Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Emigracja lawetowa

Emigrantem można zostać na zawsze, ale można nim też bywać. Adam Niesłony wie o tym doskonale, bo co najmniej dwa razy w tygodniu wyjeżdża na Zachód, by prowadzić swój biznes. Doskonale się tam czuje, zna ludzi, świetnie się z nimi porozumiewa, na oko jest obywatelem świata. Kiedy załatwi co trzeba, wraca do swej żony i synka. Przez kilkanaście godzin ma szansę poczuć, że naprawdę jest u siebie.

Adam od 16 lat wozi do kraju samochody z całej zachodniej Europy. Przez ten czas wyrobił sobie dobrą markę, dlatego nie może narzekać na brak potencjalnych klientów. Śmieje się, że nie jest mu potrzebna żadna reklama. Wieści o jego rozległych kontaktach rozchodzą się jedynie pocztą pantoflową, a mimo to, by skorzystać z jego pomocy, należy ustawić się w długiej kolejce.

– Może to nieskromnie zabrzmi, ale dzieje się tak dlatego, bo ludzie wiedzą, że mają do czynienia z uczciwym człowiekiem. A w tym fachu to, niestety, rzadko spotykana cecha. Nie bawię się w „odkręcanie” liczników, czy grzebanie po silnikach. Wiem, że kombinowanie w tej materii nie popłaca. Dziś mam klientów, więc muszę o nich dbać – z uśmiechem podkreśla Adam.

Swój dzień pracy ów 40-latek rozpoczyna od przejrzenia skrzynki e-mailowej. To zwykle tą drogą dowiaduje się od swoich niemieckich i holenderskich informatorów o godnych uwagi samochodach, wystawionych na sprzedaż w lokalnych komisach. Następnie telefonuje do kilku klientów oczekujących na konkretne wozy i przedstawia oferty. Jeśli dochodzą do porozumienia, pozostaje tylko dogadać się w sprawie terminu wyjazdu po auto.

– Oczywiście nie jest to takie proste, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Kupowanie używanego auta z zagranicy zawsze jest troszkę ryzykowne. Zazwyczaj bywa tak, że ja sam nie znam przeszłości konkretnych egzemplarzy. Ważne jest zatem dokładne prześledzenie dokumentacji, a poza tym drobiazgowa weryfikacja fotografii – szczególnie wówczas, kiedy mamy przywieźć wóz rozbity. Jeśli wspólnie uznamy, że warto się za sprawą pokręcić, chwytam za telefon i zamawiam wybrane autko. Potem zostaje już tylko zapiąć lawetę i w drogę – mówi Niesłony. - Ludzie nie chcą już na własną rękę jeździć po auta. Przed kilku laty, kiedy zapaliło się zielone światło dla prywatnych importerów, do Niemiec ruszyła potężna armia ludzi złaknionych super okazji. Sam widziałem takie obrazki, kiedy z ledwo dyszącego golfa wysiadło przy jednym z komisów chyba z pięciu chłopa. Trzech kupiło ostatnie auta, które mimo wielu lat w „metryce” były na chodzie. Ostatni z zainteresowanych rozejrzał się po placu i normalnie się rozpłakał. Nie było tam nic dla kogoś, kto miał w kieszeni 750 euro. Facet nie mógł z pustymi rękami wrócić do domu, co by na wsi powiedzieli? Co by powiedzieli bliscy członkowie rodziny, u których na ten cel się zapożyczył? Skończyło się na tym, że wziął fiestę starą jak świat, co to stała w krzakach bez powietrza w kołach. Ciężko na to było patrzeć...


Klienci są zazwyczaj bardzo zadowoleni z usług Adama – „lawetowego” emigranta.

Klienci często chcą wraz z Adamem jechać po wymarzony wóz. On ich rozumie, bo zazwyczaj do zakupu cudeńka na czterech kołach podchodzą z nie lada namaszczeniem. Odradza im jednak tę tułaczkę, woli samotne podróże. Jak podkreśla, dla niego nie liczą się wygody. Kiedy oko za kółkiem mu „leci”, zatrzymuje się na najbliższym bezpiecznym parkingu i urządza sobie małą drzemkę. Rozkłada śpiwór w swoim „kombiaku”, włącza ogrzewanie i regeneruje siły. Zwykle wystarczają mu dwie godzinki, by ponownie zasiąść za sterami. Zawsze powtarza, że w jego fachu najważniejszy jest czas. Po drodze odbiera dziesiątki telefonów od swoich niemieckich partnerów. W języku Goethego mówi biegle, nauczył się go podczas tej swojej lawetowej emigracji. – Na początku było dosyć ciężko. Pamiętam, że kupowałem sobie mini rozmówki polsko-niemieckie. Kaleczyłem wówczas strasznie. No ale cóż, trening czyni mistrza, dziś po niemiecku potrafię sobie pożartować, dowcipem rzucić, a nawet pogadać o polityce – chwali się Adam.

Jego nieodłącznym przyjacielem w podróży jest radio CB. Jak twierdzi, z tym urządzeniem nigdy się nie nudzi. Zawsze wie którędy wyjechać z nieznanego niemieckiego, czy holenderskiego miasta, bo szczegółowej informacji udzielą mu inni zorientowani amatorzy radiowego gaworzenia. Co ciekawe, często się zdarza, że swobodnie można tam przez CB rozmawiać po polsku. Kierowcy z kraju nad Wisłą stanowią nie lada siłę na zachodnich szosach.

Kiedy Niesłony dociera na miejsce, bardzo serdecznie jest witany przez swoich dostawców. Tym razem Adam gości w firmie, która z jedną z frankfurckich ubezpieczalni ma podpisany kontrakt na odbiór powypadkowych aut. W grę wchodzą jedynie wozy po szkodach parkingowych lub, co najwyżej lekkich kolizjach. Podstawia lawetę tuż obok znanego z fotografii modelu, chłopcy uwijają się jak w ukropie, załadunek trwa dosłownie kilka minut. Potem jeszcze tylko formalności i znów można zasiąść za kółkiem. Pożegnania praktycznie nie ma, i on i jego niemieccy znajomi pewni są, że dane im będzie się spotkać być może jeszcze w tym tygodniu. To całkiem możliwe, tym bardziej, że obecnie nie trzeba stać w gigantycznych kolejkach na granicy. Po wejściu Polski do strefy Schengen ten problem całkowicie zniknął.

- Kiedy zaczynałem działalność transportową, na granicy staliśmy z autami na lawetach czasami po dwa dni. Myśmy tam prawie koczowali. Widok był niesamowity: w kilkukilometrowych szpalerach stały setki, a może tysiące takich zestawów jak mój. Dopiero tam było widać, jaką skalę ma to zjawisko. Wszyscy woziliśmy wówczas totalny złom. Były auta po dachowaniu, bez silników, z kompletnie rozwalonymi blachami. Trudno to teraz pojąć, ale nasz rynek był głodny nawet takich wraków. Wszystko szło na pniu. Głównymi nabywcami byli właściciele zakładów blacharskich, którzy z pietyzmem remontowali potłuczone „bryki”, by potem z dużym zyskiem sprzedać je na giełdzie. Na początku lat 90. był to gigantyczny przemysł, dzięki któremu pracę miały tysiące ludzi. Dziś zjawisko to nie ma już takiego rozmachu. Widzę to po zamówieniach swoich klientów, którzy nie dopuszczają myśli, by ich wyśnione auto było wcześniej porządnie „skraszowane”. Teraz remont polega głównie na wymianie i pomalowaniu kilku blach. Do tego nie potrzeba armii fachowców – opowiada Adam.

Nasz rozmówca także i teraz wiezie ładunek do jednego z zaprzyjaźnionych warsztatów. I na tym kończy się jego rola, remontu rocznej Astry dopilnować musi sobie sam szczęśliwy posiadacz auta. Adam natomiast pędzi do swoich, by przez kilkanaście godzin móc pobyć panem domu. Żona Agnieszka zawsze czeka na niego z porządnym obiadem, ponieważ uważa, że mąż w trasie niezdrowo się odżywia. Poza tym nie ma dobrego zdania o kuchni naszych sąsiadów zza Odry, twierdzi, iż ociekające tłuszczem mięso to nie najlepsza dieta dla jej małżonka.

- Bardzo żałuję, że Adam spędza z nami tak mało czasu. Kompletnie nie widuje się z naszym synkiem, bo ciągle jest za granicą. Kiedy Mateusz chce się z nim pobawić, on odsypia  zaległości z całego tygodnia. I tak jest bez przerwy. Poza tym nie możemy narzekać, dzięki wyjazdom męża mogliśmy sobie pozwolić na kapitalny remont naszego domu,  raz do roku wybywamy na wczasy, mamy porządne auto. Brakuje mi tylko tego, byśmy częściej byli w komplecie – mówi Agnieszka. – Był czas, że poważnie zastanawialiśmy się nad przeprowadzką do Niemiec. Pomysł był całkiem uzasadniony, Adam więcej przebywał tam, niż w kraju. Plany pokrzyżowała nam jednak decyzja ówczesnych władz państwowych, które opowiedziały się za ograniczeniem importu używanych aut z zagranicy. Impas trwał w tej kwestii bodaj trzy lata, sprawa wyjazdu jakoś rozeszła się w tych warunkach po kościach.

- Dziś nie podjąłbym już chyba takiej decyzji – dodaje Adam. – Mimo, że bardzo dobrze odnajduję się za granicą, to tak naprawdę tylko w swojej rodzinnej miejscowości czuję się u siebie. Uwielbiam nasze tradycyjne święta. Teraz zbliżamy się do Wielkiej Nocy i już cieszę się, że dane nam będzie zasiąść całą rodziną do uroczystego śniadania. Będą niekończące się rozmowy, spacery po okolicy, a w drugi dzień świąt dyngus z prawdziwego zdarzenia. W Niemczech nigdy nie miałbym szans na takie doznania. Mógłbym w tym miejscu powtórzyć słowa pewnej znanej piosenki: „Tu jest moje miejsce, tu jest mój ciasny, ale własny kąt, tu jest moje miejsce, tu jest mój dom”.

 

Przemysław Chrzanowski

Fot. Autor

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx