Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Kultura chce do realu

Jak „czuje się” kultura w czasie epidemii? Na pozór całkiem nieźle, bo za sprawą Internetu mamy do niej bardzo szeroki dostęp. Wprawdzie przeżywamy ją w samotności, ale nigdy wcześniej nie mogliśmy korzystać z tak szerokiej oferty wirtualnej, z jaką spotykamy się teraz. Jednym kliknięciem otwieramy podwoje muzeum, galerii, stajemy oko w oko z koncertującymi muzykami. Bez biletów, płatnych kodów dostępu, cyfrowych prenumerat. Po dwóch miesiącach izolacji wiemy, że ten pomysł na kulturę na dłuższą metę się nie sprawdzi. Bo nie daje chleba artystom.

1
Marcin Kurnik, prezes Fundacji Q (po lewej) i Robert Wilk, wiceprezes.

- W tej chwili uwijamy się jak w ukropie, by znaleźć receptę na przetrwanie. Szukamy rozwiązań, które będą funkcjonowały w czasie przejściowym po pandemii, w czasie lęku i uprzedzeń. Widzimy, że jest olbrzymie zapotrzebowanie na koncerty. Realizujemy je, ale nie czynimy tego z rozmachem, ponieważ na naszej wirtualnej scenie goszczą artyści raczej niszowi. Nasze transmisje oglądane są przez setki, czy nawet tysiące ludzi. Dzieje się to na Facebooku, a ten typ przekazu nie „monetyzuje”. Kiedy do Muzeum Opowieści przychodzą żywi ludzie, za nimi idą pieniądze. Każdy kameralny koncert lub inne wydarzenie przynoszą nieduże aczkolwiek realne zyski, które pozwalają nam przetrwać.

Social media są w porządku w kontekście promocji, przecierania szlaków, zjednywania sobie sympatyków, budowania społeczności wokół inicjatyw, które podejmujemy. I na tym koniec – mówi Marcin Kurnik, muzyk, animator kultury, jeden z założycieli Muzeum Opowieści w Rozalinie.

Początkowo cały świat kultury zachłysnął się Internetem, artyści robili wszystko, by pokazać światu, że są, że działają i się nie poddają. Teraz po dwóch miesiącach alienacji już wiadomo, że przeniesienie niemal wszystkiego do sieci jest możliwe, ale ma swoje wady.

- Możemy opowiadać wirtualnie o tym, o czym na ogół mówimy podczas spotkań z odbiorcami warsztatowymi. Możemy udostępniać nasze zbiory, możemy także edukować, realizować projekty… Tylko, że za to nikt nie zapłaci nawet złotówki. Ktoś, kto siedzi po drugiej stronie światłowodu, bardzo rzadko sięga do kieszeni, by wesprzeć kulturę. Istnieje bowiem utarte przekonanie, że to co publikuje się w Internecie, to koniecznie musi być za darmo. Niestety w dalszym ciągu żyjemy w okresie potransformacyjnym, gdzie nadal korzysta się z nielegalnego oprogramowania, albo kombinuje jak tanio podzielić sygnał z kablówki. W takich okolicznościach droga do zarabiania na kulturze w Internecie jeszcze długo będzie wyboista – przewiduje Marcin Kurnik.

Pewnym pomysłem na gromadzenie środków miała się stać wirtualna skarbonka, za sprawa której można gromadzić środki na różne cele, lub choćby dla artystów występujących w internetowych wydarzeniach. To ludzie, którzy nie oczekują wielkich apanaży, ale czasem muszą dojechać, albo coś zjeść. Okazało się, że nawet przy kilkutysięcznym audytorium te wpłaty były mizerne, sięgające najwyżej 200 zł. Zgoła inaczej jest wówczas, gdy koncertowi towarzyszy nadrzędny, „ograny” medialnie cel.

- Kiedy graliśmy dla trawionej pożarami Biebrzy, datki płynęły szerokim strumieniem. Kultura, którą my staramy się uprawiać, niestety nie powoduje brzęku w skarbonce. To wszystko jest dla nas bardzo świeże. Ciągle zdobywamy nowe doświadczenia i uczymy się na błędach – swoich i innych. Być może dobrym pomysłem byłoby uruchomienie płatnej platformy kulturalnej, działającej trochę jak popularny Netflix. Dziś wiemy, że ludzie poszukujący wydarzeń artystycznych chętnie korzystają z mediów elektronicznych. Sądzę, że w dalszej perspektywie taki projekt mógłby mieć sens, ale tylko pod warunkiem, że zmieni się nieco mentalność odbiorców, którzy zdecydują się wysupłać grosz na płatną transmisję – przewiduje Marcin Kurnik.

 2
Koncert online w rozalińskim Muzeum Opowieści.

- Nie chcę narzekać, zdaję sobie jednak sprawę, że jestem przedstawicielem „dostawców” działań kulturalnych i poniekąd wyrażam nastroje całego środowiska. Wiele placówek działających w branży albo całkowicie upadnie, albo przez lata będzie lizać rany po pandemii. Nie ma umownego terminu od którego ruszymy z kopyta. Ludzie najpierw pójdą do fryzjerów, na zakupy do galerii, a o muzeach, kinach, czy teatrach pomyślą w bardzo odległej perspektywie. A my mamy do uregulowania rachunki za prąd, ogrzewanie, podatki, ludzi na etatach. Odpowiedzialność za utrzymanie placówek przy życiu spoczywa dziś na barkach ich dyrektorów i kierowników, którzy w wielu przypadkach będą musieli je zamknąć z przyczyn niedopięcia ekonomicznego. Te prowadzone przez samorządy będą mogły liczyć na dotacje, ale „pozarządówki” ze swoimi kulturalnymi projektami mogą się nie obronić. Dokładnie teraz dzieje się to we Włoszech.

Dla Muzeum Opowieści czas pandemii pokrył się z okresem dotychczasowych żniw. Swoją ofertę placówka w dużej mierze adresuje do młodzieży szkolnej, która od dwóch miesięcy pozostaje w domach. Nie ma żadnych projektów, spotkań z artystami, koncertów z udziałem młodej publiczności. Czas pomiędzy egzaminami ósmoklasistów a momentem rozdania świadectw był do tej pory okresem wzmożonej aktywności, co przekładało się na realne zyski. Podobnie dzieje się na przełomie września i października.

- Dziś tych pieniędzy nie mamy. Nie mamy też rezerwacji na planowane wydarzenia do końca roku. Nie braliśmy nigdy zaliczek, a teraz widzimy, że to był błąd. Perspektywa na najbliższe miesiące jest marna, tym bardziej, że nie skorzystaliśmy z rządowej tarczy. Jeszcze pół roku temu z optymizmem spoglądaliśmy w przyszłość, snuliśmy plany remontowo-budowlane, dzięki której nasza placówka zyskałaby cześć hostelową. Zamierzaliśmy stworzyć warunki dla organizacji kilkudniowych przedsięwzięć kulturalnych i oświatowych. Skończyło się na tym, że walczymy o przetrwanie, co zapewne skończy się kredytem. W obecnej sytuacji nie mamy szans na jakiekolwiek wsparcie ze środków rządowych, bo dotacje państwowe, realnie przełożą się na zaledwie 150 grantów w skali kraju. To kropla w morzu potrzeb – kwituje Marcin Kurnik.

– My na pewno się nie poddamy. Mamy doświadczenia przy organizacji dużych wydarzeń, wiemy doskonale, że kultura to biznes. Piszemy wnioski, startujemy w konkursach, podejmujemy współpracę z różnymi podmiotami. Robimy wszystko, żeby przetrwać. Trzeba sobie jednak zdawać sprawę, że nie wszędzie ludzie od kultury są jednocześnie księgowymi i biznesmenami. I tacy mogą polec bez walki.

Przemysław Chrzanowski

Więcej w tej kategorii: « Ważne komunikaty ZGWRP

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx