Prawdziwe agro

pagro

Jeśli w nowym roku ciemnowłosy mężczyzna jako pierwszy wręczy ci pieniądze, przez dwanaście miesięcy będzie się darzyło – twierdzi Teresa Bukowska. Jakoś tak się składa, że w nowym roku łysi, rudzi i blondyni zjawiają się u niej później niż nadziani ciemnowłosi. Dodatkową gwarancją dostatku jest domowa kolekcja figurek słoni i okazała słoniowa figura na podwórku.  Acha, jeszcze jedno. W domu Teresy Bukowskiej nie zabija się pająków.

Jej gospodarstwo sprawia wrażenie rzeczywiście forsochłonnego. Na tej bocznej uliczce białe budynki z czerwonym dachem od razu rzucają się w oczy. Oprócz tego pięć hektarów pola, ogródek skalny z basenikiem dla egzotycznych rybek, zapewniający żywieniową samowystarczalność warzywnik, kilka kóz, dwa bernardyny i jamniczko-podobny kundel, placyk zabaw dla dzieci, drewniany pawilonik dla dorosłych, zaczątki estrady. To gospodarstwo jest właściwie niewielkim miasteczkiem.

Zdumiewające, że ów rozbudowany kompleks obsługują w zasadzie dwie kobiety: Teresa Bukowska i jej sędziwa mama Krystyna Łachan. Od czasu do czasu z Warszawy przyjeżdżają córka z mężem, którzy w Bzowie bynajmniej nie próżnują. Jeszcze bardziej zdumiewa, że jak utrzymuje właścicielka, koszty stworzenia tego wszystkiego nie były aż tak ogromne. Inna sprawa, że tata pani Teresy jest klasyczną „złotą rączką”, co to nie musi marnować grosza na wyrachowanych fachmanów.

Casus Midasa

Rodzina zawsze miała szczęście do udanych projektów. Swego czasu próbowali sił w uprawie porzeczek. W jednym sezonie zebrali z krzaków cztery tony, zamieniając urodzaj na nowiutkiego fiacika. Można rzecz, że jak królowi Midasowi, wszystko im się w złoto obraca. W ich życiu był także spory pasterski rozdział (poświęcony 50 owcom), który skończył się wraz ze spadkiem zapotrzebowania na skóry, baraninę i wełnę. To przebudowana owczarnia jest dzisiaj przytulnym hotelikiem dla pięćdziesięciu gości, z pokojami wyposażonymi w łazienki, z jadalnią i kuchnią, w której odwiedzający mogą sami sobie pitrasić.

Tym co robią teraz, zajęli się jedenaście lat temu. W regionalnej telewizji obejrzeli program o niedostatku miejsc noclegowych w ich turystycznej okolicy. Informacja zbiegła się z przejściem Teresy Bukowskiej na wcześniejszą emeryturę, zawierciańskie Hutnicze Przedsiębiorstwo Remontowe akurat upadało.

– Dwa miliony złotych wybuliłam na artystycznie wykonane ogłoszenie o pokojach do wynajęcia. W oknie sklepu spożywczego zawisło w piątek, a już następnego dnia mieliśmy pierwszych klientów – wspomina.

Start był skromny, zaledwie kilka gościnnych pomieszczeń w rodzinnym domu. Dzisiaj jest ich 26, wypełnionych przez cały rok. Teresie Bukowskiej i jej mamie dwie godziny schodzą na przygotowaniu obiadu dla stołowników. Same też sprzątają całe obejście. Doświadczenie uczy, że wynajmowane pomoce Zawiszami nie są. Liczą sobie, lecz na nie liczyć nie warto.

Flaszka pokoju

Osiem kóz dostarcza mleko, z którego sporządza się sery, gospodynie wypiekają chlebek z lnianym siemieniem, wytapiają przepyszny smalczyk. Sława pensjonatu „Magdalenka” rozprzestrzenia się z ust do ust, nie bez znaczenia jest także jego figurowanie na kilku turystycznych stronach internetowych.

Przybywają do niego rodziny, wycieczki, uczestnicy organizowanych tu szkoleń, a także wesel, przyjęć z okazji chrzcin i komunii. Za nocleg płaci się 35 zł, obiad kosztuje dwie dychy, śniadania i kolacje są po 15 zł. Towarzystwo krajowe miesza się z zagranicznym. Zdarza się, że z zakwaterowania korzystają zmierzający na jakieś występy ludowi muzykanci. Wtedy na całej uliczce jest wesoło. Sąsiedzi siadają przed domami, żeby posłuchać nocnego, darmowego grania.

Oczywiście, trafiają się także mniej sympatyczni goście. Razu pewnego „Magdalenkę” nawiedziła para ze stolicy. Facet twierdził, że jest prokuratorem, w ogóle był wyjątkowo chamowaty. Ich zamknięty w pokoju jamnik zeżarł pół drzwi, a za szkodę zwrócić nie chcieli.  Kiedy indziej pojawili się przedstawiciele firmy znanej z udzielania szybkich pożyczek na złodziejski procent. Popili do oporu i zaczęli szumieć. Nagle, niczym w „Autobiografii” Perfectu, ktoś dostał w nos, ktoś się popłakał, potem zaczęły fruwać stoliki, wazoniki, co tam pod ręką było. Teresa Bukowska chwyciła kij od szczotki i ruszyła w bój: – Prałam gdzie popadnie dopóki starczyło tchu.

Na drugi dzień, zawstydzeni, przyszli prosić o przebaczenie, wyjmując zza pazuchy dużą flaszkę. Tata dołożył drugą i nieprzyjemny incydent został z rejestru wymazany.

Byle pomysłów nie zbrakło

Bzów był kiedyś sołectwem Ogrodzieńca, teraz stanowi dzielnicę Zawiercia. „Magdalenka” leży na terenie miasta liczącego więcej niż pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców, zatem jej właściciele z żadnych unijnych dotacji do agroturystyki skorzystać nie mogą. Unia daje natomiast znać o sobie w postaci systematycznych kontroli, sprawdzających zgodność bytowych warunków z obowiązującymi we wspólnej Europie normami. Uchybień dotychczas nie stwierdzono.

Teresa Bukowska z optymizmem patrzy w przyszłość. Różnych zajęć się imała, ale w agroturystyce jest jej chyba najlepiej. Budowany na posesji mały amfiteatr pozwoli rozszerzyć, i tak już bogaty, repertuar propozycji dla gości. Niebawem na podwórku powstanie drugi piec do domowego chleba.

Przed konkurencją respektu nie czuje. – Tamta strona była w wynajmowaniu pokoi pierwsza, ale po naszej ja najwcześniej zaczynałam – mówi. „Tamta strona” to agroturystyczne gospodarstwa bliższe Częstochowie, „nasza” – obejmuje rejon Ogrodzieńca. Dzisiaj zarejestrowanych jest w nim około osiemdziesięciu podobnych Teresie Bukowskiej przedsiębiorców. Z racji pionierstwa, jednak to jej przypada palma pierwszeństwa. – Wyrobiłam sobie markę i o zainteresowanie martwić się nie muszę. Niektórzy, mówiąc szczerze, uprawiają pseudo-agroturystykę. U mnie to agro widać jak na dłoni. Wszytko jest wiejskie, naturalne i zdrowe – podkreśla ze swobodą utalentowanego piarowca.

Bo o skuteczną reklamę zadbać potrafi. Swoje stoisko instaluje na każdej masowej imprezie, w jej progach goszczą rozmaite fisze, dorobkiem chwalą się władze miasta i powiatu. – Na początku sąsiedzi troszeczkę się krzywili. Przeszkadzały im przyjeżdżające do mnie autokary, wyolbrzymiali wpływ ołowiu ze spalin na okoliczne uprawy, narzekali na ten ruch jak w ulu.

Teresa Bukowska zdaje sobie sprawę, że w biznesie sentymentów nie ma. Przekonała się o tym obserwując działalność stowarzyszenia, które zresztą współorganizowała. – Okazało się, że pewne osoby zamiast dbać o wspólny interes, zaczęły wyłącznie siebie promować – wyjaśnia. Łatwo się domyślić, że te „pewne osoby” są z „tamtej, częstochowskiej strony”.

Siła „Magdalenki” polega na pomysłowości właścicielek. Na ciągłym wynajdywaniu kolejnych atrakcji dla klientów. A to miejsca do grillowania, a to amfiteatr, konne wycieczki z orkiestrą na zamek, ogniska przy piwku etc. Jeśli pomysłów nie zbraknie, to i o ciemnowłosego mężczyznę w nowym roku można być spokojnym. Zwabią go słonie i pająki.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!