Gospodarzom kosza dali

repository_pwsegregacja2
– Tym szajbusom kazałbym pomieszkać trochę przy mojej ulicy. Odechciałoby im się protestowania i tego całego cyrku – zapala się mieszkaniec Augustowa mówiąc o ekologach broniących Doliny Rospudy przed mającymi zaatakować ją walcami i spychaczami.
– Autostrada w Dolinie będzie zbrodnią przeciw naturze, bezmyślnym zniszczeniem środowiska – twierdzi mieszkaniec stolicy, od lat odwiedzający w wakacje tę ostatnio głośną okolicę.

Za nienaruszalność Rospudy żaden z naszych polityków umierał nie będzie. Na gotowości poniesienia śmierci dla zachowania urokliwego krajobrazu nie pozyska się znaczącego elektoratu.

Sprawa Rospudy jest interesująca nie tylko, dlatego że z jednej strony Unia Europejska nie pozwala w Dolinę ingerować, z drugiej augustowian wypadałoby uwolnić od tirów czyniących z ich życia prawdziwy koszmar.

Jak widać, konfliktu interesów za pomocą złotego środka rozstrzygnąć nie można. W tym przypadku nie funkcjonuje zasada, że tylko jednej rzeczy zrobić się nie da: wywrócić hełmu na drugą stronę.

Bez przesadyzmu

W łatwiej przyswajalnej od literackiego pierwowzoru, ekranowej wersji „Ziemi Obiecanej” (Władysława Reymonta) Karol Borowiecki ustami Daniela Olbrychskiego przyznaje, iż trudno mu rozczulać się nad każdym zwiędniętym kwiatuszkiem czy rozdeptanym motylkiem. Ta wypowiedziana przez Olbrychskiego kwestia jak ulał pasuje do współczesnego polskiego traktowania ekologii (choć akcja filmu rozgrywa się w dziewiętnastym wieku).

– O środowisko naturalne trzeba dbać, ale bez przesadyzmu – uważają mieszkańcy miast i wiosek, nie będący nauczycielami botaniki lub działaczami antyindustrialnych ruchów. Dlatego właśnie, w odróżnieniu od np. Niemców, jacyś tam „zieloni” mas nie porwą i do parlamentu jako samodzielna partia nie wejdą. W „starej” Europie zdziwienie wzbudza zapewne i to, że za autostradą naruszającą obszar „Natury 2000” (ze względu na unikalność flory i fauny szczególnie chroniony przez Unię Europejską) opowiadają się również reprezentanci partii mieniących się chłopskimi, a więc ci, którym nieskalana cywilizacją natura powinna być najbardziej bliska. To oni przecież, jeśli są u władzy, obsadzają zazwyczaj obok resortu rolnictwa, resort środowiska.

Z drugiej strony, dość często zdarza się, że za bezwartościowe uważane jest coś, co znajduje się na wyciągnięcie ręki. Malownicze pólka jęczmienia i żyta dla chłopa zapewne malownicze nie są (w pocie czoła trzeba je obsiewać, zaorywać i kosić). Lasy to przede wszystkim rezerwuar runa i drewna na opał. To także dogodne miejsce pozbywania się domowych odpadków, przerdzewiałych garnków, dziurawych wiader i tym podobnego badziewia. Problem tkwi w zagrodowym postrzeganiu rzeczywistości. Dobry gospodarz dba o czystość w obejściu, ale już za płotem może się walić i palić, bo tam jego wzrok nie sięga.

Uczciwi nie węszą

Według raportu Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska o ekologicznym stanie powiatu (nieważne, jakiego bo zapewne nie jest on ewenementem) w ubiegłym roku wzrosło zanieczyszczenie wód bakteriami pochodzącymi ze ścieków sanitarnych. Przyczyną tego niepokojącego zjawiska mogą być nieszczelne szamba, odprowadzanie ich zawartości bezpośrednio do potoków lub jedno i drugie. Zapewne dlatego, właściciele posesji tak niechętnie ujawniają swoje kanalizacyjne tajemnice, o czym przekonała się Anita.

Skrytości onej zaznała, odbywając staż w gminnym urzędzie. Ponieważ młodych życia trza uczyć, Anitę rzucano na najtrudniejsze odcinki, na których wysłannik gminy szczególnie naraża się obywatelom. Od sołectwa do sołectwa, od chałupy do chałupy wędrowała wypytując o sposób pozbywania się nieczystości i solidność zbiorników na ścieki. Z tych służbowych wypraw wracała do urzędu jakaś przygnębiona, czasami rozdygotana, niekiedy żałośnie blada. Nie, nie, to nie opis szamb tak na nią wpływał. To raczej reakcje ich posiadaczy powodowały u niej te dokuczliwe somatyczne objawy.

– Uczciwi ludzie nie szpiegują bliźnich, nie węszą po cudzych domach – było jednym z delikatniejszych stwierdzeń, jakimi Anitę witano. Zdarzało się też niebezpieczniej. A to ktoś tam Azorkiem poszczuł, kto inny za kłonicę chwycił no, ale nikt przecież nie powiedział, że życie usłane jest różami i ludzką życzliwością.

Inwentaryzacji podlegają w gminie nie tylko szamba. Podobnym sprawdzeniom poddawane są dachy domów i zabudowań gospodarskich, przy czym w tym przypadku chodzi o rozpoznanie zagrożenia azbestem (w postaci eternitowych pokryć). Dane na ten temat trafiają potem do województwa.

Idea przyświecająca gromadzeniu informacji o eternicie jest z gruntu słuszna (eliminacja z otoczenia szkodliwych substancji), a nawet konieczna do wcielenia w życie (do dwutysięcznego trzydziestego drugiego roku azbest ma definitywnie zniknąć z Unii Europejskiej), lecz jej wykonanie budzi wątpliwości. Narzędzie poznania stanowi trafiająca pod strzechy urzędowa ankieta, której wypełnienie to, jak na wsi mawiają, „wyższa filogentyka”.

Ankietowany obowiązany jest określić fizyko-chemiczne właściwości zastosowanych pokryć dachowych i wykazać sporo specjalistycznej wiedzy materiałoznawczej. Każda odpowiedź jest punktowana, a końcowy rezultat kwalifikuje gospodarstwo jako bezpieczne bądź zatrważające.

Ankiety nie rozumieją ani urzędnicy, ani badani. U tych drugich forma inwentaryzacji wywołuje zrozumiały stres i obawy przed przykrymi konsekwencjami hołubienia azbestu: karami, grzywnami, stawaniem przed trybunałem. Kiedy latem trąba powietrzna spustoszyła kilka wsi w gminie Kłomnice, i na pobojowisko wkroczyły ekipy zbierające rozsiane wokół dachówki, jedną z ofiar kataklizmu straszono takimi konsekwencjami. U przeszło osiemdziesięcioletniej staruszki dostrzeżono na szopie eternit. To nic, ze szopa była jedyną ocalałą tu konstrukcją, a na budynku, do niedawna mieszkalnym, brakowało piętra z dachem.

Poza wspomnianym, zawężonym do własnej zagrody polem widzenia, również czynnik finansowy wydaje się być hamulcem indywidualnych proekologicznych działań na prowincji. Wśród gospodarzy wielu jest takich, co to ściskają złotówkę aż orzełek stolec popuszcza i ani myślą pozbywać się jej z dłoni na jakieś wydumane czystościowe przedsięwzięcia. Widać to po oporze wobec koszy na śmieci.

W gminie Anity ich wywózką zajmuje się firma, która z właścicielami posesji zawiera umowy, dostarcza im pojemników i pobiera opłaty za opróżnianie. Wielu to uszczęśliwianie na siłę przyjmuje zgrzytaniem zębów tłumacząc, że kosze dla nich za obszerne, że i w rok nie da się ich zapełnić. Z drugiej strony, w tej samej gminie dwukrotnie podczas rzęsistych ulew wywalało dekle studzienek kanalizacyjnych, bo ktoś wrzucał tam zbędne rupiecie.

 

Lokalna efektywność

W istocie najbardziej ekologicznie zaangażowani są urzędnicy samorządów niższego szczebla (od grodzkiego i ziemskiego powiatu w dół).

Pan Piotrek jest kierownikiem w gminie Anity. Dla niego ostatnie lata są prawdziwą rewolucją na polu ochrony przyrody, czystości i schludności okolicy. Pamięta czasy, gdy pojemników na śmieci w ogóle nie używano, kto tam wtedy przejmował się szambem czy eternitem. Tym bardziej, że eternit w gminie produkowano. Jego fabryka i cementownia były komorami tutejszego przemysłowego serca, wypompowującego na zewnątrz włókna azbestu i osiadający w płucach pył. Dziś pozostały po nich tylko ruiny. Choć i one nadal stanowią problem, zrobiono wiele, by ekologiczny ideał przybliżyć. W miasteczkowej (pozawiejskiej) części gminy kosze na śmieci stały się nieodłącznym elementem posesji, podobnie jak na trwałe wpisały się w krajobraz klatki służące segregowaniu odpadów.

Samorządy muszą opracowywać i publikować perspektywiczne, wieloletnie plany ochrony środowiska i gospodarki odpadami. Niezależnie od tego, jak marzycielskie są ich zapisy, z każdym rokiem widać owoce gminnego wysiłku.

Kierownik Piotrek mówi o postępującej kanalizacji, przed którą, o dziwo, ludność tak bardzo się nie wzdraga: – Zwolennicy szamb będą płacić za ich opróżnianie zgodnie ze wskazaniami wodomierzy, nie będzie więc można zaoszczędzić na wypuszczaniu fekaliów za płot.

Na samorządowym stanowisku dowodzenia czuje się także większy niż „wyżej” realizm i mniej biurokratycznej, a zarazem bezmyślnej, surowości. – Posiadających azbest nie trzeba wprawiać w popłoch. Do dwutysięcznego trzydziestego drugiego roku dachy z eternitu i tak zostaną wymienione z powodu prozaicznego zużycia – zauważa pan Piotrek. – By szybciej to nastąpiło wprowadziliśmy zachęty finansowe. Dotujemy opłaty za wywózkę, co roku wnioski o dotacje składa około trzydziestu właścicieli posesji – dodaje.

Lokalna efektywność wynika też z chęci maksymalnego wykorzystania zewnętrznych funduszy. Skoro stosunkowo łatwo można zdobyć środki na kanalizację czy budowę oczyszczalni ścieków (również ją buduje się w gminie Anity) to, dlaczego popełniać grzech zaniechania.

Zaangażowanych nie brakuje i w powiecie. Żadna sesja rady nie może się obejść bez ekologicznych interpelacji. To dzięki nim mieszkańcy mogą na internetowej stronie starostwa znaleźć aktualne komunikaty o stężeniu pyłu zawieszonego, czystości wód, to pod ich wpływem starostwo upomina się w województwie o kontrolowanie hałaśliwych firm. To starostwo zorganizowało konkurs „Ekologiczne Sołectwo”, promujący i premiujący schludność, czystość, porządek. Odzew czterech wiosek był obiecujący, ich dokonania napawające optymizmem. Tu wypieszczone podwóreczka, ówdzie obdarzony niespożytą społecznikowską energią sołtys, gdzie indziej rozpowszechnione płyty obornikowe, aż miło oceniać.

Niestety od województwa wzwyż dbałość o środowisko poczytywana jest często za zło konieczne.

Jako się rzekło, w gminie Anity wciąż straszą ruiny dawnej wytwórni eternitu, kryjące w sobie ów zabójczy azbest. Dla miejscowości nastawionej na turystykę (objętej częściowo unijnym obszarem „Natura 2000”) taka rakotwórcza narośl na powabnym ciele jest niewątpliwie wstydliwa i kłopotliwa. Upiorne pozostałości zdewastowanych zabudowań widać z głównej, przecinającej gminę ulicy, a mijający ją przybysze zastanawiają się, czy rzeczywiście trafili tam gdzie chcieli. Jej usunięcie i rekultywacja terenu wymagają niebagatelnych nakładów finansowych, na które gminy po prostu nie stać. Dokonywane dotychczas szacunki kosztów operacji zmieniały się jak w kalejdoskopie, rozpiętość wycen jest kosmiczna. Forsy wydawać nie zamierza również województwo. Na zasadzie spychoterapii, kukułcze jajo podrzuca zadłużonemu powiatowi, odsuwając tym samym załatwienie sprawy na Święty Nigdy.

Najświeższy proekologiczny prezent Urzędu Marszałkowskiego dla obywateli to pięciokrotna podwyżka (od nowego roku) stawek za składowanie śmieci na wysypiskach. W zamyśle ten dodatkowy „grosz” ma zasilać służące środowisku fundusze, tylko co ludzie powiedzą ?

Stosunek rządu do natury (w tym do „Natury 2000) obrazuje Dolina Rospudy. Dla osiągnięcia doraźnych politycznych celów można poświęcić nie tylko ptaszki, ale także zlekceważyć międzynarodowe zobowiązania.

Ten uporczywy dywan

Frontowymi żołnierzami walki o poprawę stanu środowiska są samorządowcy, niektóre firmy (zazwyczaj zachodnie) i media. Radni miasta Łodzi uchwalili ostatnio obowiązek używania w sklepach papierowych tytek zamiast plastikowych woreczków. Jedna z sieci supermarketów zaczęła stosować wyłącznie opakowania ulegające biodegradacji. Za materiał, który najbardziej wpłynął na życie Polaków tegoroczną dziennikarską nagrodę im. Andrzeja Woyciechowskiego otrzymał Adam Wajrak z „Gazety Wyborczej”. Wajrak zasłużył na wyróżnienie pisząc o Dolinie Rospudy.

Jednak prawdziwie nieodwracalna poprawa nastąpi dopiero wtedy, gdy zmieni się mentalność przeciętnego Polaka. Gdy w gminie Anity nikt już nie będzie palił w piecu plastikowym śmieciem, gdy wszyscy zdadzą sobie sprawę, że wylewanie szamba za płot to plucie do studni, z której czerpie się wodę. Gdy Borowieccy, Nowakowie i Kowalscy zaczną wreszcie rozczulać się nad rozdeptanymi motylkami i zwiędniętymi kwiatuszkami.

W gminie Anity przy handlowym pawilonie umieszczono klatki na odpady ze sztucznego tworzywa. Serce roście patrząc na te klatki, zapełniane zgodnie z przeznaczeniem.

Zachwyt mija, kiedy rozdęty pęcherz moczowy każe skierować się za pobliski żywopłot. Takie nagromadzenie flaszek, flaszeczek i flaszątek jest marzeniem każdego właściciela skupu butelek. No cóż, to nasze zwykłe zamiatanie pod dywan. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!