Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!
Wydrukuj tę stronę

Uboczne skutki bycia na uboczu

Samorządowy narybek jakoś nie chce się ujawnić. Trudno znaleźć świeżych chętnych na radnego w powiecie czy gminie. Komitetów wyborczych trochę zawiązano, czołowe partie zdecydowanie wyrażają wolę rządzenia terenem, a z rekrutacją na listy wyborcze kiepsko.

Liderzy lokalnych ugrupowań głowią się, komu by tu jeszcze zaproponować miejsce we własnych szeregach. Dotychczasowe łowy przyniosły raczej mizerne rezultaty, a zasób atrakcyjnych kandydatów kurczy się dramatycznie. Wygląda na to, że część samorządowców będzie pochodziła z przysłowiowej łapanki. Chłodny stosunek do uczestniczenia we władzy może być efektem wydarzeń, o których w powiecie było w tej kadencji głośno. W kwietniu 2013 roku do siedziby starostwa wkroczyło dwudziestu czterech funkcjonariuszy komendy wojewódzkiej policji. Rozproszywszy się po wydziałach, zarekwirowali urzędowe papierki dotyczące przetargów, zamówień publicznych, decyzji i działań związanych z przedłużającą się budową Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Nawiasem mówiąc, SOR do dzisiaj nie został uruchomiony, choć pierwotny termin zakończenia inwestycji upłynął dwa lata temu. Śledztwo w sprawie ewentualnych nieprawidłowości wszczęto we wrześniu 2012 roku.

Walka o dominację

Atmosfera w powiecie zaczęła gęstnieć zaraz po wyborach. Zarówno w starostwie, jak i urzędzie najważniejszej z gmin zagnieździli się ludzie z jednego ugrupowania, stworzonego zresztą przez dopiero co wyłonionego prezydenta powiatowego grodu. Sam prezydent tę funkcję już pełnił, tylko w jednej kadencji magistrat zamienił na starostwo, obejmując pieczę nad powiatem. Fuchę traktował tymczasowo, szykując się do powrotu na z dawna wygrzany przez siebie stołek. Cztery lata temu kampania przebiegła pomyślnie i nasz bohater znów zajął dobrze znany mu gabinet. Powyborcza sytuacja ułożyła się znakomicie. Wskrzeszony prezydent dysponował większością swoich ludzi w radzie miasta i radzie powiatu, zatem wskazał także nowego starostę. Namaścił młodego radnego, wcześniej menadżera wiejskiej piekarni (tak, pomijając przymiotnik „wiejskiej”, przedstawiał się nominant). Magistrat stał się więc ośrodkiem władzy absolutnej, wykraczającej poza formalne kompetencje głowy grodu. Władzy w pełni wykorzystywanej do obsadzania stanowisk i utrzymywania na nich figur wiernych, sprawdzonych, acz niekoniecznie wybitnych. W powszechnym przekonaniu oczywiste było, że nowy, młody starosta stanowi narzędzie w rękach prezydenta, że jest posłusznym wykonawcą jego instrukcji. Niestety realizacja powierzanych mu zadań pozostawiała sporo do życzenia.

Urząd zamienił się w pole walki o polityczną dominację. Namiestnik prezydenta popadł w zaostrzający się konflikt ze swoim formalnym zastępcą. Tłem sporu była niezgodność co do sposobu uzdrawiania gigantycznie zadłużonego szpitala. W powiatowej lecznicy dyrektorzy zmieniali się jak w kalejdoskopie. Za jednymi optował starosta, za innymi – wice. Ten drugi został w końcu wyeliminowany i pozbawiony funkcji. Z walki nie zrezygnował. Bogatą wiedzą o mechanizmach sprawowania władzy, zwłaszcza w odniesieniu do wznoszonego z nieprawdopodobnym trudem i opóźnieniem Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, zaczął szczodrze dzielić się z policją, prokuraturą, państwowymi organami o trzyliterowych skrótach nazw. Zacięty bój przeniósł się na radę powiatu. Starosta konsekwentnie umacniał swą pozycję, zjednując sobie rozmaitymi darami (funkcjami, posadami) jednostki chwiejne i interesowne. Ta sama praktyka zaczęła obowiązywać w polityce kadrowej, a więc przy doborze naczelników wydziałów starostwa, szefów podległych urzędowi instytucji, dyrektorów szkół ponadgimnazjalnych etc.

Dwóch niepokornych

Tylko dwóch powiatowych radnych nie zrezygnowało z czynnego oporu przeciw postępującemu deformowaniu samorządu. Pewien niezależny finansowo (a więc nieprzekupny) przedsiębiorca oraz lekarz z powiatowego szpitala nie ustawali w zadawaniu na sesjach niewygodnych pytań, w drążeniu kłopotliwych dla starosty tematów. Mimo notorycznego odbierania im głosu (przewodniczący rady powiatu wywodzi się, rzecz jasna, z przewodniej siły politycznej), ich wątpliwości, spostrzeżenia, uwagi przedostawały się do lokalnych mediów i opinii publicznej. Przedsiębiorcę zaczęto nękać biurokratycznymi szykanami, a lekarza usunięto ze szpitala. Materialnie na tym nie ucierpiał. Znalazł lepiej płatne zatrudnienie poza powiatem, uruchomił także prywatną przychodnię specjalistyczną, z powodzeniem wypełniającą lukę w lokalnych świadczeniach medycznych.


Przedsiębiorca i lekarz, dwaj najbardziej opozycyjni radni.

Ci dwaj Donkiszoci zdawali sobie sprawę, że despotyczny starosta jest tylko instrumentem w rękach prezydenta, że za wszechobecne kumoterstwo, nepotyzm, klientyzm to właśnie on odpowiada. W mieście o jednym z najwyższych w województwie wskaźników bezrobocia budowano fontanny i ronda, zaś gospodarz mamił społeczeństwo obietnicami tak ważkich inwestycji, jak galeria handlowa czy pole golfowe. W towarzystwie starosty domagał się w ministerstwie, by na tutejszej, drugorzędnej stacji kolejowej zatrzymywało się w przyszłości superszybkie Pendolino.

Donkiszoci świadomi serwowanych mieszkańcom nonsensów zorganizowali w czerwcu 2013 roku referendum w celu odwołania prezydenta. Bezapelacyjnym sukcesem było błyskawiczne zebranie wymaganej liczby podpisów (za przeprowadzeniem głosowania), niestety, gdy doszło co do czego, zawiodła frekwencja. Większość ludzi po prostu nie wierzyła w powodzenie akcji, inni zapewne obawiali się represji ze strony znanego z mściwości prezydenta (zwłaszcza, że jego ludzie bacznie i wyzywająco przyglądali się odwiedzającym lokale referendalne).

Siła przyzwyczajenia

Adresat nieskutecznego referendum odzyskał wiarę w siebie, uwierzył w swoją bezkarność. I pewnie w najbliższych wyborach znowu objąłby panowanie nad miastem, gdyby nie przełomowy 17 lipca. Tego pięknego, słonecznego dnia policjanci z komendy wojewódzkiej zakuli go w kajdanki i przetransportowali do oddalonego o niespełna siedemdziesiąt kilometrów aresztu śledczego. Prokurator postawił 68-letniemu prezydentowi kilka zarzutów, m.in. przyjmowania łapówek, ustawiania przetargów i rozstrzygania ich na korzyść firmy oferującej sfinansowanie kampanii wyborczej. Tak się składa, że prezydent był równocześnie wiceprezesem (na szczeblu krajowym) związku sportowego jednej z popularnych w Polsce dyscyplin. Po zbadaniu tej jego działalności Centralne Biuro Antykorupcyjne zażądało od rady miasta wygaszenia mandatu aresztowanego urzędnika.


Aresztowanie prezydenta - materiał policyjny.

W tej smutnej sprawie rodzi się pytanie, dlaczego to organy ścigania, a nie zwykli ludzie oderwały (przynajmniej na trzy miesiące) prezydenta od steru miejskich i de facto powiatowych rządów? Można przyjąć, że duża część mieszkańców uznawała go za nieodłączny element krajobrazu, bez którego czegoś na horyzoncie by brakowało. Był rodzajem głęboko zakorzenionej gruszy lub jabłoni, której, mimo iż usycha, nie chce się nikomu wyciąć. To jednak nie do końca tłumaczy fenomen długotrwałego utrzymywania się aresztanta na szczycie lokalnej władzy. Miał on niewątpliwy dar prostego obłaskawiania wielu środowisk. Koncentrując w swoich rękach prezesury ochotniczych straży pożarnych, PCK, kokietując koła gospodyń wiejskich, uniwersytety trzeciego wieku, harcerzy i sportowców, tanim kosztem zapewniał sobie twardy i zdyscyplinowany elektorat.

Ugrupowanie prezydenta straciło na popularności, za to jego reprezentanci nie stracili chęci zachowania przywilejów. To oni stanowią najbardziej waleczną w wyborach samorządowych zbiorowość. Dodajmy, zbiorowość rozproszoną po różnych, mniej skompromitowanych komitetach.

***

Przypadek pięćdziesięciotysięcznego powiatowego miasta na południu Polski jest oczywiście skrajnym wynaturzeniem samorządności, ale dającym do myślenia. Pokazuje, jak z dala od głównego nurtu politycznego tworzą się struktury oparte na podręcznikowym modelu kliki. Jak społeczność obojętnieje na dziejące się zło, godzi z nieprawidłowościami, przyjmuje je za zjawisko uciążliwe, lecz nieuniknione. W tym kontekście może warto poważnie zastanowić się nad postulatem ograniczenia liczby kadencji sprawowanych przez tego samego gospodarza terenu?    

Maciej Pawłowski

Foto: autor,
"Aresztowanie prezydenta"- materiał policyjny

Najnowsze