Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Czasy Janka Muzykanta dawno się skończyły?

Andrzej Gruszka i Łukasz Pawelec idą do nowej szkoły. Nie wiadomo kiedy przeleciały dwa miesiące wakacji, w pamięci dokładnie rysują się im jeszcze chwile rozstania z kolegami z gimnazjalnej ławy. Łez nie było, wszak to chłopy jak dęby, wstyd byłby na całą wieś. Dziewczyny to, co innego: kwiliły sobie to tu, to tam. Kiedy wychowawca dał im w rękę po nielichej cenzurce, natychmiast obrali azymut ku nowej rzeczywistości.

 

Miasto a wieś - nadal wielka przepaść?

Obaj wybrali „ogólniak” w pobliskim mieście Jaworznie. Od początku września są tu kompletnymi nowicjuszami. Nie wiedzą, gdzie iść na matematykę, gdzie się spożywa śniadanie i którędy do toalety. Nie to im jednak spędza sen z powiek. Co chwilę zadają sobie dziesiątki pytań: Czy damy radę zrozumieć nowych nauczycieli? Czy sprostamy ich wymaganiom? Czy zaakceptują nas klasowi koledzy? I wreszcie: czy nasze świadectwa z czerwonym paskiem będą tu miały jakąkolwiek wartość?

– Trochę się boję. Orłem to może i byłem, ale w naszej szkole na wsi. Nauczyciele nas wszystkich znali, paru po sąsiedzku mieszkało. Zawsze się można było dogadać. Zresztą w gimnazjum warunki były cieplarniane. Solidnie przykładałem się tylko do przedmiotów egzaminacyjnych. Pozostałe traktowałem po macoszemu, właściwie nauczyciele sami na to pozwalali. Dziś wiem, że z fizyką i chemią mogę mieć poważne kłopoty. U nas tylko referaty się liczyły. Przepisało się kawałek tekstu z internetu i piąteczka w dzienniku. Teraz będę „kwiczał” – bez ogródek prognozuje Andrzej. – Kto wie, czy nie będzie trzeba pomyśleć o korepetycjach. To mnie trochę boli, bo w domu z pieniędzmi raczej krucho. Ojciec na rencie, matka szwaczka.


Egzamin gimnazjalny to moment, który może zaważyć na dalszych losch ucznia.
Statystycznie mieszkańcy wsi zdają go nieco gorzej od swych kolegów z miasta.
Choć wyjątków nie brakuje.

– A języki? W porównaniu z naszymi miastowymi kolegami jesteśmy w totalnym lesie - kolokwialnie wtrąca Łukasz. – Oni tam od przedszkola wiedzą, jak się dogadać, dajmy na to, po angielsku. A my? W języku Szekspira to, co najwyżej możemy rzucić parę sloganów z MTV. Nie było nauczyciela chętnego, żeby przyjść na wieś uczyć. To, dlatego właśnie rosyjskim nas wiecznie katowano. Może to i język w porządku, tym bardziej teraz, kiedy się biznesy na wschodzie dobre kręci. My jednak mieliśmy panią, która kazała nam czytanek się uczyć na pamięć z podręcznika. Wyryłeś się na blachę, bez zająknięcia wyrecytowałeś, to piąteczkę jak marzenie przyrobiłeś. Problem w tym, że nie wiedziałeś, czy ta czytanka była o złych wilkach, czy o wyprawie w kosmos. No i dziś po rosyjsku potrafię, zaledwie wydeklamować alfabet oraz zaśpiewać kawałek piosenki o słońcu, że zawsze będzie...

– Już po pierwszym dniu można się było zorientować, że na nas - ludzi ze wsi - jakoś inaczej się tam w liceum patrzy. Nikt na razie nie wytyka nas palcami, ale już słyszałem na swój temat kilka kąśliwych komentarzy. I właśnie troszkę obawiam się, że tak będzie stale, że powoli będzie ze mnie wyłazić to, że nie należałem do dyskusyjnego klubu filmowego, że nie znam się na fotografii, że nie wspinałem się po skałkach i że jedyną rozrywką przez całe moje życie było kopanie piłki na łące. Na szczęście jest nas (mieszkańców wsi) w klasie jeszcze kilkoro. Mam nadzieję, że będziemy stanowić silną opozycję dla „mieszczuchów” – kwituje z uśmiechem Andrzej.

Andrzej i Łukasz mają dystans do otaczającej ich rzeczywistości. W bramy nowej szkoły, mimo wszystko, wchodzą z optymizmem. Wierzą, że nikt im kłód pod nogi celowo rzucał nie będzie. Mogą się jedynie zastanawiać, dlaczego w dalszym ciągu edukacyjny dysonans pomiędzy wsią a miastem jest tak zauważalny? I dlaczego oni sami są ofiarami tego wadliwie funkcjonującego mechanizmu. A wydawałoby się, że czasy sienkiewiczowskiego Janka Muzykanta dawno się skończyły.

 

Pozalekcyjnych zajęć brak

Problem ma wiele źródeł. Pierwszym i chyba najważniejszym z nich jest brak dodatkowych zajęć pozalekcyjnych.

– Wpływa to bardzo negatywnie na wiele płaszczyzn życia młodego człowieka w środowisku wiejskim. Dodatkowe zajęcia pozytywnie wpływają na rozwój. Pogłębiają zainteresowania, a co za tym idzie, młody człowiek poprawia swoja samoocenę – ma, bowiem dziedzinę, w której jest dobry. Ma możliwość samorealizacji. Czuje się bardziej kompetentny i lepiej wyedukowany. Oczywiście dodatkowe zajęcia pomagają w zapełnieniu wolnego czasu, a młody człowiek nie ma czasu na nudę. Brak zajęć pozalekcyjnych obniża, zatem wiarę w siebie, szczególnie w konfrontacji z rówieśnikiem. W sytuacji, gdy młody człowiek wychodzi ze środowiska wiejskiego i rozpoczyna naukę w mieście czuje się zagubiony już przez sam fakt zmiany środowiska. Czuje się niedouczony i opóźniony w stosunku do swoich rówieśników z miasta. Często narażony jest na kpiny i docinki. Na dodatek brakuje mu wiary w siebie. Dziedzina, w której czułby się dobrze, z pewnością poprawiłaby jego samopoczucie, a w konsekwencji samoocenę. Jest to ważne, bo niska samoocena źle wpływa na całe funkcjonowanie, a także na przyszłość – tłumaczy Monika Dreger, psycholog. – Zaradzić takiej sytuacji, moim zdaniem, może jedynie dobrze prowadzona polityka oświatowa. Powinno się przeznaczać większe środki na edukację i rozwój w regionach wiejskich, co pozwoliłoby, między innymi, na zwiększenie dostępu do zajęć pozalekcyjnych.

 

Mentalność zabija zdolności

Od wielu lat powszechnie wiadomo, że ponad połowę gminnych budżetów pochłania oświata. Samorządy łożą miliony na utrzymanie placówek, dla których są organem prowadzącym. Wszystko „idzie” na prąd, węgiel, kompleksowe i doraźne modernizacje. Na zajęcia pozalekcyjne, niestety, kasy zazwyczaj pozostaje niewiele. Czasem dyrektor z własnej puli (godziny do dyspozycji dyrektora) uruchomi jakieś zajęcia wyrównawcze i na tym koniec. I jak tu rozwijać uczniowskie zdolności? Jak dorównać kroku młodym mieszkańcom miast?


Zajęcia pozalekcyjne przebiegają zwykle w nieco luźniejszej atmosferze. Tutaj nikt na siłę
nie kładzie dzieciom wiedzy do głów. To ważne szczególnie w przypadku młodszych dzieci.

Brak pieniędzy na ponadwymiarową edukację to nie wszystko. Na stosunkowo gorsze wyniki wielu wiejskich placówek wpływa mentalność ludzi, żyjących w małych środowiskach. Istnieją rodziny, w których pęd do nauki uważa się za wynaturzenie. Nauczyciele na wywiadówkach słyszą od rodziców takie komentarze: „A po co on się ma uczyć, jak i tak na gospodarce musi zostać. Traktorem umie robić, kombajnem jeździ, koło trzody chodzi... Na co mu więcej. Niech zawodówkę skończy i wraca do domu. Nam jest potrzebny syn na gospodarce a nie w szkole”. Kolejny powód to brak dobrych wzorców do naśladowania. Sami uczniowie zwykli się usprawiedliwiać tymi słowy: „Ojciec się nie uczył, na zajęcia nie chodził, z klasy do klasy go za uszy wyciągali, a teraz jeździ na zarobek do Niemiec i kasy ma jak lodu. To, dlaczego niby ja się mam wysilać?”

 

Są pieniążki, jest dodatkowa nauka

Na szczęście nie wszyscy do sprawy podchodzą w ten sposób. Miejscowość Wróblew leży na skraju województw łódzkiego i opolskiego. Kiedy zamknięto pobliską cegielnię i zredukowano etaty w olbrzymim zakładzie Polmo w Praszce, ludzie stracili źródło utrzymania. Lata 90- te pogrążyły miejscowe rolnictwo, z kilku hektarów trudno było komukolwiek wyżyć. Rozpoczęła się, więc masowa migracja za chlebem - głównie za Odrę. Po kilku latach obraz wsi zaczął się zmieniać, pojawiły się ładne domy, samochody zagraniczne. Automatycznie wzrosła świadomość potrzeby inwestowania w rozwój młodego pokolenia.

– Nie oglądamy się teraz na nikogo i wozimy dzieci na dodatkowe zajęcia do miasta. Płacimy, więc wymagamy. Nasza Julka nieźle już mówi po niemiecku, z mężem sobie nawet troszkę rozmawiają, bo on w rzeźni pod Monachium przez 6 lat pracował, to się nauczył. Ja to nic z tego nie wiem, ale w duchu się uśmiecham. No, bo cieszę się, że moje dziecko takie zdolne jest – zachwyca się pani Jadwiga (personalia do wiadomości redakcji). – Nie chcę się tu pod nazwiskiem przechwalać, ludzie u nas są zawistni.

W innych miejscowościach jest tak samo: dzieci chodzą nie tylko na dodatkowe lekcje języków, uczą się gry na instrumentach, a nawet uczestniczą w kursach tanecznych.

– Wiadomo, że to wszystko kosztuje. Za język niemiecki płacę miesięcznie jakieś 230 złotych, 120 wychodzi za naukę gry na syntezatorze. Najtańsze są tańce, tylko 13 zł za godzinę. Dla instruktorki to i tak niezła kasa, bo za jednym razem uczy około 15 dzieciaków – opowiada pani Jadwiga. – Uzbiera się tego trochę przez miesiąc no, ale przecież człowiek chce, żeby dziecku w życiu potem łatwiej było, żeby jakieś perspektywy miało, a nie tak jak my, że się przez całe życie musimy dorabiać. Moim zdaniem to szkoła powinna zapewniać młodym możliwość dodatkowego kształcenia, człowiek by tak po portfelu może nie obrywał.

O złej aurze wokół korepetycji wiedzą doskonale sami nauczyciele. Z drugiej strony mają świadomość, że wypełniają pewną niszę.


Zajęcia pozalekcyjne mogą stać pod znakiem dobrej zabawy.
Na zdjęciu występ członków koła teatralno-kabaretowego z Gimnazjum w Skomlinie

– Skoro szkoły, czy też gminy nie stać na dodatkowe zajęcia to, dlaczego miałabym nie zaoferować czegoś ze swej strony? To było trzy lata temu. Pomyślałam wówczas, że skoro są chętni, to przecież mogę spróbować uczyć ich na własną rękę. Miałam wiedzę w zakresie języka niemieckiego, urządziłam, więc legalny gabinet w domu i rozpoczęłam udzielanie „korków”. Dziś kalendarz mam zapełniony na cały przyszły rok szkolny – mówi Angelika Jaślar, mieszkanka podpoznańskich Komornik. – Pod moim kierunkiem młodzież przygotowuje się do ważnych egzaminów i zdobywa państwowe certyfikaty. Szkoła tego im nie daje.

 

Unia pomoże?

Lekarstwem na całe zło mogą być pieniądze, jakie Polska otrzyma z Unii Europejskiej. W latach 2007–2013 nasz kraj ma, bowiem otrzymać aż 700 milionów euro na finansowanie zajęć pozalekcyjnych. Ze środków tych będą mogły korzystać tylko szkoły i nauczyciele, rozdysponują je kuratoria oświaty za pośrednictwem samorządów

W ciągu najbliższych sześciu lat do polskich szkół trafi ponad 2,6 mld zł z Europejskiego Funduszu Społecznego na realizację Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Środki te będą mogły być wykorzystane jedynie na finansowanie zajęć pozalekcyjnych dla uczniów szkół, a nie np. na częściowe sfinansowanie założeń programu „Zero tolerancji dla przemocy w szkole” lub realizację innych pomysłów ministerstwa na naprawę systemu oświaty w Polsce. Dodatkowo zajęcia finansowane przez EFS będą mogły organizować wyłącznie szkoły, a nie inne placówki edukacyjne, jak np. ośrodki kultury czy prywatne centra oświatowe. W opinii Ministerstwa Edukacji Narodowej rozwiązanie to uniemożliwi organizowanie fikcyjnych zajęć czy szkoleń. Przypadki takie miały miejsce w poprzednim okresie finansowym na lata 2004–2006. Kilka tego typu spraw trafiło już do prokuratury. (źródło: Gazeta Prawna)

Jak się dowiedzieliśmy, MEN chce także, aby zajęcia pozalekcyjne prowadzili wyłącznie nauczyciele. W ten sposób uzyskają oni możliwość dorobienia do pensji. Część pieniędzy z EFS na pewno trafi także do urzędników odpowiedzialnych za obsługę finansową projektu. Wiadomo już także, że nie wszystkie szkoły, a tym samym nie wszyscy nauczyciele będą mogli poprowadzić zajęcia. Dofinansowanie otrzymają tylko najlepsze projekty wyłonione w drodze konkursu.

 

Państwowa kasa tylko dla pomysłowych

Pieniędzmi na organizację dodatkowych zajęć „częstuje” także sam resort edukacji. Tyle, że trzeba o nie zawalczyć w konkursie. Jeśli placówki oświatowe oraz samorządy lokalne mają wartościowe pomysły, to warto spróbować, bo naprawdę się opłaca.

Przykładem na to może być powiat kluczborski, który tą drogą zdobył prawie 43 tysiące złotych na ponadwymiarowe zajęcia pozalekcyjne i psychoedukacyjne dla dzieci i młodzieży. Środki pochodzą z budżetu państwa i są przekazywane w ramach „Rządowego Programu Wyrównywania Szans Edukacyjnych Dzieci i Młodzieży w 2007 roku – Aktywizacja Jednostek Samorządu Terytorialnego”.

Dzięki otrzymanej dotacji Młodzieżowy Dom Kultury w Kluczborku zrealizuje projekt pod nazwą „Wiejskie tourne młodych artystów z MDK...”. Od września do października młodzież będzie jeździć do rówieśników z podkluczborskich wsi i, prezentując swoje umiejętności, zachęcać ich do rozwijania talentów artystycznych. Podczas takich wizyt odbywać się będą także wspólne zajęcia. Pod okiem instruktorów z Krakowa MDK zorganizuje ponadto trzydniowe warsztaty gospel zakończone koncertem wszystkich uczestników. (źródło: www.powiatkluczborski.pl)

Dużo większą kwotę pozyskał z tego źródła powiat pruszkowski. Na organizację zajęć pozalekcyjnych w miejscowych placówkach przeznaczono ponad 120 tysięcy złotych. Tylko w okresie od września do grudnia tego roku w tutejszych placówkach zrealizowanych zostanie prawie 4 tysiące godzin ponadwymiarowych! Można tylko pozazdrościć.

Przemysław Chrzanowski

fot. autor

 

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx