Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Plan miejscowy – zło konieczne?

Rozmowa z Janem Knurą, członkiem Stowarzyszenia Urbaniści Polscy


Jan Knura, członek Stowarzyszenia Urbaniści Polscy.

Przemysław Chrzanowski: Kiedy gmina zamierza wyłożyć plan miejscowy do publicznego wglądu, zwykle na tablicy informacyjnej przed urzędem pojawia się jedynie niewielki komunikat. W efekcie mało kto do tegoż planu zagląda, a jeżeli na to się już zdecyduje, niewiele jest w stanie z niego zrozumieć.

Jan Knura, członek Stowarzyszenia Urbaniści Polscy: - Obwieszczenia, nawet te wydrukowane drobną czcionką są jednym z elementów dobrej praktyki w publikacji informacji o przystąpieniu do sporządzenia takiego dokumentu. Ustawowy zapis mówi, że do ludzi powinno się docierać w sposób zwyczajowo przyjęty. Wójt, radni wraz sołtysami powinni mówić o tym podczas zebrań wiejskich, można do tego wykorzystać nawet ambonę w kościele.

Przede wszystkim ludzie muszą wiedzieć, co to jest plan miejscowy, nie pozwolą wówczas na to, by ktoś za ich plecami decydował o przeznaczeniu ich działki. Taka wiedza umożliwia debatę publiczną. Niestety, sprytny projektant potrafi tak zawoalować rzeczywistość, że nikt nie ma do niego pretensji. Używa niezrozumiałych pojęć, skrótów myślowych – a wszystko po to, by bez problemu przejść procedurę planistyczną. Żeby tylko nikt nie zgłosił jakichkolwiek zastrzeżeń. Każda uwaga cofa ów proces, podważając wiarygodność gminy w oczach potencjalnego inwestora.

Czy w tej materii zdarzają się dobre praktyki?

- Na przykład miasto Poznań zamiast jednego, jak tego wymaga ustawa, organizuje trzy wyłożenia planów przestrzennych. Najpierw zaraz po podjęciu uchwały podejmuje się pierwszą dyskusję publiczną, gdzie wszyscy zainteresowani zebrani w jednej sali maja prawo się w danej sprawie wypowiedzieć. Następnie zbierane są wnioski, tworzy się projekt, który także jest przekazany do społecznej akceptacji. Potem przesyłany jest do fachowych opiniodawców i do około 40 instytucji. Po tym wszystkim następuje dopiero ustawowe wyłożenie projektu do publicznego wglądu. Mieszkańcy mają tam aż trzy szanse, żeby z konkretnym dokumentem się zapoznać. To wzorcowe postępowanie, powinny z niego skorzystać wszystkie te gminy, którym zależy na dobrym współdziałaniu z mieszkańcami.

Czy plany przestrzenne komukolwiek są dzisiaj potrzebne? Są gminy, które odżegnują się od nich, czy tak jest wygodniej?

- Mamy w kraju 29 proc. terenów objętych planami miejscowymi. Obecnie króluje decyzja o warunkach zabudowy. O ile w planie miejscowym to radni z wójtem i mieszkańcami decydują, co będzie znajdowało się w konkretnym miejscu, o tyle w przypadku decyzji gmina staje się zwykłym organem administracyjnym. Gmina musi wydać pozytywną decyzję, jeśli inwestor spełnia kilka podstawowych warunków: ma sąsiedztwo, ma dostęp do drogi i infrastruktury.

Plan miejscowy daje gminie prawo do kształtowania przestrzeni. Bez tego dojdzie do takich zjawisk jak suburbanizacja (jedna z faz rozwoju miasta, polegająca na wyludnianiu się centrum i rozwoju strefy podmiejskiej – przyp. red.) czy degradacja środowiska.

Obecnie decyzje o warunkach zabudowy pomijają kwestie zagrożenia powodziowego czy osuwiskowego. Śmiem twierdzić, że decyzja o warunkach zabudowy jest najgorszym elementem w procesie kształtowania przestrzeni.

Brak planów miejscowych to sytuacja wygodna dla wielu inwestorów, którzy mogą stawiać rozmaite instalacje dosłownie gdzie popadnie. Tak dzieje się miedzy innymi z urządzeniami produkującymi zieloną energię. Bardzo często zakłócają one przestrzeń, co budzi zrozumiałe oburzenie lokalnych społeczności.

- Ustawa obecnie dopuszcza lokalizację farm wiatrowych czy fotowoltaicznych na podstawie warunków zabudowy. Mamy jeszcze taką interpretację, że siłownie wiatrowe stanowią infrastrukturę techniczną, co z kolei jeszcze bardziej upraszcza kwestię lokalizacji wiatraków, bo nie ma mowy o tzw. sąsiedztwie.

Brak planów miejscowych powoduje, że dajemy inwestorom możliwość wejścia z budową dosłownie wszędzie. Obecnie sporządzam w kilku gminach plany miejscowe specjalnie pod farmy wiatrowe. Dlaczego? Bo inwestorzy, którzy je budują, są zdecydowani, by realizować te zadania zgodnie ze studium zagospodarowania przestrzennego oraz planem miejscowym. Mają w ten sposób zabezpieczenie przed wielkim sprzeciwem społecznym. Jeżeli zrobią to poprawnie, poinformują mieszkańców, a finalnie podzielą się zyskiem– czyli wybudują drogi, zainwestują w lokalną oświatę, czy służbę zdrowia - to nikomu się nie narażą. W planach miejscowych można od razu wskazać miejsce ewentualnej lokalizacji wspomnianych urządzeń. Jeżeli ich nie ma, dochodzi do konfliktowych sytuacji.

Od kogo powinniśmy uczyć się ładu przestrzennego?

- Proszę wybrać się na przykład do Austrii. Zobaczymy tam piękne, jednorodnie skomponowane architektonicznie miejscowości. Domki identyczne, kolorystyka identyczna, uliczki malownicze. Tam nikt się nie wyłamie i mimo, że stać go na to, nie wybuduje tureckiego pałacu. Tam nikt nie dyskutuje, że zbyt mocno zaingerowano w jego prawo własności, nakazując budowę w określonym stylu.

U nas to praktycznie niemożliwe. Samorządy mogą wprawdzie wpływać na kształt zabudowy, ale tego nie robią. Dlaczego?

- Gminy nie stać na to, by inwestorowi wyłączyć dany teren spod zabudowy, albo zmienić plan tak, by nie mógł wybudować gmachu szerokiego na 30 metrów, a co najwyżej na 10. Każde uchwalenie planu miejscowego, powodujące spadek wartości nieruchomości, daje jej właścicielowi możliwość ubiegania się o odszkodowania w ciągu pięciu lat. I to właśnie dlatego gminy boją się ograniczać prawa własności. Dochodzi to tego jedynie wówczas, kiedy w grę wchodzi ważny interes społeczny. Bo trzeba na przykład przeprowadzić tędy wodociąg, albo kolektor ściekowy. Jeżeli chodzi o regulowanie tą drogą ładu przestrzennego, to u nas to nie wychodzi samorządom na dobre.

Niedawno weszła w życie ustawa, która miała uregulować kwestię wieszania reklam, które powoli stają się naszą zmorą. Czy widać już jakieś efekty funkcjonowania nowych przepisów?

Ustawa weszła w życie przed trzema miesiącami, kolokwialnie nazywana jest ustawą reklamowo-płotową, bo ma regulować również kwestię rodzaju ogrodzeń. Zapis ten ma jednak taki mankament, że daje podstawy do pobierania kolejnej opłaty. Co zatem robi gmina? Zamiast zadbać o ład przestrzenny i zakazać instalowania kolejnych krzykliwych reklam, robi coś zupełnie przeciwnego: zezwala na wszystko, bo z tego tytułu może pobierać pieniądze. To kolejna degradacja, a miało być zupełnie na odwrót.

***

 

inż. Jan Knura - urbanista i geodeta, wieloletni pracownik na stanowisku inspektora wojewódzkiego Wydziału Infrastruktury Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach, członek Stowarzyszenia Urbaniści Polscy. Prelegent na seminariach poświęconych tematyce planowania przestrzennego organizowanych przez Śląski Związek Gmin i Powiatów, Stowarzyszenie Urbaniści Polscy, Miasto Olkusz oraz Stowarzyszenie Urbanistów ZOIU.

 

***

Projekt dofinansowany z dotacji przyznanej w ramach programu Obywatele dla Demokracji, prowadzonego przez Fundację im. Stefana Batorego we współpracy z Polską Fundacją Dzieci i Młodzieży, finansowanego ze środków Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego (tzw. Funduszy EOG).

ZOBACZ RÓWNIEŻ:

Film podsumowujący pierwszy etap projektu „Nasza przestrzeń nasza sprawa – konsultacje społeczne planów miejscowych”

 

***

 

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx