Piknik w siodle i zaprzęgu

repository_KonieFoto_konie-2midi
Konie zniknęły z wiejskiego krajobrazu. Zastąpiły je ciągniki sprzężone z wyspecjalizowanymi maszynami. Ostatnio jednak dopada nas tęsknota za tym, co odeszło w niepamięć: za stukotem podkutych kopyt, za radosnym rżeniem, za mądrością zwierzęcia, które jak żadne inne przez całe tysiąclecia było bliskie człowiekowi. Dlatego właśnie jak Polska długa i szeroka, w co drugim powiecie organizuje się pikniki końskie. Tego rodzaju impreza miała niedawno miejsce w Białej koło Wielunia (woj. łódzkie).

Ideą pikników jest pokazywanie różnych końskich ras. Podczas imprezy odbywającej się na wsi nie może zabraknąć ciężkich koni pociągowych. To właśnie one dominowały kiedyś na zagonach. Chodziły w pługu i bronach, ciągnęły drabiniaste wozy z sianem i słomą, a jak trzeba było to i na jarmark do miasta gospodarzy zawiozły.

Para łaciatych koników, zaprzężonych do pięknie odrestaurowanej bryczki to łakomy kąsek dla… nowożeńców. Podopieczni Wiśniewskiego w każdy weekend „obsługują” śluby w całym powiecie. Podczas pikniku końskiego w Białej to ten zaprzęg był najbardziej oklaskiwany przez licznie zgromadzoną publiczność.

Jeśli uczyć się powożenia, to tylko od doświadczonych woźniców. Dziadek najpierw pokaże „z czym to się je”, a potem odda lejce w ręce wnuka. Jazda wcale nie będzie prosta, bo prócz klaczy luzem przy zaprzęgu podąża źrebak.

Znawcy sztuki wzdychali z wrażenia, gdy spoglądali na tego ogiera. Wierzchowiec poruszał się dynamicznie ale i z nieopisaną gracją. Aplauz publiczności sięgnął zenitu, kiedy jeździec wraz ze swym podopiecznym zaserwowali wszystkim pokaz jazdy w stylu western. Patrząc na te popisy, można było myślami przenieść się na Dziki Zachód.

Gdzie ona, tam i on. Krok w krok podążał za nią. Najpierw stępa, potem kłusem, aż wreszcie galopem. Tylko dosiadający ich dżokeje, cały czas mieli marsowe miny. Czyżby końskie emocje nie robiły na nich wrażenia?

A to klacz czystej krwi arabskiej. Niezwykle urodziwa Ermina, wygrała w Białej konkurs piękności. Warto podkreślić, że jej właściciel (Romuald Chabinowski) jest zwolennikiem jazdy bez tzw. ogłowia. Jak widać na zdjęciu, swej klaczy nie wkłada niczego do pyska. Aby porozumieć się z koniem w takiej sytuacji istotny jest tzw. dosiad. (Więcej na ten temat piszemy w artykule „Na jurajskim Wzgórzu Koni” – także w Temacie Miesiąca).

Tutaj dla odmiany wierzchowiec w pełnej uprzęży – wraz z ogłowiem. Charakterystycznym ruchem ręki jeździec pozdrawia komisję sędziowską oraz publiczność.

Ta klacz wygląda bardzo niepozornie. Nie ma w niej nic z ogiera, podrygującego w stylu western, ani nic ze szlachetnej siwej klaczy z arabskim rodowodem. Jest jednak coś, co bardzo wysoko stawia ją w końskiej hierarchii – to klacz, wykorzystywana do hipoterapii. Na co dzień „pracuje” z dziećmi upośledzonymi ruchowo.

Nie ma jak poskubać sobie boiskowej murawy. Kucyki z filuternie przystrzyżonym, a gdzie niegdzie pofarbowanym włosiem zdają się być jakby poza gorączkową rywalizacją o miano najbardziej urodziwego wierzchowca.

Zaprzęg złożony z takiej siły pociągowej spisywał się znakomicie. Kucyki dawały sobie radę tak samo doskonale, jak ich roślejsi pobratymcy.

No i wyszło szydło z worka. Właścicielom „kucykowej brygady” nie o zaszczytne tytuły chodziło… Spragniona bliskości z koniem publiczność była w stanie słono zapłacić za kilka chwil w siodle. Wszak każdy chłopiec kiedyś chciał być kowbojem…

 

 fot. autor

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!

Newsletter

Co miesiąc najlepsze teksty WW w Twojej skrzynce!