Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Reforma dawno zapomniana

Jestem nauczycielem w wiejskiej szkole. Mam to szczęście, że moja placówka jest jedyną w gminie i prawdopodobnie nikt jej nigdy nie będzie chciał likwidować. Samorząd praktycznie wcale do niej nie dokłada, pieniędzy z subwencji wystarcza nie tylko na wynagrodzenia dla pedagogów, ale również na drobne inwestycje. Mamy dobrze wyposażone pracownie, jest schludnie, a zimą kaloryfery są zawsze gorące.

Pewnie byłoby inaczej, gdyby przed kilkunastu laty gmina nie zamknęła dwóch szkół filialnych. Obie stanowiły nie lada obciążenie dla budżetu. Proces likwidacji tych szkół przebiegał w atmosferze głośnego konfliktu. Pamiętam, że akurat wtedy przyjęto mnie do pracy. Był koniec sierpnia. Podczas posiedzenia rady pedagogicznej, poprzedzającej inaugurację nowego roku szkolnego zakomunikowano nam, że jedna z filialnych placówek zostanie zamknięta. Panie, które tam pracowały, siedziały z nami przy jednym stole. Ich twarze nagle pobladły, całe zaczęły się trząść, jedna niemal zemdlała. Druzgocąca atmosfera udzieliła się wszystkim. Na dokładkę poinformowano nas, że natychmiast musimy wybrać się do likwidowanej szkoły, by zabrać stamtąd część wyposażenia.

Pojechaliśmy tam w sześciu chłopa na ciągnikowej przyczepie

Miejscowi wiedzieli, że mogą spodziewać się nieproszonych gości, więc kto żyw stawił się przy szkolnym ogrodzeniu. Nikt nam drogi nie zagrodził, nikt za rękę nie złapał. Ale tych spojrzeń pełnych pogardy nie zapomnę nigdy. Wynosiliśmy jeden regał po drugim, a oni stali w bezruchu. To milczenie bolało bardziej niż siarczyste inwektywy.
 
Dopiero kiedy za pianino się zabraliśmy, podniósł się raban.
 - Tego nam zabrać nie możecie! To teraz jak pianino stąd wywieziecie, to na naszej wsi nic już nie będzie! A w czym my gorsi jesteśmy? Czy my już na nic nie zasługujemy? Pamiętam, że kiepsko zniosłem tą sytuację.

Dwa dni później miałem po raz pierwszy stanąć przy tablicy przed gromadką roześmianych uczniów. Mnie samemu do śmiechu nie było.
 
Echa likwidacji szkółki w sąsiedniej wsi pobrzmiewały jeszcze wiele miesięcy. Ludzie narzekali.
 
- Panie, kiedyś to przez drogę dziecko szło na lekcje. A teraz to cała wyprawa jest. Rano trzeba wstać o siódmej, trzeba na przystanek odprowadzić. No i martwi się człowiek, bo nie wie jak mu tam w tej dużej szkole jest. Na miejscu było w porządku, można było do małego zajrzeć, śniadanie mu podrzucić. Teraz to niemożliwe...
 
Utrzymane w podobnym tonie komentarze rodzice powtarzali jak mantrę. Odnosiłem wówczas wrażenie, że nie chodzi im tylko o los dzieci, ale także o to, że w wyniku likwidacji szkółki ucierpiał status ich miejscowości. To był zamach na ich wieś.

Cóż im pozostało?

Zapuszczona remiza strażacka ze zgnitym od rdzy wozem bojowym, geesowski sklep i dziury w drodze. Trudno było silić się na optymizm. Dwupiętrowy budynek szkoły wyróżniał się na tle niskiej, gospodarskiej zabudowy. Był dla miejscowych powodem do dumy. To tutaj, poza szkolnymi zajęciami, odbywały się zebrania wiejskie, tutaj organizowano spotkania miejscowego koła gospodyń. Szkoła tętniła życiem, była lokalną ostoją kultury. Teraz to wszystko miało się skończyć? Oni tą szkołę praktycznie sami postawili. W czynie społecznym się murowało, robiło przy pracach ziemnych, malowaniu. Nawet ogrodzenie sami pobudowali. Na tym nie koniec, bo kiedy po roztopach budynek zalało, to znów całą wsią go osuszali.

Na szczęście wójt nie był ślepy i nie wpadł na pomysł sprzedaży obiektu. Postanowiono, że budynek nadal będzie służył celom edukacyjnym i uruchomiono w nim filialny oddział przedszkolny.

Z pozycji organu prowadzącego było to bardzo opłacalne posunięcie. W placówce zatrudniono tylko dwie panie - wcześniej trzeba było wynagradzać aż dziewięciu nauczycieli.


Na obniżenie kosztów utrzymania miała również wpływ modernizacja systemu grzewczego. Stare piece węglowe zastąpiono nowoczesnym kotłem olejowym. Nie potrzeba do jego obsługi zatrudniać palacza, można też wyłączyć z ogrzewania nieużytkowane pomieszczenia.

Plan oszczędnościowy powiódł się, a obiekt nadal służy wsi. Po kilkunastu latach od likwidacji szkoły dziś nikt już nie wspomina o tamtych trudnych chwilach. Miejscowość wygląda pięknie, bo niedawno kompleksowo zmodernizowano jej główną arterię. Jest kanalizacja, nowe chodniki z podjazdami i asfalt równy jak stół. W międzyczasie wyremontowano także remizę, a strażakom ofiarowano wóz gaśniczy – wprawdzie z niemieckiego demobilu, ale sprawny i lśniący, jakby dopiero co z fabryki wyjechał.
 

Likwidację kolejnej szkoły przeżywaliśmy jakieś trzy lata później

Tutaj sytuacja była zupełnie inna, bo za przeprowadzeniem tego niepopularnego procesu byli sami... rodzice. Miejscowość podzieliła się na dwa obozy jedni chcieli posyłać swoje dzieci do dużej szkoły w centrum gminy, inni obstawali za wariantem dotychczasowym. Grupa zwolenników likwidacji placówki chciała, by ich pociechy miały dostęp do pracowni komputerowej, do sali gimnastycznej. Chodziło tez o to, by dzieciaki mogły rozwijać się w większej grupie (tutaj nierzadko zespół klasowy liczył 3 uczniów). Przeciwnicy kurczowo trzymali się znanych powszechnie argumentów: że to ostoja kultury, że blisko do domu, że bezpiecznie...

Obecnie w kraju do likwidacji zgłoszono ponad 1500 szkół. Poza liceami profilowanymi i placówkami dla dorosłych, których istnienie obligatoryjnie wygasza się od kilku lat, sporą część tej zatrważającej liczby stanowią szkoły podstawowe, rzadziej gimnazja.

Wszędzie mieszkańcy, uczniowie i nauczyciele toczą z władzami zażarte boje o pozostawienie tych placówek przy życiu. W przytoczonym przeze mnie przykładzie nie było mowy o transparentach, pikietach pod urzędem gminy, czy protestach głodowych. Dla samorządu to była bardzo komfortowa sprawa, bo spór o szkołę zainteresowani rozstrzygnęli sami między sobą. Radni bez większych emocji „klepnęli” stosowną uchwałę i było po nowemu. W poszkolnym obiekcie pozostawiono oddział przedszkolny, a dodatkowo za unijne pieniądze uruchomiono w nim nowoczesną pracownię internetową. Znów wilk był syty, a owca cała.

Jak pamiętam, z nowym rokiem szkolnym wszystkie pracownie miały pełną obsadę, gdyby nie dopływ świeżej braci uczniowskiej z subwencją byłoby krucho. Tymczasem wszyscy dookoła zaczęli na własnej skórze odczuwać skutki demograficznego niżu. W ościennych gminach, gdzie samorządowcy nie chcieli „zadzierać” ze społeczeństwem i pozostawili sieci szkół w dotychczasowym kształcie, zaczęto mocno oszczędzać na oświacie. Nauczycieli pozostawiono na „gołych” etatach, zaniechano remontów, zaczęto dywagować o zwolnieniach. A narzekaniom, że do szkolnictwa rokrocznie gmina dorzuca połowę swojego budżetu nie było końca. I chyba tak jest do dzisiaj.

Nikt nie poszedł na bruk

Czy podczas likwidacji szkół, o których wspomniałem ucierpiał jakikolwiek pedagog? Nie. W obu przypadkach tak poprowadzono politykę kadrową, by nikogo nie wyrzucić na bruk. Kilka pań osiągnęło w tym czasie wiek emerytalny, więc grzecznie poproszono je, by ustąpiły miejsca młodszym koleżankom. Ponadto był to czas, kiedy wdrażano reformę oświatową, a powstające gimnazja potrzebowały nowych, pedagogicznych sił. Każdy zatem znalazł nowe miejsce dla siebie.

Reorganizacja sieci szkół wymaga delikatnych posunięć. Gminy winny w tym procesie widzieć przede wszystkim człowieka. Walka o rentowność nie powinna przysłaniać potrzeb lokalnej społeczności. W mojej gminie się to udało.

Autor: Przemysław Chrzanowski

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx