i broń Boże nie wolno zostawiać im adresu swojej skrzynki mailowej.

MK.: Dziękuję za rozmowę!

***

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!