Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!
Wydrukuj tę stronę

Mieszkam w kaszubskiej checzy

Przemysław Chrzanowski: - Czy to prawda, że mieszka pan w najstarszym domu na Kaszubach?

Wiesław Stępień: - Jak najbardziej, nasza chałupa powstała jeszcze przed nadejściem Prusaków.. Obiekt zbudowany jest z samej gliny a znajduje się w miejscowości zwanej kaszubską Częstochową – czyli w Swarzewie. Okolica jest tak przeobrażona, że jedynie mój dom pokazuje jaka jest przeszłość tej wsi. Trzeba pamiętać, że mówimy o czasach bardzo odległych, bowiem w tej technologii, w jakiej wykonana jest nasza chałupa budowano na tych terenach jeszcze przed rozbiorem w 1772 roku.

Pańska chałupa budzi zapewne skrajne emocje, dookoła mnóstwo współczesnych obiektów.

- Mieszkamy w naszej checzy przez większą część roku. Nie prowadzimy przy tym żadnej działalności, nie przyjmujemy turystów, nie organizujemy warsztatów, nie prowadzimy działalności gastronomicznej. To rzeczywiście wzbudza zainteresowanie okolicznych mieszkańców, którzy zadają sobie pytania: Jak współcześnie można mieszkać w takich warunkach? Jak można otaczać się wiekowymi meblami? Nasza chałupa funkcjonuje w pewnym dysonansie z okoliczną zabudową. Dookoła mamy pseudo dworki, twierdze, wybudowane w technologii pustakowo-styropianowej. Wszystkie obejścia otoczone są wysokimi płotami, a bramy otwiera się pilotem. To, że w bogatej miejscowości znajduje się taki relikt minionych wieków jak nasz, niektórych drażni. A przecież nam się w nim dobrze mieszka – pewnie równie dobrze jak naszym oponentom w ich nowoczesnych, naszpikowanych elektroniką rezydencjach.

Pewnie zastanawiające dla nich jest to, że jeśli w okolicy pojawiają się turyści, to zawsze zatrzymują się przed waszą checzą?

- Dzieje się tak dlatego, ponieważ przez Swarzewo przebiega dość uczęszczana trasa rowerowa. Robią sobie wówczas zdjęcia, interesują się walorami historycznymi obiektu. Wiadomo, że współczesna zabudowa, choćby była niezwykle kosztowna, gustowna i Bóg wie jaka jeszcze, to i tak będzie architektoniczną kalką. Tymczasem o wartości naszej chałupy świadczy również to, że nie jest to eksponat w skansenie. Tu się normalnie żyje.

Nigdy nie korciło pana, by mocniej zaingerować w tę zabytkową substancję?

- Naszym celem jest utrzymać ten dom w pierwotnym kształcie. To bardzo delikatna materia, dlatego wymaga sporych nakładów. Niektórzy pukają się w czoło, kiedy widzą ile pracy trzeba włożyć choćby w zachowanie glinianych ścian. To właśnie dlatego tak chętnie stare checze kiedyś wyburzano, by w ich miejsce stawiać pensjonaty. Pamiętajmy, że rzecz dotyczy działek bezpośrednio położonych nad morzem A te osiągają dzisiaj ceny horrendalne.

W jakich okolicznościach staliście się właścicielami zabytku?

- Naszą checzę przejęliśmy w stanie kompletnej ruiny Wcześniej zamieszkiwał w niej człowiek, który nic z nią nie robił. Co więcej, nie mając pieniędzy na opał, sukcesywnie rozbierał więźbę dachową nad częścią gospodarczą i ją palił w okresie zimowym. Gliniane ściany przez dziesiątki lat niekonserwowane, dosłownie rozpływały się pod wpływem działania wód opadowych. Kiedy ów człowiek zmarł, chałupę odziedziczył jego syn. A to z kolei zbiegło się w czasie z wpisaniem tego obiektu do rejestru zabytków. Gmina przekazała spadkobiercy inną działkę i przejęła kuratelę nad checzą. W 1991 roku jej stan był już na tyle katastrofalny, że zdecydowano się na remont dachu i ścian. Zrobiono to jednak bardzo niedbale. Zamiast trzciny na dachu położono słomę (i to kłosami do dołu), błyskawicznie na dachu pojawiło się zielsko, a nagromadzona woda natychmiast zaczęła przeciekać do wnętrza. Przez kolejne 4 lata dom stał opuszczony, przez ten czas z powrotem popadł w ruinę. Teren był nieogrodzony, więc kręcili się tam różni ludzie.

I pewnie obiekt stał się kulą u nogi administratora?

- Rzeczywiście nikt tego nie chciał. Sam zainteresowałem się tym obiektem z uwagi na moją współpracę z muzeum. Ponadto jestem konserwatorem zabytków – co prawda bardziej teoretykiem niż praktykiem. Pomyślałem, że spróbuję sprostać temu wyzwaniu i przejąłem walącą się chałupę w zamian za jej „utrzymanie przy życiu”. Zacząłem od dachu, potem zająłem się oknami i ścianami. Wymieniłem podłogi, przerobiłem także dawną część gospodarczą na mieszkalną. Zdecydowaliśmy, że będzie to nasza baza wypadowa. Z czasem jednak przekonaliśmy się, że to fantastyczne miejsce do życia. Dziś spędzamy tu większość roku, świetnie się tu czujemy. Żeby nie było tak cudownie, to muszę dodać, że po trzech latach od remontu dachu, musieliśmy go budować od nowa. Poprzedni fachowiec nie wykazał się dostateczną znajomością tematu, co poskutkowało dewastacją poszycia. Tym razem postawiliśmy na zawodowców od dachów trzcinowych. Zrobili to perfekcyjnie, ale koszt był ogromny. Spokojnie kupiłbym za to samochód. Stale należy się też troszczyć o gliniane ściany, w tym przypadku trudność polega przede wszystkim na braku fachowców.

Czy kiedykolwiek zwątpił pan w słuszność podjętego wyzwania?

- W pierwszych momentach wydawało mi się, że inwestujemy w filmową scenografię. Z zewnątrz wszystko zaczynało już nieźle się prezentować, tymczasem wnętrze było nadal bardzo surowe, jak dla kogoś, kto dotychczasowe życie spędził w warunkach wielkomiejskich. Szybko jednak doceniliśmy komfort obcowania z przyrodą, z naturalnymi materiałami, z których wytworzono niegdyś naszą chałupę. Jest rześkie powietrze, powiedziałbym nawet, że wnętrze domu jest naturalnie klimatyzowane.

Latem mamy wspaniały chłód, zimą natomiast wnętrza świetnie trzymają ciepło. Palimy oczywiście w tradycyjnym piecu kaflowym, który ogrzewa dwa pomieszczenia jednocześnie. Zlikwidowaliśmy natomiast tzw. czarną kuchnię. Teraz w tym miejscu znajduje się węzeł sanitarny. Wcześniej, rzecz jasna, nie było tu żadnych mediów. Doprowadziliśmy więc wodę i kanalizację. Zrobiliśmy to jednak bardzo subtelnie – tak, by nie naruszać zabytkowej materii. Żyjemy zatem w unikatowej kaszubskiej checzy z wygodami, o jakich jej pierwotni mieszkańcy nigdy nie śnili.

***

Fot. arch. Wiesława Stępnia

 

Najnowsze