Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Chóralna edukacja na emeryturze

Przejście na emeryturę to dla wielu ludzi moment przełomowy. Nagle trzeba odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości. Można nie reagować na budzik, nigdzie się nie spieszyć, o każdej porze dnia usiąść z gazetą, a nawet się zdrzemnąć. Niby wszystko w porządku, bo przecież emeryturę powszechnie kojarzy się z zasłużonym odpoczynkiem. Nie wszyscy jednak poddają się temu stereotypowi: budzą się jak dawniej o 5.30 i szukają dla siebie zajęcia. Stagnacja im zdecydowanie nie odpowiada.

Właśnie dla takich emerytów uruchamia się od lat Uniwersytety Trzeciego Wieku. Ich ideą jest aktywizacja ludzi starszych, a także wykorzystanie ich potencjału na rynku pracy, wszak dysponują oni ogromną wiedzą i doświadczeniem życiowym. Poza tym wielu seniorów jest wciąż sprawnych, nie znosi biernego siedzenia w czterech ścianach, potrzebuje pretekstu do wyjścia z domu. Problem polega jednak na tym, że wspomniane uniwersytety tworzy się przede wszystkim w miastach. Mieszkańcy wsi mają do nich zatem dostęp bardzo ograniczony. Czy są w związku z tym skazani na bezczynność? Mieszkańcy jednej z podwieluńskich parafii udowadniają, że absolutnie nie.

Wszystko zaczęło się od chwili, kiedy w owej parafii pojawił się nowy proboszcz. Od razu zaczął organizować spotkania dla osób starszych: koncerty, odczyty, msze w plenerze, spotkania ze znanymi ludźmi, kościelnymi dostojnikami. Widać było, że seniorzy to jego „oczko w głowie”. Parafianie oczywiście to dostrzegli i postanowili pójść za ciosem: namówili księdza, by ten stworzył kościelny chór. Od dawna bowiem szemrano pokątnie, że takowy by się przydał, ale jakoś nikt wcześniej nie miał odwagi się za to zabrać. Podczas wizyty kolędowej, która miała miejsce dokładnie przed rokiem, proboszcz zebrał około 40 deklaracji przystąpienia do kościelnej formacji wokalnej. W gronie zainteresowanych znalazł się pan Zygmunt Kurant, emerytowany inżynier.

- Całe swoje życie zawodowe spędziłem w jednym zakładzie. Pracowałem na odpowiedzialnych stanowiskach, głowę zawsze miałem pełną problemów. Kiedy osiągnąłem wiek emerytalny, w firmie zaczęła się restrukturyzacja. Wówczas podjąłem decyzję, że już czas odpocząć. Na początku nie wiedziałem co mam z sobą począć, brak zajęcia był dla mnie destrukcyjny. Propozycja stworzenia chóru przy naszym kościele w tym kontekście bardzo mi się spodobała. Zawsze lubiłem śpiewać, w młodości należałem do zespołu muzyczno-wokalnego, grając po zabawach i weselach zarabiałem na swoje utrzymanie w technikum, a potem na studiach. Z założenia jestem basem, ale nieźle spisuję się w partiach barytonowych, a nawet tenorowych. W poznawaniu nowych utworów zdecydowanie pomaga mi to, że dobrze znam nuty. Większość członków naszego chóru nadal się ich uczy – opowiada pan Zygmunt.

Z czterdziestu zadeklarowanych śpiewaków na pierwszym spotkaniu pojawiło się dokładnie dwudziestu. We wsi plotkowano, że pozostali mieli chęć, ale wystraszyli się publicznego castingu, polegającego na solowym odśpiewaniu popularnej kolędy w wersji a capella (bez akompaniamentu). Obawiali się tego zupełnie bezpodstawnie, bo do chóru przyjęto wszystkich – bez względu na to, czy fałszowali, czy też nie. 
 


 Przed kilkoma tygodniami chór miał okazję pochwalić się swoim
bożonarodzeniowym repertuarem podczas lokalnego przeglądu kolęd.

– Oczywiście chcemy, by zespół brzmiał pięknie, ale najważniejsze są chęci. Jeśli wszyscy dobrze będziemy się przykładać, damy radę zaśpiewać nawet najtrudniejszy repertuar. Warto w tym kontekście głośno powiedzieć, że kto śpiewa, ten dwa razy się modli – obwieścił ksiądz proboszcz. 

Od tego momentu członkowie chóru spotykają się regularnie. Tydzień w tydzień (zawsze w środy) przykościelna salka rozbrzmiewa najpierw technicznymi wprawkami, a potem dwugłosowymi pieśniami. Żadnej próby nie opuścił pan Janusz Chwiłka, kiedyś lokalny przedsiębiorca, teraz emeryt – jak wszyscy tutaj.

 – Biznes krawiecki prowadziłem. Najpierw pracowałem jako kierownik dużej państwowej szwalni, a jak zakład upadł, to go za psie pieniądze kupiłem. Wiadomo, raz szło dobrze, innym razem gorzej. Teraz firmę przekazałem córce i zięciowi, niech się wykażą. Ja przyglądam się temu wszystkiemu z boku i staram się nie wtrącać. Mam wreszcie czas, żeby zająć się sobą. Na próby chóru zawsze przychodzę nieco wcześniej, wtedy organista ma czas, żeby mnie znajomości nut trochę poduczyć – śmieje się pan Janusz. - Wszyscy się tu dobrze znamy, przecież jesteśmy z tej samej miejscowości. Jak ktoś lekko zafałszuje, nie boimy się mu tego wytknąć. Nierzadko do jednej klasy się chodziło, a teraz na jesieni życia znów przyszło się uczyć. Można powiedzieć, że historia zatoczyła koło.

Do pierwszego publicznego występu chór przygotowywał się bardzo starannie przez jakieś dwa miesiące. Musiała temu towarzyszyć wyjątkowa okazja – padło na święta wielkanocne. Występ zarekomendował ksiądz proboszcz podczas mszy w niedzielę palmową, można się było spodziewać, że publika dopisze. I tak się stało. Kiedy gruchnęły z chóru pierwsze takty, parafianie szeroko otworzyli oczy ze zdumienia, dwugłosowa pieśń z artyzmem wykonana przez niespełna dwudziestu śpiewaków wywarła na uczestnikach koncertu niesamowite wrażenie. Potem świątynię wypełniły kolejne utwory i znów było cudnie. Po występie ludzie nie zawahali się złożyć rąk do oklasków. Stało się jasne, że chór to był strzał w dziesiątkę.

- Na co dzień żyjemy swoimi problemami. Pomagamy dzieciom w gospodarstwach, wychowujemy wnuki, ale gdy tylko przychodzi stosowna pora, wychodzimy na próbę. To dla chyba wszystkich z nas żelazny priorytet. Warto narzucić sobie taką dyscyplinę i uczynić z tych cotygodniowych spotkań pewnego rodzaju świętość. Tylko w ten sposób można coś osiągnąć – twierdzi pani Zofia Czarnuch, emerytowana przedszkolanka.

– Śpiewać każdy może – tak przynajmniej głosił kiedyś Jerzy Stuhr. Mnie też się tak wydawało, lecz zmieniłam zdanie, kiedy pojawiłam się na jednej z pierwszych prób chóru. Okazało się, że mój głosik jest słaby, a do tego piskliwy. Nie trzymałam wartości nutowych, nie wiedziałam, co znaczy „piano”, a co na przykład „mezzo forte”. Teraz codziennie ćwiczę, mój głos stał się bardziej dojrzały, pełny. Po roku nauki podstaw śpiewu znam nuty i wiem jak używać przepony. Tylko mój mąż cały czas się pod wąsem ze mnie śmieje. Ja mu na to wciąż powtarzam, że jestem żywym dowodem na to, iż na naukę nigdy nie jest za późno.

Parafialny chór przypomina dziś dobrze naoliwioną maszynę. Każdy jej trybik pracuje z coraz większą precyzją.

– Ludzie „spinają” się szczególnie przed publicznymi występami. Na próbach bywa różnie, zdarza się, że jedną partię powtarzamy po kilkanaście razy i nic z tego nie wychodzi. Kiedy mamy koncert, albo tworzymy oprawę do niedzielnej mszy, wszystko wychodzi idealnie – z zadowolenia zaciera ręce Wiktor Pawlak, miejscowy organista. - Czasem samemu trudno mi uwierzyć, że pracuję tutaj z samymi emerytami. Wydawałoby się, że w życiu zrobili już tak wiele, że nie muszą niczego nikomu udowadniać, a tu proszę... Samozaparcia, determinacji w działaniu,, a przede wszystkim pracowitości mogliby się od nich uczyć reprezentanci młodego pokolenia.

Przed kilkoma tygodniami chór miał okazję pochwalić się swoim bożonarodzeniowym repertuarem podczas lokalnego przeglądu kolęd. Bardzo licznie zgromadzona publiczność miała okazję posłuchać kilku pastorałek. Była oczywiście owacja na stojąco, gromkie oklaski po raz kolejny utwierdziły chórzystów w przekonaniu, że to co robią ma sens.

- Zespół prezentuje coraz lepszą formę, zaczynam się w związku z tym zastanawiać nad wprowadzeniem dwóch kolejnych partii głosowych. Podział na basy, tenory, alty i soprany zbliżyłby nas do profesjonalnych chórów. To już oczywiście nie lada wyzwanie, gdyby udało się nam zgrać to wszystko ze sobą, bylibyśmy prawdziwymi gwiazdorami. Uczniów mam pojętnych, więc chyba warto spróbować – twierdzi pan Wiktor.

Mentorem zespołu jest oczywiście ksiądz proboszcz. Dba o to, żeby w jego chóralnej formacji nie tylko głosy funkcjonowały idealnie. Wie, że liczy się ponadto poczucie więzi pomiędzy członkami grupy. A nic tak nie integruje ludzi jak wspólne wyjazdy. Finansuje im zatem wypady do teatru, filharmonii, czy operetki.

– Atmosfera zawsze jest wspaniała. Gdybyśmy nie mieli naszego ukochanego chóru, gnuśnielibyśmy w domach i czekali na to, co nieuchronne. Dziś każdy z nas cieszy się życiem i oddycha pełną piersią – kwituje pani Zofia.

 

Przemysław Chrzanowski

 

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx