Współuzależnieni

Życie z alkoholikiem pod jednym dachem wiąże się z chronicznym odczuwaniem skutków jego nałogu. Uzależnienie bowiem to choroba, która dotyczy całej rodziny. Straty emocjonalne obejmują wszystkich, a ich naprawa wymaga długotrwałej terapii.

Najbardziej podatne na alkoholowe problemy dorosłych są oczywiście dzieci. To one chłoną atmosferę wódczanych libacji, oswajają się z widokiem pijanego ojca, maltretowanej matki. Bezwiednie stają się ofiarami życiowych błędów swych rodzicieli. Mają po kilka lat, a już są współuzależnieni. W tym czasie jedni stają się bohaterami, inni kozłami ofiarnymi, a jeszcze inni maskotkami oraz tak zwanymi dziećmi w cieniu.

– Dziecko „bohater” za wszelką cenę będzie chciało łagodzić konflikty pomiędzy rodzicami. Cechuje je odwaga, determinacja, chęć do działania. Dziecko „kozioł ofiarny” przez rodziców obarczane jest winą za całe zło. Uzależniony ojciec będzie tłumaczył, że to przez nie sięga po alkohol, bo źle się uczy, bo zachowanie nie takie… Dziecko „maskotka” natomiast, to zwykle najmłodsza pociecha. Tatuś po kilku głębszych bierze je na kolano, wyciąga z kieszeni 2 złote i mówi: „masz tu na lizaka”, głaszcze, tuli i jest święcie przekonany, że jest najlepszym ojcem na świecie. Wreszcie „dziecko w cieniu” to dziecko wycofane, ukrywające się przed wzrokiem upojonego rodzica. To ono najczęściej ucieka i dołącza do grona podobnie pokrzywdzonych – wyjaśnia Lechosław Spólny, terapeuta uzależnień.

– Z doświadczenia wiem, że te dzieci bardzo często wchodzą w konflikt z prawem. Szukają innego świata, świata, który diametralnie różniłby się od tego, w jakim się wychowały. Niestety będzie to w większości przypadków droga donikąd, bo do końca życia ciążyć będzie na nich piętno DDA (Dorosłe Dziecko Alkoholika – przyp. red.)

Dorosłe Dzieci Alkoholików dorastały w rodzinach dysfunkcyjnych. O sobie mówią tak:
„Środowisko, w jakim przyszło nam funkcjonować wypaczyło nasze myślenie o nas samych i o otaczającym nas świecie. Widząc siebie w krzywym zwierciadle informacji i sygnałów dawanych nam przez naszych rodziców, uwierzyliśmy, że jesteśmy „nie w porządku”. Zostaliśmy pozbawieni naszej autentycznej tożsamości i zaczęliśmy szukać sposobów na dobre samopoczucie. Chociaż wyglądamy jak dorośli, nadal zachowujemy się jak dzieci i pozwalamy, aby inni mieli wpływ na nasze myślenie o sobie, nasze poczucie własnej wartości i nasze szczęście. Nasze nieprawidłowe myślenie jest przyczyną tego, że podejmujemy decyzje, które nas niszczą.” (na podst.fragment książeczki „12 Kroków dla Dorosłych Dzieci z uzależnieniowych i innych rodzin dysfunkcyjnych”).

– Mam znajomą, która wychowała się w rodzinie z problemem alkoholowym. Ojciec pił na umór i zatruwał życie wszystkim dookoła. Po jakimś czasie otrząsnął się i przestał. Jest „czysty” od 14 lat i wydawałoby się, że wszyscy przywykli do jego trzeźwości. Tymczasem ona nadal łapie się na tym, że wracając po ciężkim dyżurze w szpitalu, wypatruje w tłumie przechodniów osób odurzonych alkoholem. Wciąż wśród nich stara się odnaleźć swego ojca. Ma tak od dzieciństwa, bo jest DDA. I nic nie jest w stanie tego zmienić, nawet to, że ma wspaniałą rodzinę, niepijącego męża, intratną pracę, pozycję zawodową i społeczną – mówi Lechosław Spólny.

Jak działa ten mechanizm? Dzieci rejestrują wszystko mniej więcej od drugiego roku życia. W ich głowach zaczyna się tworzyć swego rodzaju łańcuszek wspomnień, które z tzw. pamięci epizodycznej, wchodzą do pamięci krótkotrwałej, a następnie do pamięci długotrwałej.

Wszystkie traumy zatem, nawet te z wczesnego dzieciństwa, mogą w negatywny sposób rzutować na dorosłe życie. Jak donoszą specjaliści, aż 70 procent dziewcząt, które wychowywały się w rodzinach z problemem alkoholowym wychodzi za mąż za… alkoholików.

– Dziewczyny mówią, że prosiły Boga o to, by na ich drodze nie stanął mężczyzna, który zagląda do kieliszka. Przez lata widziały swoich upodlonych ojców, którzy litrami spożywali wyskokowe trunki, więc niczym dla nich jest piwko wychylone przez narzeczonego na wieczornej randce. W tym czasie młody mężczyzna ma nieograniczony dostęp do swojej wybranki. Wszystko zmienia się jednak wówczas, kiedy na świecie pojawia się dziecko. Żona nie ma dla męża tyle czasu, co kiedyś, bo teraz przede wszystkim jest matką i w pierwszym rzędzie musi zadbać o dziecko. Co czuje facet w takim momencie? Czuje się zwyczajnie odrzucony, z dnia na dzień rośnie w nim poziom poirytowania taką sytuacją. Między małżonkami zaczyna zanikać nić dawnego porozumienia. Nie rozmawiają o marzeniach, oczekiwaniach, pragnieniach, uczuciach, a ograniczają się do spraw bytowych. W takich okolicznościach pojawia się często wyjście awaryjne: alkohol. Zaczyna się od piwka z kolegami po pracy, potem do piwka ktoś stawia pięćdziesiątkę. Do domu nie ma się co spieszyć, bo tam tylko dzieciak wrzeszczący i żona roszczeniowo nastawiona. Spotkania z kolegami stają się częstsze i dłuższe. I tak „rodzi” nam się młody alkoholik.

Terapeuci przekonują, że jeszcze 15 – 20 lat temu z problemem współuzależnienia przychodziły panie mniej więcej po pięćdziesiątce. Teraz do ich drzwi pukają kobiety 30-letnie. Przychodzą, bo chcą w porę zareagować. Mają świadomość tego, że jeśli nadal będą biernie przyglądać się pijaństwu swych mężów, to zrujnują sobie życie. Rzadko która z nich zdecyduje się na odejście, nawet za cenę upokorzenia, za cenę znęcania się psychicznego i fizycznego. Dlaczego tak się dzieje? Bo one ponad wszystko kochają swoich mężów. Zdają sobie sprawę z tego, że jest to chora miłość, ale mimo wszystko w niej trwają.

– Osoby współuzależnione bardzo długo noszą się z zamiarem skontaktowania się z terapeutą. Pewna pani była pod moim gabinetem trzy razy, wahała się, toczyła wewnętrzną wojnę, aż któregoś razu sam jej otworzyłem drzwi, nie mogła już uciec. Długo rozmawialiśmy. Opowiedziała o swoim toksycznym małżeństwie, o dzieciństwie w oparach wódki, o śmierci ojca, który upadł z przepicia i zamarzł pod swym domem. Szybko zadecydowaliśmy o wspólnej terapii, było dużo łez, wiele słów gorzkiej prawdy… Dziś jest szczęśliwą kobietą, jej mąż nie pije od trzech lat. Ale czy można powiedzieć, że ta kobieta wyszła ze współuzależnienia? Absolutnie nie. Z tym żyje się do końca swoich dni. Żona, która ma męża – trzeźwego alkoholika zawsze będzie trwać w niepewności. Nawet jeśli nie pije on od 15 lat, a raz spóźni się do domu, bo mu na przykład uciekł autobus, to ona pomyśli sobie jedno: że zapił. Nie przyjdzie jej do głowy, że mógł mieć wypadek, że ma w pracy nadgodziny, że wpadł po drodze do sklepu po bułki. Wspomnienia z przeszłości są silniejsze, to one umacniają stan współuzależnienia – tłumaczy Lechosław Spólny.

– Podczas naszych spotkań sporo improwizujemy, łamiemy pewne konwencje. Zapraszamy całe rodziny, które trawi problem współuzależnienia. Niedawno trafiło do mnie małżeństwo z dwójką dorastających dzieci. Przeżyli gehennę. Mężczyzna starał się walczyć z chorobą, był już na pięciu terapiach. Wszystkim się wydawało, że to właśnie on ma największy problem, tymczasem podczas spotkania głos zabrała jego żona. Otworzyła się jak na spowiedzi, ze szczegółami opowiedziała o życiu spapranym przez alkoholizm męża. W sali było około 30 osób, żadna z nich nie była w stanie w tym czasie nawet głośno odetchnąć. W tle jej rozpaczliwego monologu słychać było tylko tępe łkanie córek. On natomiast siedział jak porażony prądem. Teraz cyklicznie uczestniczy w naszych zajęciach. Sądzę, że po tym wszystkim ma duże szanse na wyjście z alkoholizmu.

Głosy podczas spotkań terapeutycznych są przejmujące. Wystarczy posłuchać kilku wypowiedzi, by przekonać się o tym, iż współuzależnienie to prawie tak jak uzależnienie. To coś co destrukcyjnie wpływa na życie człowieka, to choroba, która wymaga interwencji psychiatry, psychologa i terapeuty.

Marzena: Był moja największą miłością. A ja jego. Trudną miłością. Zaczynaliśmy od zera. A raczej od mojego rozwodu z pierwszym mężem i ciąży z nim. Sądziłam, że jeżeli coś przychodzi z takim trudem, wyrzeczeniem to jest wieczne, szanowane, niezniszczalne, szczere. Ale alkohol zniszczył wszystko – uczucie, trud, zapał. Zniszczył też jego, mnie, dzieci. Nasza miłość stała się kartą przetargową, manipulacją. Nie mogę go zostawić, przecież „będzie mnie kochał do końca życia i o jeden dzień dłużej”. Ale go zostawiłam. Bo go kocham, może kiedyś to mu pomoże z tego wyjść. Właśnie mija rok. On pije. Dziecko zaczęło palić trawkę. Zbieram się w sobie. Wokół zero zrozumienia. Każdy, łącznie z nim myśli, że wymieniłam go na nowego faceta. To takie modne. Sukcesem jest to, że sama znalazłam w sobie siłę do walki o lepsze jutro. Porażką, że o DDA, współuzależnieniu nie dowiedziałam się ani z TV, ani z radia. A jak opowiadam o tym znajomym, nadal widzę ich nieświadomość w temacie.

Anna: Zaczęło się od mojego taty. Pił chyba codziennie. Sprzyjał temu jego zawód – był stolarzem. Za komuny za fuchę trzeba było postawić flaszkę… Nienawidziłam go jak spał „zlany” przy stole w kuchni. Zmarł na raka w 2005 i wtedy w pewnym sensie wszyscy odetchnęli. Choć gdzieś też była miłość – bardzo schorowana, ale miłość. Długo broniłam się przed związkiem z mężczyzną, wyjechałam za granice. Tu poznałam jego. Kiedy spotkałam go po raz pierwszy był pijany. Nie chciałam go więcej widzieć, ale mnie znalazł. Zaczęłam się z nim spotykać. Na początku z litości, bo Polak za granicą, bo ja też byłam bardzo sama, bez języka. Pije nadal, nie ma dla mnie szacunku. Czy naprawdę musiałam powielić ten chory model? Czy jestem skazana na toksyczną miłość?

Przemysław Chrzanowski

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!