Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Dla kogo kosztowne monografie?

O historii naszych małych ojczyzn wciąż wiemy zbyt mało. Mając to na uwadze, w wielu samorządach na przestrzeni ostatnich lat zadecydowano o wydatkowaniu horrendalnych funduszy na przygotowanie profesjonalnych monografii. Cel wydaje się zacny, ale zainteresowanie naukowymi opracowaniami absolutnie nie idzie w parze z gigantycznymi nakładami.

To dla potomnych

Wszystko zaczyna się zwykle od pomysłu wójta, albo grupy radnych. Kiedy po raz pierwszy artykułują oni kuluarową myśl na sesji rady gminy, od razu padają pytania o koszty. Najlepiej zorientowani w tej kwestii są ludzie, którym zleca się napisanie opracowania, dlatego zaprasza się ich na takie spotkania. Wszelkim niedowiarkom wyjaśniają wówczas, że to bardzo ważne, by gmina miała swoją monografię, że to dla potomnych, że teraz jest na to najlepszy czas, ponieważ żyją jeszcze ludzie, którzy wiele pamiętają… No i są środki unijne, z których można po części sfinansować wydanie publikacji. Zazwyczaj na początku nie mówi się o konkretnych kosztach, trudno oszacować jak długo będą trwały prace badawcze, nie wiadomo także jak za kilka lat będą kształtować się ceny samego druku.

Potem jest uchwała o charakterze intencyjnym, która nie pociąga za sobą jeszcze żadnych nakładów finansowych. Włodarze podkreślają jednak, że taki zapis przegłosowany przez radę gminy umożliwia starania o pozyskanie na ten cel pieniędzy z funduszy zewnętrznych. Rzadko gdzie jednak po takie pieniądze się sięga, zadanie jest rozłożone na lata, więc sukcesywnie asygnuje się na to środki z budżetu.

Fanaberia rządzących?

W jednej z miejscowości w Pieninach zadecydowano, że na monografię samorząd wyłoży 50 tys. zł – to tylko koszt napisania rozdziałów monografii przez 8 autorów. Kosztorys nie obejmuje składu technicznego i wydania publikacji drukiem, co (jak napisano w stosownym ogłoszeniu) nastąpi w innym zadaniu budżetowym po wybraniu najbardziej korzystnej oferty wydawniczej. W skład podanej kwoty wejdzie natomiast pozyskanie fotografii, materiałów archiwalnych, opracowanie map i rysunków i prawa autorskie do materiałów i tekstów. Ostatecznie pewnie oprze się na 70-80 tys. zł. Czy to dużo? Internauci nie maja wątpliwości, że jest to niepotrzebny wydatek:

– Za takie pieniądze można poprawić infrastrukturę we wsi. Przystanki poniszczone, drogi dziurawe, no i plac zabaw by się przydał. Książka na półkę trafi i kurz ją pokryje, to fanaberia rządzących. My tu na dole mamy inne potrzeby.

Podobne odczucia mają mieszkańcy jednego z miasteczek na Lubelszczyźnie. Plany powstania takiej publikacji zapowiedziane zostały podczas sesji rady miasta. Jej przygotowanie ma się rozpocząć jeszcze w tym roku pod kierownictwem miejscowego regionalisty i historyka. Publikacja byłaby dziełem 15 naukowców i obejmowałaby całe dzieje miasta. Tutaj jednak wątpliwości, co do kosztów wyrazili już sami radni. Nic dziwnego skoro cena takiego wydawnictwa opiewać ma na kwotę około 120 tysięcy złotych. Jak podkreślają, są o wiele pilniejsze i bardziej potrzebne wydatki. Ostatecznie zaplanowana kwota na stworzenie monografii została pomniejszona do 55 tys. zł i pokryje jedynie przygotowanie treści publikacji przez lubelskich historyków. O jej wydruku zadecydują radni kolejnej kadencji.

I tak tego nikt nie czyta?

Według specjalistów przygotowanie monografii trwać może kilka lat. Przez ten czas trzeba prowadzić kosztowne prace badawcze, przyjmuje się, że jest to wydatek około 20-30 tys. zł rocznie. Koszt samego druku to wydatek rzędu 35-40 tys. zł – w zależności od objętości książki i wielkości nakładu. Do tego należy doliczyć gaże dla autorów poszczególnych rozdziałów, każdy z nich życzy sobie od 5 do 8 tys. zł. Po podliczeniu wszystkich wydatków może się okazać, że koszt wydania monografii może iść w setki tysięcy.

- To przejaw totalnej niegospodarności. A poza tym i tak prawie nikt tego nie czyta – grzmi internauta z powiatu wieluńskiego, na którego terenie wydano aż pięć opasłych monografii.

- Niektóre z tych opracowań mają po 800 stron, w żaden sposób nie można przez nie przebrnąć, bo są napisane nieprzyjaznym, naukowym językiem, zawierają mnóstwo przypisów. W mojej miejscowości ludzie kupowali monografie po 50 zł, a potem stawiali je na półce dla ozdoby. I to jedyna rzecz, do której nie można się przyczepić: twarda oprawa, kredowy papier – słowem wydawniczy mercedes.

Tylko po co to wszystko? Z tysięcznego nakładu zwykle zostają setki egzemplarzy, którymi nikt już nie jest zainteresowany. Upycha się je po okolicznych bibliotekach, a kiedy i tam półki się uginają, czyni się z nich materiały promocyjne, lub prezenciki dla gości ze świata.

Czy można inaczej?

Można. W wielu miejscowościach autorami monografii są żyjący tam regionaliści, czy historycy. W odróżnieniu od panów doktorów i profesorów z lokalnych uniwerków nie podchodzą do sprawy incydentalnie, nie przyjeżdżają na zarobek. Bardzo często poświęcają kawał swojego życia, by dotrzeć do najgłębiej skrywanych tajemnic, archiwa znają na wylot, posiadają bogate, gromadzone latami zasoby fotograficzne, a oprócz niezaprzeczalnych faktów, mają w zanadrzu legendy, podania, obok których naukowiec zwykle przechodzi obojętnie.

Używają języka, który dociera do wszystkich. Ich książki trafiają dosłownie pod strzechy i wchodzą do kanonu miejscowych lektur obowiązkowych. Twórcy tego rodzaju opracowań z reguły nie wyzbywają się praw autorskich i nie oczekują od samorządowców bajońskich kwot za ich napisanie. Bardzo często druk takiego dzieła jest możliwy dzięki lokalnym sponsorom oraz organizacjom pozarządowym.

Przemysław Chrzanowski

1 komentarz

  • Michał

    Ciężko się zgodzić w pełni z powyższym testem. Oczywiście są to przykłady niegospodarności, przykłady rzeczywiście dużych sum. Chciałem jednak zaznaczyć, że jest to tylko część zjawiska. Znaczna większość monografii wsi, małych miasteczek, gmin i parafii to prace magisterskie, ewentualnie doktoraty. Autorzy nie dostają za nie praktycznie żadnych pieniędzy - jedyne koszty to koszty wydawnicze, które w przypadku takich wydawnictw najczęściej nie przekraczają 20 tys., a zazwyczaj oscylują w okolicach 10 tys., które do tego w części są pokrywane przez Urzędy Marszałkowskie. Sam jestem doktorem historii i regionalistą, ostatnio wydałem swój doktorat, który jest również monografią niedużej gminy w 17 w. Dla uściślenia - nie jestem mieszkańcem tej gminy. Nie dostałem za to gaży autorskiej, zaś badania w całości prowadziłem na swój koszt, a wiązało się to m.in. z wyjazdami zagranicznymi i po całej Polsce. W ciągu kilku dni rozeszło się 200 egzemplarzy książki. Proszę więc nie generalizować. Samorządowcy powinni wspierać inicjatywy wydawnicze poświęcone historii regionalnej, tylko oczywiście z głową. Co do miejscowych regionalistów i pasjonatów - a skąd oni mają wziąć fundusze na badani i własny rozwój, by nie powtarzać utrwalonych półprawd, mitów i weryfikować je z faktami zapisanymi w dokumentach znajdujących się nie tylko w lokalnym archiwum? Zwłaszcza, że dokumenty (w zależności od regionu) mogą być zapisane w wielu językach. Na Podlasiu, by napisać pełną monografię jakiejś miejscowości należy znać język polski, rosyjski (a także ruski), niemiecki, przydałby się jidysz i hebrajski. Bez profesjonalnego przygotowania bardzo często takie monografie są niezwykle wyrywkowe i niespójne - od XV do XIX w. jest to 20 stron, zaś o 20-leciu międzywojennym jest stron 70. Wiąże się to z tym, że do starszych źródeł tacy autorzy nie potrafią często dotrzeć i ich dobrze zinterpretować. Nie chcę jednak odbierać czci regionalistom i pasjonatom, bo jest również wielu naprawdę solidnych autorów o dużych umiejętnościach i wiedzy.

    Michał środa, 20, wrzesień 2017 18:47 Link do komentarza

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx